Zielone Azory

Ruszamy najpierw do Ponta Delgada, a później w stronę Gibraltaru. Czeka nas ostatni tydzień na Atlantyku, jeśli tylko wiatry będą nam sprzyjać.

Posililiśmy się jeszcze w knajpce na nabrzeżu portowym, pozałatwialiśmy ostatnie sprawunki. Ledwo zdążyłam ze zrobieniem napisu na falochronie, na którym wszyscy się tu podpisują, a właściwie zdążyłam tak połowicznie. Dzięki zrobionemu wczoraj szablonowi i puszce farby ze sprejem wymalowałem napis ZUZO 2, ale nie wystarczyło mi już czasu, by dopisać pod nim nasze imiona i datę 🙁 Niestety obsługa z mariny poprosiła nas o zmianę miejsca postoju i musieliśmy zagęścić ruchy. Do tego Ania pomyliła godziny i mało brakowało, a nie zdąrzyłaby na prom na wyspę Pico. Jak się okazuje noe tylko mnie zdarza się „gubić” dni i godziny 🙂

Planowaliśmy wspólne śniadanie, ale czasu wystarczyło tylko na szybkie pożegnanie, Ania pobiegła na prom, a my rzuciliśmy cumy i podpłynęliśmy do nabrzeża przy biurze mariny.

Plan był taki, by wypłynąć w południe i prawie udało nam się go zrealizować. Zastopowała nas jednak przerwa w godzinach pracy biura i wypłynęliśmy dopiero o 13:30.

Na tym etapie rejsu z Bolkiem dzielimy obowiązki na pokładzie. Od teraz będziemy już mieć sześciogodzinne wachty. Jestem ciekawa, jak mi pójdzie dostosowanie się do tego.

Pogoda na kolejne dni zapowiada się całkiem dobrze. Wiatr będzie nas pchał w stronę Europy. Jedynie fala przez kolejne dni może być jeszcze duża.

Na razie trzymamy się między wyspami i płyniemy z dobrą prędkością na skraju foku z wiatrem w plecy. W opcji mamy jeszcze zawinięcie po dobie do Ponta Delgada, gdzie Bolek ma do odebrania zakupiony wcześniej bloczek, ale to jeszcze nic pewnego.

Gotuję obiad i doceniam jakość produktów z Azorów. Nie odbiegają jakoś specjalnie od polskich, ale właśnie są takie europejskie, jak nasze. Nawet zwykły tuńczyk w puszce jest o niebo lepszy niż te, które kupiliśmy na Karaibach. Już nie wspomnę, że dzięki wczorajszym zakupom mamy zapas świeżych owoców i warzyw, a nie tak jak w trakcie ruszania z Grenady głównie cebulę i banany…

Jeszcze przed zmrokiem podchodzimy do południowo-wschodniego krańca wyspy … Bolek chce mi pokazać wodospady. Są aż trzy. Spadają do morza wprost ze stromych urwisk wyspy. Nad nimi, po stromych zboczach pną się winnice. Są nawet dwa domy tuż nad urwiskiem. Ciekawe, czy ktoś w nich mieszka, czy służą tylko w czasie sezonu prac w winnicy. Regularna zabudowa ciągnie się wzdłuż pojedynczych ulic to tu, to tam na zielonych stokach wyspy.

Zapada zmrok, a my zmieniamy kurs i oddalany się od niebezpiecznych skał. Nas nami krążą stada ptaków. W nocy cały czas pada, a wiatr jest tak szkwalisty, że trudno zapisać w dzienniku wszystkie manewry na żaglach. Uspokaja się i stabilizuje po tym, jak odkręca na północ. Z daleka widać światła kolejnych wysp i tych kolejnych pojawiających się z lewej burty jak Terceira, jak i tych, które zostały za nami. San Miguel, czy Pico. Czas się znowu oswoić z wachtowym rytmem, tym razem dzielonym między dwie osoby. Jutro przed nami Ponta Delgada.

Dodaj komentarz