Żeglarski świat jest mały

Wstaję razem z chłopcami i dzień, jak to często i wcześniej bywało, zaczynamy od wspólnego robienia naleśników. Mam tylko nadzieję, że uda nam się uniknąć tego jutro, ponieważ Robert chce wypływać z samego rana i wolałabym nie wstawać o świcie, tylko po to, by zaspokajać naleśnikowe zachcianki Szerszeni 😉

Co tu dużo pisać? Dziś dalszy ciąg sprzątania i ostatki pakowania, które przerywa przybycie kolejnego nowego załoganta. Aleks, jak się okazuje, spędził w Lizbonie rok na studiach, pracując jednocześnie jako przewodnik i kierowca trójkołowego tuktuka i zarabiając na obwożeniu turystów po mieście. Opowieściami o Lizbonie umila nam pracę i tak czas nam upływa aż do popołudnia, kiedy to razem z Aleksem i Szerszeniami wybieram się na pocztę, by wysłać kolejną, nie ostatnią jeszcze, partię pocztówek. Po drodze, jak zwykle w Portugalii, zachwycam się starymi drzwiami i azulejos na ścianach. To wtedy Aleks po raz pierwszy mówi mi o tym, jak się nazywa ten sposób zdobienia fasad i jak to słowo poprawnie wymawia się po portugalsku (azulechos). Śmieje się, że skoro tak bardzo podobają mi się przedmieścia, to na pewno polubię Lizbonę.

Dobrze nam się razem spaceruje. Aleks szybko wchodzi w komitywę z chłopcami, prowadzi ich za rękę i wyczerpująco odpowiada nam każde ich pytanie oraz uczy ich angielskiego. Chyba widząc moje zainteresowanie mijanymi miejscami nasz nowy załogant proponuje powrót okrężną drogą. Chce nam pokazać coś ciekawego – pofabryczne budynki przerobione na hipsterskie lokale gastronomiczno-usługowe. LX Factory przypomina mi trochę Off Piotrkowską, ale jest większe i ma mnóstwo poukrywanych ciekawostek. Jest znacznie bardziej „odjechane”. Na ścianach jest wiele fantastycznych murali i ozdób w postaci figur bądź rzeźb w stylu „coś z niczego”. Bardzo podoba mi się pszczoła na ścianie zrobiona z resztek opon i innych śmieci obrośnięta bluszczem.

Wszystko tu aż kipi kreatywnością. Mijamy wiele sklepów z fantastycznymi i bardzo oryginalnymi ubraniami oraz asortymentem do wystroju wnętrz. Pomiędzy nimi restauracje ze stolikami na zewnątrz urządzone w bardzo ciekawy sposób. Właściwie do każdego z tych miejsc warto zajrzeć chociaż na chwilę, ale Aleks prowadzi nas do jednego, upatrzonego wcześniej punktu. Jest to księgarnia z regałami aż pod sufit. Na górę wchodzi się po metalowych ażurowych schodach. Po drodze biorę do ręki kilka pozycji z książek na półkach i przeglądam je. Szerszenie w tym czasie gnają za Aleksem na samą górę, bo wysokie schodu kuszą odkryciem czegoś tajemniczego. Gdy i ja w końcu docieram na górne piętro, okazuje się, że mieści się tam warsztat rodem z bajki. Pełno w nim robotów, które ożywają wprawione w ruch przez swojego stwórcę – starszego pana, który bardzo ciekawie o nich opowiada. Chłopcy jako jedyne dzieci szybko zostają przepuszczone na przód małej grupy zwiedzających i z czasem zaangażowani przez starszego pana do uruchamiania bajkowych robotów. W pierwszym momencie tylko oglądają się na mnie, czy mają pozwolenie na takie działania, a później już zupełnie wsiąkają w świat magii tego warsztatu. Z otwartymi buziami i zapartym tchem przyglądają się działaniu kolejnych urządzeń, a i ja jestem pod ogromnym wrażeniem tego miejsca. Okazuje się, że nad nami jest jeszcze jedno piętro mieszczące stare maszyny drukarskie oraz wystawę obrazów. Niesamowite miejsce! Jak dobrze, że Aleks nas tu zabrał. Sami pewnie byśmy nie dotarli do tej magicznej księgarni i z powodu braku czasu i nie podejrzewając, ile atrakcji może tu na nas czekać. Samo LX Factory jest bardzo blisko naszej mariny, ale na przedmieściach Lizbony. Zapewne wybralibyśmy do zwiedzania stare miasto, nie pchając się do fabrycznych dzielnic i podejrzewam, że przegapilibyśmy to miejsce nawet o nim nie wiedząc.

Prawdopodobnie podczas tygodniowego pobytu w Lizbonie LX Factory może znaleźć się w planie zwiedzania, ale nam zdecydowanie zabrakłoby jutro na nie czasu, więc tym bardziej cieszę się, że dziś udało nam się tutaj dotrzeć.

Po powrocie do mariny, gdzieś chyba przy okazji obiadu i morskich opowieści pada magiczne hasło „Dar Młodzieży”. Już zdążyliśmy się wymienić informacjami o tym, co się ciekawego wydarzyło w naszych żeglarskich życiorysach, wiemy, jakie kto ma mniej więcej doświadczenie na morzu, już nawet zdążyliśmy rozpoznać w sobie miłośników żaglowców, ale nagle pada pytanie o to, kiedy byliśmy na Darze. Chwilę zajmuje mi kalkulacja i gdy podaję datę, Aleks się uśmiecha. Okazuje się, że byliśmy dokładnie w tym samym czasie na tym samym rejsie, na tym samym pokładzie, a i tak się nie znamy. Trudno się jednak dziwić. Na Darze było wtedy ponad sto osób, byliśmy w różnych wachtach, a integracja poza nimi była praktycznie niemożliwa. Teoretycznie mieliśmy okazję się poznać tylko w ciągu jednego dnia – Dnia Sportu. Poza tym od Gdyni do Antwerpii nie nie było innego portu, przez dwa tygodnie ani razu nie zeszliśmy na ląd, a na pokładzie skutecznie mijaliśmy się w systemie wachtowym. Mamy jednak co wspominać, bo pamiętamy podobne rzeczy, czy tankowanie na morzu, czy właśnie Dzień Sportu i konkurencje, w których wygraliśmy, naszego kapitana i bosmanów. Miło spotkać kogoś, kto to wszystko przeżył. Świat jest mały 🙂

 

Dodaj komentarz