Znowu nas wywiało – Falmouth

Nie wiem w sumie, jak to powiedzieć. Byłam pewna, że wrócimy jeszcze w tym roku na Desideratę. Pozostawało jedynie namówić B, a właściwie nie chodzi o samo namawianie, bo i on tego chciał. Chodziło o to, by ułożył sobie pracę tak, byśmy mogli popłynąć. Mnie zastępstwo zaproponowała moja przyjaciółka i dzięki temu mogłam spokojnie myśleć o wyprawie.

Jak zwykle jednak jeszcze na kilka dni przed wyjazdem nie podjęliśmy ostatecznej decyzji. Bilety lotnicze kupowaliśmy w weekend, a na miejscu mieliśmy być już w środę. Mistrzowie spontanu! Pakowanie i przygotowania zżarła codzienność. Niewiele rejsu przebijało się do naszej świadomości i działań, tyle mieliśmy w ostatnim czasie do pozałatwiania. Odbiło się to oczywiście na ilości snu i u mnie i u B, gdy więc jeszcze załatwianie ostatnich spraw i pakowanie pochłonęło nam czas do świtu ostatniej nocy, niewiele czasu zostało na sen, tak byśmy dali radę zdążyć na samolot.

I tak jak czasem poganiam, tak już teraz odpuściłam. Byłam naprawdę zmęczona. Nie wyrabialiśmy się jednak z niczym. To było najgorsze moje pakowanie w ostatnim czasie. Niczego nie mogłam znaleźć. Część rzeczy niespodziewanie odnalazło się z samego rana, inne ukryły się na tyle skutecznie, że pojechałam bez nich.

Walizkę zapięłam jeszcze w nocy, ale B tuż przed wyjściem z domu wrzucał do torby ostatnie rzeczy. Gdy już wydobyliśmy się, zamknęliśmy za sobą drzwi i ruszyliśmy biegiem do zamówionego Ubera, ten odwołał nasz kurs. Dodatkowy stres, bo już przecież o tej porze mieliśmy być na lotnisku, a tu jeszcze taksówka nam zwiała. W terminalu miłe zaskoczenie – samolot jest opóźniony 35 minut, a więc ze spokojem zdążymy nadać bagaż i przejść kontrolę, do której kolejka, jak widzimy, zawija się. Wykorzystujemy nadmiar czasu na kupienie biletów na następne etapy podróży. Ale zaraz zaraz, niby dobrze, że przez opóźnienie mamy więcej czasu teraz na lotnisku, ale przecież później przez to możemy nie zdążyć na pociąg! A bilety już kupione… Zaczynam trzymać kciuki, byśmy jak najwcześniej ruszyli. Niestety, gdy mija czas podawanego wcześniej opóźnienia, my nadal siedzimy w terminalu, a nasz samolot dopiero ląduje… Zanim go wypakują, zanim do niego wsiądziemy i wystartujemy, mija ponad godzina od pierwotnego czasu wylotu. No to dupa, wykupiony pociąg mamy z głowy, a to przecież tylko jeden z etapów naszej podróży. Z samolotu musimy wsiąść w autobus, który jedzie na dworzec PKP, później czekają nas trzy pociągi i na koniec taksówka wodna, która nie kursuje w nocy, więc zależy nam, by w Falmouth być jak najwcześniej. Plan podróży bardzo łatwo może się sypnąć na każdym etapie… Jakaż jest więc nasza radość, gdy odkrywamy, że w planach nie uwzględniliśmy zmiany czasu i jest szansa, że jednak zdążymy na pociąg, bo czas w naszych telefonach właśnie się zaktualizował o godzinę wstecz!

Po wylądowaniu szybciutko po nadawany bagaż. Nie obyło się bez niego, bo musieliśmy wziąć z PL kilka rzeczy do napraw na jachcie. Szybko, szybko, stoimy przy taśmie i nie możemy się doczekać. Niech już te bagaże wyjeżdżają! Ale gdzie tam. Słyszymy tylko podawany komunikat o zmianie taśmy, na której będą wydawane bagaże. Strata czasu na przejście kawałek dalej na lotnisku, a bagaży i tak nie ma. Już nerwowo tupię nogą… Jest nasza torba, więc teraz bieg na autobus. Odjeżdżają co 10 minut, a te minuty mogą zaważyć na tym, czy zdążymy na PKP, dlatego ruszamy z kopyta, by złapać ten wcześniejszy. Lotnisko jest pod Bristolem, więc musimy dostać się do centrum. A tam, jak to najczęściej w miastach bywa – korki. Matko jedyna, no jedźże! Nie widzisz, że nam się spieszy! Już stoimy w blokach startowych przy drzwiach autobusu, po to, by wypaść z niego, gdy tylko się zatrzyma i pędem ruszyć na peron. Mamy 3 minuty do odjazdu pociągu! B już założył, że nie zdążymy. Ja jeszcze chcę zrobić wszystko, by nam się udało, ale nie znam tego dworca. Czy daleko mamy na nasz 12 peron? Czy zdążę się połapać, gdzie co jest? No nic, teraz biegiem. Okazuje się, że przystanek autobusu jest spory kawałek od głównego wejścia, do tego trzeba biec pod górkę. Zostawiam B z ciężką torbą i gnam przed siebie. Liczę na to, że pierwsza wpadnę na peron i zatrzymam pociąg. B nie pozostaje nic innego, jak mnie gonić, choć waga plecako-torby, jaką ma na plecach raczej bieg uniemożliwia. Widzę jednak kątem oka, że mnie goni. Wpadam na dworzec, perony w prawo. Po drodze jeszcze pomyłka i musimy się cofać. Pytamy o to, gdzie nasz peron i znowu biegiem, tym razem po schodach w dół i na górę. Ledwo daję radę z moim bagażem. Nawet nie chcę myśleć o tym, co przeżywa B… Gdy wpadam na peron 12, pociąg jest daleko z przodu. Zatem przed nami ostatnia prosta. Mijając elektroniczną tablicę z rozkładem widzę, że na zegarze jest już minuta po planowanym odjeździe. Ostatnie 50 metrów! Widzę, że pociąg nadal stoi. Oby tylko nie ruszył właśnie teraz. Nie teraz, gdy jesteśmy już tak blisko! Macham konduktorowi, że jeszcze ja!!! Niech widzi, że ktoś jeszcze chce wsiąść do tego pociągu. Widzę, że obsługa składa podjazd dla wózków inwalidzkich, jest jeszcze chwila! Gdy dopadam najbliższych drzwi, pokazuję konduktorowi, że jeszcze jedna osoba jest za mną, ale B już jest właściwie przy pociągu. Zdążyliśmy!!! Uratowało nas chyba tylko składanie tego podjazdu dla wózków, co zajęło obsłudze pociągu trochę czasu.

Gdy kucam w przejściu między wagonami, bo chcę złapać oddech, dwie osoby przerywają rozmowę, by zapytać, czy wszystko w porządku i czy nie potrzebuję pomocy… Muszę chyba bardzo ciężko oddychać 😉 B szybko mija radość z tego, że zdążyliśmy na pociąg, bo dostaje służbowy telefon… Pomimo tego ja i tak się cieszę. Dzięki temu mamy szansę załapać się na dwie kolejne przesiadki i do Falmouth dotrzeć na tyle wcześnie, że taksówka wodna zawiezie nas na łódkę, która stoi na bojce pośrodku zatoki. Powoli zaczynam wierzyć, że rzeczywiście to się uda!

Teraz pozostaje nam cieszyć się widokiem cudnych angielskich wsi. We wszechogarniającą zieloność zaczynają wkradać się kolory jesieni. Jest przepięknie. Raz na jakiś czas widzimy też fragment wybrzeża. Łódki zaparkowane na bojkach, albo małe łódki wiosłowe lub dwukilowe jednostki, które po odpływie stoją pośrodku błota. Na ostatnim etapie podróży, z okien ostatniego pociągu, po w miarę bezproblemowych przesiadkach, obserwuję zmianę w krajobrazie. Zaczynają pojawiać się rośliny, które w tym roku na co dzień mieliśmy na wybrzeżu Morza Śródziemnego. Co jednak tutaj w Anglii robią palmy i bananowce??? Prawdopodobnie są sztucznie nasadzone, ale jednak klimat musi im sprzyjać, skoro tak ładnie tu sobie rosną 🙂

Po chwili mogę się im już przyglądać z bliska, bo w Falmouth jest ich pełno. Na pewno nie są sztuczne 😉 Zatem jesteśmy na miejscu. Jeszcze nie na łódce, ale już niewiele do tego brakuje. Z daleka widzimy kilka masztów i kierujemy tam kroki. Jakie jest nasze zdziwienie, gdy w drodze do taksówki wodnej idziemy tak malowniczą ulicą, jakich czasem nawet Włosi nie miewają. Zawsze byłam fanką Południa, włoskich i chorwackich miasteczek. Po naszym trzymiesięcznym rejsie zakochałam się także w Portugalii. Anglia nie jest mi obca, ale byłam tu tylko na Północy i na wschodnim wybrzeżu. Nie spodziewałam się tak klimatycznego Południa Anglii. Myślałam, że to będzie totalna dziura, portowe miasteczko z szarymi, smutnymi dokami i przemysłowym klimatem. Taki koniec końców świata.  Jest zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażałam, nawet nie miałam czasu sprawdzić w internecie, czego się mogę spodziewać. Miasteczko jest cudowne, urocze, pełne kolorów, które uwypukla i ociepla jeszcze zachodzące słońce na tle ciemnych, deszczowych chmur. Zakochałam się!

Robimy zakupy spożywcze, by zrobić sobie kolację na jachcie. Całe miasto pachnie pysznym jedzeniem. Restauracje serwują ryby, kraby i mule. Jak na Anglię przystało jest też trochę miejsc z jedzeniem na wynos i sporo typowych pubów, ale są też restauracje z  hinduskim jedzeniem, co akurat tu nie dziwi, ale są też miejsca serwujące afrykańskie dania, tawerny greckie, czy włoskie kawiarenki. Mamy jednak za dużo toreb ze sobą, by swobodnie gdzieś usiąść. Postanawiamy, że zostawimy bagaże na jachcie i może jeszcze wrócimy tu na kolację. Gdy zamawiamy taksówkę wodną, zaczyna padać. Na łódce jeszcze ostatni stres. Nie możemy znaleźć kluczy, by ją otworzyć. Przeszukujemy po ciemku przy latarkach wszystkie zewnętrzne bakisty przez dobre kilkanaście minut tylko po to, by odkryć, że łódka jest otwarta… Widzimy też, że powietrze z pontonu jest spuszczone. Nie nadmuchamy go już w tym deszczu, po prostu nam się nie chce. Zostajemy więc na łódce i szykujemy kolację. Jest troche tak, jakbyśmy nigdy się stąd nie ruszali. Jest tak, jak zawsze. To takie normalne być na Desideracie. Tak, jakby nie minęło tych kilka miesięcy od czasu, gdy tu ostatnio byliśmy. Po trzech miesiącach żeglowania ciągiem, czuję się tutaj jak w domu.

Brakuje tylko naszych kochanych Szerszeni i reszty załogi. Pusto tu bez nich strasznie. Nadal mam wrażenie, jakby tylko skoczyli na godzinkę na wycieczkę na ląd i zaraz mieli wrócić. Jesteśmy tu jednak sami. Chłopcy zostali u dziadków, przez co też jeden z załogantów ze stałej ekipy do nas nie dołączy… Nie jest to jednak już ta pogoda, by pływać z dziećmi. Jak na moje jest już za zimno i za duże prwadopodobnieństwo jesiennego pogorszenia pogody. Może kiedyś, jak będą odrobinę starsi, to już nie będziemy się tym przejmować, ale teraz stwierdziliśmy, że rejs z nimi nie byłby najlepszym rozwązaniem. Nie płyniemy jednak sami. Już jutro ma dołączyć jeden z dwóch dobrze nam znanych załogantów. Kolejny dotrze w sobotę. Czekamy na nich niecierpliwie, ale też chcemy odpowiednio wykorzystać ten jedyny samotny wieczór na jachcie 😉

4 replys to Znowu nas wywiało – Falmouth

Dodaj komentarz