Zwiedzanie Cagliari

Przyszło nam spędzić kilka dni w stolicy Sardynii i choć żałowaliśmy bardzo, że sztorm na morzu nie pozwala nam płynąć dalej, to jednak cieszyliśmy się, że stoimy akurat w takim mieście, które daje dużo możliwości spędzania czasu. Pewnie mała mieścina miałaby więcej uroku, ale znowu co my byśmy w niej robili przez tych kilka deszczowych dni? Cagliari za to, jako duże miasto, oferowało wiele różnorodnych atrakcji i nie dało nam się nudzić. Nie było też na szczęście pokroju Palermo, w którym bałam się sama z dziećmi poruszać po niektórych ulicach Starego Miasta. Jak Palermo pełne było zabytków, a przy tym było także naprawdę przyjaznym miastem i bardzo przypominało nam Barcelonę.

Chcę w jednym wpisie zebrać atrakcje, które zaoferowało. Tak jak na początku trafiliśmy tu na obchody święta św. Efezjusza – przepiękną procesję przedstawicieli wszystkich regionów Sardynii, którzy przybyli uczcić pamięć o jednym z patronów Cagliari, tak i procesja zakończyła nasz pobyt w tym mieście. Ostatniego wieczoru okazało się, że ludzie ponownie gromadzą się na ulicach, a Ci, którzy cztery dni wcześniej w procesji szli w stronę kolejnych miast, teraz wracali. Wszystko widzieliśmy raz jeszcze, tylko w nocy i w odwróconej kolejności. Nie było co prawda kolorowych wozów, za to cała piesza i konna procesja przeplatana grajkami przemaszerowała przed nami raz jeszcze, tym razem w odwrotnym kierunku, w stronę kościoła Sant’Efisio, w którym kilka dni wcześniej się rozpoczynała. Nie zabrakło także mieszkańców, którzy witali wracających. Na końcu procesji za złotą karocą ze świętą figurą, ciągniętą przez tym razem jedyne w procesji świątecznie ozdobione woły, podążał tłum wiernych. Dołączyliśmy do nich, by razem dojść do kościoła. Procesja kroczyła najpierw głównymi ulicami miasta czasowo wyłączonymi z ruchu, ale najbardziej urokliwe było przejście wąskimi uliczkami tuż przed samym kościołem. Ludzie stłoczyli się w nich, nad nami na balkonach mieszkańcy sypali płatkami kwiatów, a na koniec nad kościołem na wiwat rozbłysły sztuczne ognie. Panował podniosły nastrój jak pierwszego dnia, ale teraz był już bardziej radosny, swobodny klimat. Miałam wrażenie, że uczestnicy procesji na zakończenie w większości rozeszli się po knajpkach, by tam dopełnić świętowania.

I takim to sposobem widzieliśmy nie tylko największe święto w Cagliari – procesję pierwszomajową z okazji święta Sant’Efisio, ale także jego zakończenie.
Byliśmy pod ogromnym wrażeniem tych obchodów, tym bardziej, że wynikają one z tradycji, nie z grania pod publikę i na pokaz przed turystami. Widać, że dla Sardyńczyków jest to bardzo ważne święto, udział w procesji jest ogromnym wyróżnieniem, a wiara i związek z kościołem ma dla nich olbrzymie znaczenie.

Cagliari nie przyszykowało dla nas dobrej pogody. Zjedliśmy tam mnóstwo lodów w deszczu i dużo lokalnych smakołyków, o których już pisałam.
Za to tak długo się rozstawaliśmy z tym miastem i tak długo pogoda nas zwodziła polepszeniem, że kilka razy byliśmy na tych ostatnich już lodach i kilka razy żegnaliśmy się z Cagliari. Tym sposobem ostatniego dnia do listy smakołyków dołączyły lody o smaku truskawek z bazylią i pieprzem i te o smaku gorgonzoli z hibiskusem. Tak jak pisałam wcześniej, nie byłam tak odważna, by zamówić je z rozpędu, ale poprosiłam o nałożenie mi na łyżeczkę odrobiny na spróbowanie i okazały się najpyszniejszymi lodami, jakie kiedykolwiek jadłam!!! Aż mi szkoda, że pewnie nie szybko dane mi będzie ponownie spróbować tych smaków, choć akurat te z truskawkami dosyć łatwo mogę odtworzyć samodzielnie 😃 Tego samego dnia przysiedliśmy też na ostatnim Ichnusa, podczas gdy chłopcy zajęci byli zdobywaniem klombu z palmami. Kelner doniósł nam lokalny cienki, kruchy chleb wypiekany pół na pół z mąki pszennej i kukurydzianej, kanapki z twarożkiem z ricotty i papryki, kiełbasę pokrojoną w cieniutkie plasterki, słodki ser żółty polany dodatkowo miodem i zielone oliwki, w których rozsmakował się Stefano.

Czymś natomiast, co zadziwiło mnie na Sardynii, była mała ilość pizzy i makaronów jak na Włochy i niewielka ilość owoców morza w kuchni jak na wyspę. Podobno kuchnia Sardynii opiera się na produktach pasterskich, ponieważ mieszkańcy nękani dawniej przez Saracenów i zarazy przywożone na wyspę zwykli mawiać i wierzyć, że wszystko złe, co spotyka wyspę, pochodzi z morza, zatem tradycyjnie już nie jadali pokarmów, jakie ono dawało. Dużo w ich kuchni jest mięsa, co mnie zupełnie nie odpowiada i serów, co akurat mnie urzekło, bo takiego wyboru nabiału w sklepach dawno nie widziałam 😃 Mają tu oczywiście takie sery, których u nas zupełnie nie można dostać, ale smakiem niektórych można się cieszyć także w Polsce, co mam zamiar robić po powrocie.

Z innych atrakcji w trakcie spacerów trafialiśmy często na ciekawych ulicznych grajków lub na muzyków ćwiczących w kościele na organach i zawsze była to dodatkowa przyjemność dla chłopców, którzy lubią muzykę na żywo.
W najbliższym sąsiedztwie mariny mieliśmy wciśnięty pomiędzy masywniejsze od niego kamienice kościół św. Franciszka z Paoli z ołtarzem uznawanym za jeden z piękniejszych w mieście. Kawałek dalej kościół Matki Boskiej Patronki Żeglarzy (Santuario di Nostra Signora di Bonaria) i przed jej ołtarzem zapaliliśmy świeczki za pomyślność naszego rejsu. W przeciwną stronę, ale widoczny z jachtu stuletni, bogato zdobiony ratusz z głowami Maurów na rogach i piękny dworzec kolejowy z parowozem stojącym pomiędzy peronami. Widzieliśmy też amfiteatr rzymski, z którego pozostała jedynie część wykuta w skale, ponieważ pozostałe skończyły jako materiał budowlany w innych budynkach. Po drodze do niego widzieliśmy Palazzo delle Scienze. Podziwialiśmy pozostałości najstarszego kościoła w granicach murów miejskich w Cagliari, który przetrwał wieki, by zostać zburzonym przez niewypał – bombę z II Wojny Światowej, która wybuchła po czasie w 1947 roku. Ogromne wrażenie zrobiła na nas twierdza górująca nad miastem i z jednej strony wczepiona w skałę, a także Bastion św. Remigiusza. Zwiedziliśmy ostatecznie także w środku piękną katedrę, którą pierwszej nocy widzieliśmy jedynie z zewnątrz. Minęliśmy wiele razy króla Sardynii „stojącego” na rondzie, machając mu za każdym razem 🙂 Odwiedziliśmy słonia na jednej w wież-bram miasta (Torre dell’Elefante), która straszyła najeżonymi kolcami gotowymi spaść prosto na nasze karki. Wiem, że byliśmy jeszcze u św. Eulalii i św. Anny, u św. Antoniego i oczywiście u św. Efezjusza, ale wielu kościołów, w których także byliśmy, już nie pamiętam z nazwy. Praktycznie wszystkie z nich były bardzo zadbane i pięknie utrzymane (tu znowu kontrast z Palermo, gdzie wnętrza często były zadbane, za to fasady straszyły). Na każdym kroku znajdowaliśmy albo zadbaną zieleń miejską, albo prywatne zielone tarasy, a w najciaśniejszych zaułkach ciekawie zaaranżowane kwietniki lub po prostu kwiaty w donicach. Podziwialiśmy wiele ciekawych murali i malunków na murach, które zdobią całe miasto. Napatrzyłam się do syta na ładne rzeczy w sklepach, na ubrania z pięknych materiałów, na ciekawe buty i na wiele pięknych artystycznych wyrobów. Cagliari jedną rzeczą nie różniło się od innych włoskich miast – pranie oczywiście wisiało tam za każdym rogiem, nawet w najbardziej reprezentacyjnych dzielnicach czy na przeciwko ambasad. Osobliwego uroku Cagliari dodawał jednak port. Z jednej strony turystyczny, z innej rybacki – w kolejnym basenie portowym obok nas stało dużo kutrów, a codziennie mieliśmy też możliwość oglądania kolosów pasażerskich zatrzymujących się nieco dalej od miasta. Niektóre z tych promów były ciekawie malowane, np. w postaci z kreskówek, co zawsze budziło ciekawość chłopców 😃

Tak jak na Sycylii znakiem pojawiającym się na każdej pamiątce był triskelion, głowa Meduzy z trzema okalającymi ją nogami i kłosami (lub podobny znak graficzny), symbolizujący urodzaj ziemi, szczęście i pomyślność, tak w Cagliari, na Sardynii wszystko zdobiły głowy Maurów. Można je spotkać na pamiątkowych magnesach, na flagach, wykute z kamieniu na ratuszu, a nawet na lokalnym, swoją drogą pysznym piwie Ichnusa. Te w bardziej poprawnej politycznie wersji mają zeuropeizowane twarze i przepaski na czołach. Innym pozostawiono typowo afrykański profil i przepaski na oczach. Ciekawe, że biały kraj posługuje się w sumie takim rasistowskim symbolem. Czytałam o tym trochę i rozumiem niby jego genezę, ale jednak nadal mnie to dziwi. Widać poprawność polityczna nie ma tu tak spiętych pośladków jak u nas 😉, a Sardyńczycy, to tak naprawdę nie Włosi, jak sami z resztą twierdzą 🙂

Tak jak Palermo w mojej pamięci było miastem ogromnych wrót zamiast normalnych rozmiarów drzwi, tak Cagliari kojarzyć mi się będzie z muralami i ciekawymi kołatkami (tak, drzwi to jednak jaka moja fascynacja i zboczenie ;)).

Chaotyczny ten wpis, jak w sumie całe nasze chodzenie po Cagliari 🙂

Dodaj komentarz