Zwrotnik Raka

Chwilę po obudzeniu odczytuję wiadomości z Garmina InReach oraz od razu składam tacie pisemne życzenia urodzinowe. Pięciogodzinna różnica czasu sprawia, że gdy ja piszę do moich bliskich wieczorem, wiadomości od nich odczytuję często dopiero kolejnego dnia rano, ale dzięki temu mam miłe poranki. Taką równoczesną komunikację udaje nam się właściwie zachować tylko w trakcie pierwszych dwóch godzin mojej porannej wachty, czyli między 8 a 10. To jeszcze taki czas w PL, że B jest sam bez dzieci, ponieważ chłopcy są wtedy w przedszkolu, a Michalina też zawsze znajdzie chwilę w pracy, by mi odpisać. Czasem z Tatą i z Bartkiem komunikuję się jeszcze w nocy, ale oni mają odbiegające mocno od normy godziny snu, więc piszą do mnie w środku ich nocy 🙂
Miło sobie wyobrażać na podstawie przesyłanych wiadomości, co tam się u nich dzieje 🙂

U nas od rana delfiny! Ledwo postawiliśmy pełne żagle, które na noc były zwinięte, gdyż z braku wiatru szliśmy na silniku, ledwo nabraliśmy magicznej prędkości ponad 8 węzłów, a już małe rozbójniki pojawiły się przy burcie, by się z nami ścigać 🙂
Stado wyglądało podobnie do tego, które widzieliśmy wczoraj. Myślę, że przy dłużej prowadzonej obserwacji można ze spokojem rozróżniać poszczególne osobniki. Jedne mają ciapki na bokach, inne są gładkie. Poruszają się co prawda tak szybko i na tak krótko wyslakują nad wodę, że bardzo trudno to dostrzec, ale jednak widać różnice między nimi. Są wśród nich większe i mniejsze osobniki, ale są równie drobne jak te na Morzu Śródziemnym.

Po delfinach kolejna okazja do świętowania. Wczesnym rankiem przekroczyliśmy Zwrotnik Raka i to jest dobry powód do zrobienia odstępstwa od codzienności i wzniesienia toastu. Toast oczywiście karaibskim rumem! Co prawda nie wiem, czy to taki duży powód do radości – opuszczamy tropiki i wchodzimy do strefy umiarkowanej, czyli takiej, w której żyjemy na co dzień. Jak to B napisał, teraz przed nami Północny Atlantyk z jego humorzastymi i chmurnymi niżami. A gdzie wachty w krótkich spodenkach?!? Gdzie słoneczko i ciepełko?!? Teraz część wyprawy, na którą się bardziej skrupulatnie przygotowałam. Tak jak zapomniałam o kremie przeciwsłonecznym do tropików, tak mam dwa sztormiaki, ciepłe czapki i skarpety. Jednak doskonale wiem, co mogą zgotować północne morza i jestem lepiej przygotowana na spotkanie z zimnem niż byłam gotowa na karaibski ukrop.

Z chitów i sukcesów dnia – Bolek prawie że codziennie uczy mnie astronawigacji. Naprawdę to ciekawie tłumaczy, ale też nie jest to proste zagadnienie. Już sama obsługa sekstantu nastręcza dużych problemów. Naprawdę trzeba mieć do tego wprawę. Ja miałam sekstant raptem kilka razy w rękach i choć Bolek zachęca do ćwiczeń, to dzień zawsze schodzi na czymś innym, a i sama lekcja astro też chwilę zajmuje, zatem nie mam z tym jeszcze zbyt dużego doświadczenia. Słoneczko ucieka mi kilka razy w trakcie pomiaru, mylę chmury z choryzontem, no nie jestem w tym mistrzem świata, a wierzcie mi, że zrobienie tego dobrze na bujającym się pokładzie mogłoby być dyscypliną olimpijską. Gdy więc Bolek zaproponował dziś, bym sama policzyła, kiedy u nas będzie Meridian Passage i sama zrobiła namiar w tym czasie na słońce, steierdziłam, że mi to nie wyjdzie, że to za trudne.
Lubię podejście Bolka. Z pełnym spokojem i uśmiechem stwierdził: Dorosła dziewczyna, a błędów się boi popełniać. Najwyżej Ci nie wyjdzie i tyle!
Wzięłam się zatem do roboty, zliczyłam, kiedy powinnam zrobić namiar i usadowiłam się z sekstantem na górzecna pokładzie z 10 minut przed czasem, by jeszcze poćwiczyć. Sam pomiar wyglądał tak, że przynajmniej ze trzy razy krzyczałam, że mi słonko uciekło, Bolek pomógł mi zmienić filtry, bym lepiej horyzont widziała i w końcu zadowolona z siebie stwierdziłam, że słoneczko mam nad horyzontem tak jak chciałam i zgodnie ze sztuką. Odczytanie wyniku. Lekcja Bolka na temat tego, co i jaknpoliczyć. Teoria i praktyczne obliczenia i co? Moja zliczona na podstawie astronawigacji szerokość geograficzna odbiegała jedynie o 2 kable od tej z GPS! To naprawdę wielki sukces i powód do radości!!! Yuppi jej! I kolejny toast! 🙂

Nadal dogadzamy sobie różnymi pysznymi daniami, choć świeżych owoców brak jest już zupełnie, a z warzyw zostało kilka marchewek, dwie papryki, kilka sztuk małych koktajlowych pomidorków i pół główki kapusty, z tym że tak główka wyjściowo miała rozmiar pięści… Na szczęście mamy jeszcze cebulę i czosnek 🙂
A do tego dużo rzeczy w puszkach, trochę w zamrażarce i tonę ryżu 🙂
Ania z poprzedniego rejsu wyniosła doświadczenie ośmiodniowego funkcjonowania bez gazu. Cieszymy się, że nam to nie grozi. Gazu mamy trzy butle i możemy cieszyć się gotowaniem. Miny nam trochę rzedną, gdy Bolek podrzuca, że co prawda gaz mamy, ale co by było, gdyby zepsuł nam się iskrownik w kuchence. Nie mielibyśmy czym odpalić gazu. Zapalniczkę wziął ze sobą Darek schodząc z pokładu, a żadne z nas nie ma zapałek. Na szczęście Bolek odkopuje zapalniczkę razem ze swoim fajkowym zestawem. Pali fajkę przy zachodzie słońca, a my mu towarzyszymy podziwiając kolory nieba i wody oraz wstający księżyc.

Dodaj komentarz