Z serii atrakcje nocnej wachty

Już myślałam, że dziś nic nocą nie napiszę. Wyszłam o północy na pokład i przez dwie godziny nie mogłam się rozbudzić. Wypiłam dwie kawy, wzięłam się nawet za liczenie zaniedbanej wcześniej pozycji z astronawigacji, króra dzisiaj okazała się niestety porażką. Poległam już o stopień na szerokości geograficznej, więc już nie brałam się za przeliczanie kolejnego namiaru ze słońca. Matematyka pośrodku nocy wcale nie pomogła mi w stanięciu na nogi…
Siedziałam więc tak trochę przymulona na pokładzie, patrzyłam na księżyc chowający się za coraz grubszą warstwą chmur i myślałam, czy grot już bardzo, czy tylko trochę telepie się przy zanikającym wietrze.

Bardzo nie chciało mi się ruszać. Z drugiej strony myślałam sobie, że w sumie sama jeszcze nie zrzucałam grota na tym katamaranie. Zawsze to dodatkowe doświadczenie, które może mi się przydać później w trudniejszych warunkach, a teraz mam okazję poćwiczyć to przy flaucie. Stawianie grota tutaj to jak wyprawa w kosmos, szczególnie, jeśli chce się go postawić na którymś refie. Liczba lin, o które trzeba zadbać i ilość elementów, które w trakcie mogą o coś zaczepić, jest spora, ale zrzucenie grota to prościzna.

Tak mi się tylko wydawało. Celowanie kolejnymi brytami żagla do lazy jacka okazało się doskonałym sposobem na rozbudzenie. Kilka razy ponowne, częściowe wciąganie żagla, by się lepiej ułożył przy składaniu i znowu jazda w dół z celowaniem, by nie wypadał ze swojej lazy jackowej kołyski. Pomimo starań wyszło tragicznie… A najgorsze to, że 10 minut po zrzuceniu żagla wiatr się wzmógł z odpowiedniego kierunku i pożałowałam, że nie poczekałam chwilę z moimi manewrami. Taka to nauka.

Teraz oczywiście siedzę i czekam, czy zmiana wiatru jest stała, czy chwilowa, zanim wezmę się za postawienie grota. A może już poczekam z tym pół godziny, kiedy to Bolek wstanie, by mnie zmienić na wachcie?
Znacznie łatwiej było z tym grotem na Desideracie. Choć tam do jego obsługi przydawały się w sumie 2 osoby, a tu można to zrobić samodzielnie. Już sama nie wiem, może mi po prostu potrzeba jeszcze wprawy na tym katamaranie?

W związku z tym, że jak już pisałam, dzień bez rozmowy o jedzeniu jest na oceanie dniem straconym, opowiem Wam o naszych kuchennych atrakcjach. Zarządziliśmy dzień wypieków i za jednym rozgrzaniem piekarnika upiekliśmy przygotowany przez Bolka chleb i moje ciasto drożdżowe. Szaleństwo! Chleb na świeżo zjedliśmy prawie cały, bo po ostatnich tostowych paskudztwach był miłą i pyszną odmianą. Dopchaliśmy się plackiem i nikt już nie miał ochoty na obiad. Co tam?! Raz nie zawsze! Takie wypieki na oceanie dla załogi stęsknionej za „lądowym” jedzeniem to prawdziwa atrakcja!

Chyba zapach wypieków skusił delfiny 😉 Pojawiły się dosłownie wtedy, gdy wyciągaliśmy chleb z piekarnika. Duże stado śmigające i wyskakujące przed naszym dziobem. Wyglądały na większe niż ostatnio. Były bardziej czarno-białe i gładsze, bez plamek na bokach, które zaobserwowałam podczas ostatnich odwiedzin u dwóch innych grup. Wyraźnie przyglądały się, co robię, gdy machałam do nich ręką. Doskonale to widać, gdy siedzi się na samym dziobie tuż nad bardzo przejrzystą wodą. Widać ich każdy ruch, obrót ciała, kolor. Do tego dziś wyraźnie słychać było charakterystyczne piski, co nie zawsze się zdarza. Rozmawiałam z nimi naśladując ich dźwięki, a one znowu się odzywały 🙂 Niesamowite doświadczenie!!! Takie do zapamiętania do końca życia!

Dodaj komentarz