Zaczynamy prawdziwy przelot przez Atlantyk

Budzi mnie zmiana obrotów silnika. Wyspałam się. Miałam wachtę od 20 do 24 i później spałam 7 godzin z małymi przerwami. Budzę się, gdy słyszę jak silnik inaczej pracuje. Przez okienko widzę wyspy. Zatem gdzieś dopłynęliśmy, tylko gdzie? Na Martynikę jest chyba jednak za wcześnie.

W sterówce na górze Ania z Bolkiem wypatrują katamaranu, z którym mamy się zamienić na pontony. Tak jak myślałam. To jeszcze nie Martynika, tylko zatoka Rodney Bay na wyspie Saint Lucia. Po dłuższej chwili udaje nam się odnaleźć poszukiwany katamaran i rzucić przy nim kotwicę.

Na śniadanie Ania serwuje naleśniki, Bolek płynie do Czechów uzgadniać szczegóły wymiany dhingasów, a ja robię pranie.

Powinniśmy się tu odprawić, ale mamy zamiar cichaczem podpłynąć pontonem na ląd i zrobić zakupy – głównie świeże pieczywo i warzywa.

Po wymianie z Czechami mamy teraz szpanerską łódź z kierownicą, więc wieziemy się szpanersko, szpanerską łodzią na ląd 🙂

Między zakupami a poszukiwaniem apteki, gdzie Bolek chce kupić multiwitaminy, atrakcją jest przydrożny stragan przy ulicy. Z jednej strony drogi stoi chłopiec i z niebieskiej beczki sprzedaje zanużone w zimnej wodzie butelki z sokiem ze świeżych kokosów. Po drugiej stronie jest stragan z całym zapleczem do przygotowywania tego napoju. Kupujemy jedną butelkę soku i Ania zachęca nas, byśmy podeszli do straganu i zapytali, czy możemy powyjadać miąższ z porościnanych kokosów. Młody chłopak przy nas na świeżo maczetą sprawnie rozcina kokosy, wodę z nich przelewa do butelki, a nam podaje rozłupane skorupy i szpatułkę do wyciągania miąższu. Jest delikatny, galaretowaty, ale nie ma aż tak wyraźnego smaku jak dojrzały kokos. Sok, który cieknie mi po rękach jest bardzo lepki.

Przed powrotem na łódkę wykorzystujemy ostatnią szansę na zobaczenie się z rodziną. Przysiadamy w barze przy marinie, który ma wifi. Dzwonię do Miśków i łapię ich tuż przed wyjazdem do Cigacic. Dziś już z większym spokojem podchodzę do naszej rozłąki. Czuję już teraz, że nadchodzi nieuchronne, czyli zmierzenie się z Atlantykiem. Przy okazji rozmów z rodzinami i załatwianiem ostatnich spraw przed wypłynięciem Bolek zaprasza nas na piwo i pinakoladę. Śmieję się, że stosuje sposób kapitanôw żaglowców do werbowania załogi – spić, wsadzić na pokład, a gdy się obudzą, będzie już za późno, by wrócić na ląd. Przy tym upale piwo i pinakolada już porządnie mieszają nam w głowach.

W podkręconych humorach, dhingim wycinając szalone zakręty wracamy na łódkę. Bolek zarządza drzemkę po obiedzie. Ja już mam ciśnienie, by płynąć i każde opóźnienie w naszej podróży zaczyna mi już przeszkadzać. Oczywiście mała drzemka nam nie zaszkodzi, ale ja już bym chciała płynąć do dzieci. Bolek się ze mnie śmieje, że poganiam, gdy tylko 5 tys. mil przede mną. A ja wiem, że każdy dzień dalej w naszym rejsie oznacza coraz bliższy czas spotkania z moimi trzema Miśkami!

W trakcie drzemki śnią mi się. Tańczymy wszyscy w korowodzie w jakimś szaleńczym tańcu, a ja się bardzo stresuję, by nie stracic ich z oczu, by mi nie poginęli…

Gdy się budzę, znajduję na Garminie wiadomość od moich: „Zobacz tato, jakie piękne pola i te poskręcane drzewa. Piękna jest ta stara droga” – Stefano w trakcie podróży do Cigacic.

Na rozbudzenie po drzemce wskakujemy do wody i chwilę pływamy przy jachcie. O 15:15 podnosimy kotwicę. Podpływamy jeszcze na chwilę do katamaranu obok, bo widzimy na nim polską flagę. Okazuje się, że to „Rybka” z Helu, a na niej Polacy z różnych miast zaczynają na niej swoje wakacje na Karaibach.

Godzinę później przepływamy między Saint Lucia a Martyniką i będzie to ostatni ląd, jaki będziemy widzieli do Azorów. Ania podkręca  zakłady o to, ile jachtów żaglowych zobaczymy w podróży od czasu, gdy nie będziemy widzieć lądu. Bolek po szybkim zastanowieniu stwierdza, że pewnie ani jednego.

Przepływamy przez dosyć duże skupiska glonów – Sargasów i być może będzie to jedna z niewielu rzeczy, która przez najbliższe dni będzie nam urozmaicała krajobraz.

Sant Lucia niknie nam powoli z oczu.
W związku z tym, że alkoholu było już dziś aż nadto, Bolek zarządza uczczenie rozpoczęcia wyprawy czymś słodkim – wafelkami. Wyrzucam gryz Neptunowi w ofierze za szczęśliwy i spokojny rejs. Mam nadzieję, że przekupię go tymi słodkościami.

6 replys to Zaczynamy prawdziwy przelot przez Atlantyk

  1. Justynko na pewno przekupisz Neptuna .On jak większość mężczyzn lubi słodkości i będzie Ci wdzięczny ,że się z nim podzieliłaś.W zamian będzie czuwał nad waszym rejsem.

Dodaj komentarz