Z plaży prosto na wygwizdowo – Lagos i wybrzeże Portugalii

Mieliśmy wypływać z samego rana, jednak po raz kolejny przedłużamy pobyt. Będzie dziś tędy przepływał Bolek i chcemy od niego przejąć nowy dziennik jachtowy. To już nasza druga mijanka w trakcie rejsu, ale może po raz pierwszy uda nam się zobaczyć, bo ostatnio mijaliśmy się tylko na morzu w granicach zasięgu UKFki.

Bolek będzie dopiero popołudniu, więc korzystam z wolnego i zabieram Szerszenie na plażę. Tym razem idziemy na tę największą przy mieście. Jest ona po naszej stronie zatoki, nie musimy więc przechodzić przez zwodzony most, idziemy za to przy dworcu kolejowym i wzdłuż torów aż do niskiej wydmy. Za nią rozciąga się gigantyczna plaża. Zakładam, że jej szerokość jest akurat teraz podyktowana odpływem. Wiem, że tu skok wody jest nawet trzymetrowy. Dziś jednak okaże się, że woda z czasem zabiera znacznie więcej plaży niż podejrzewałam, a powrót do mariny zaskoczy nas też wyjątkowo wysokim stanem wody, gdzie nawet te czyste kamienie, będące najczęściej na powierzchni, będą pod wodą, a pochyła do tej pory kładka, którą schodziliśmy na pomosty do cumowania, dziś zupełnie się wyprostuje, tak podniosą się wszystkie pływające konstrukcje.

Teraz jednak cieszymy się ogromną plażą i oczkami wodnymi pozostałymi na niej po odpływie. Niesamowite, jaki urok, ile życia dają takie duże pływy. Na plaży odsłaniają mnóstwo muszli, zmieniają wygląd terenu. Gdy wchodzimy do wody w trakcie odpływu, woda jest ciepła. Pół dnia spędzam mocząc się w niej z Szerszeniami. Chłopcy bawią się, siadając na kole i czekając, aż fale wyniosą ich na brzeg. Ja korzystam z miłego plażowego zwyczaju popularnego w Hiszpanii i Portugalii i biegam toples 🙂

Gdy zaczyna się przypływ, woda robi się dużo zimniejsza, a fale bardziej gwałtowne. Co chwila musimy też przesuwać ręczniki coraz dalej w głąb plaży, by woda nie zmoczyła naszych rzeczy. Nie chcę ich zanosić zbyt daleko, bo wtedy musiałabym chodzić między naszymi rzeczami a bawiącymi się w wodzie chłopcami, więc co jakiś czas jedynie trochę odsuwam od wody ręczniki i torby.

W którymś momencie tężejący od jakiegoś czasu wiatr, porywa nam dmuchane koło, króre dosyć szybko zaczyna odpływać. Chłopcy w ryk, ale to taki ryk, krórego przy ich normalnie gwałtownym temperamencie dawno nie słyszałam! Nakręcają w tej rozpaczy jeden drugiego. Staram się ich uspokoić, powiedzieć, że nie popłynę po koło, bo boję się ich samych zostawić na brzegu przy tych dużych falach. I nagle ratunek pojawia się nie wiadomo skąd! Widać, że w stronę uciekającego koła płynie kraulem jakiś śmiałek 🙂 Do chłopców nagle dociera to, że jest szansa na uratowanie ich zguby i w sekundzie „odcinają” płacz. Teraz są w wersji „niedowierzanie-połączone z tłumioną radością”. Ja stoję na brzegu z gołymi cyckami i myślę sobie, że wstyd będzie. Nie z powodu tych gołych cycków, tylko dlatego, że nawet nie wiem, jak powiedzieć „dziękuję” po portugalsku…

W tym właśnie momencie zastaje nas B, który przyszedł na plażę skuszony zdjęciami gołych piersi, którymi go wabiłam 😉 Ja za to odwracam się do Portugalczyka, który z takim poświęceniem wyłowił koło, bąkam po angielsku dziękuję i nadrabiam cudownym uśmiechem 🙂 Nie wiem tylko, czy uratowanie koła zawdzięczam wrzaskliwi Szerszeni czy nagim piersiom? 😆

Chłopcy są tak szczęśliwi, że nawet nie muszę ich namawiać, by pobiegli jeszcze do tego mężczyzny, podziękowali mu od siebie po angielsku i przybili z nim piątkę. W końcu to dla nich ten bohater dnia rzucał się po koło 🙂

Zakręceni tą całą sytuacją nawet nie zauważamy, kiedy morze zalewa nam wszystkie nasze rzeczy pozostawione bez opieki. Czas wracać. W końcu chcemy wypływać o 17, by jeszcze przed zachodem obejrzeć z morza klify, nad którymi wczoraj staliśmy. Nie udaje nam się jednak ominąć placu zabaw przy knajpce na wydmie i spędzamy z B cudowną godzinę przy małym piwku, w ciszy i spokoju, gdy Szerszenie bawią się obok, a my patrzymy na morze i coraz niżej pochylające się nad nim słońce.

Wypłynięciu w morze towarzyszą dwie atrakcje. Zwodzony most otwiera się na prośbę B wypowiedzianą z pokładu przez UKFkę. Oczywiście obsługiwany jest przez pracowników mariny, ale dla Szerszeni jest to magiczne, że ich tata ma taką moc sprawczą 🙂 Siedzą ze mną na dziobie i obserwują, jak przepływamy pod mostem. Niespodziewanie robi się duży tłok. Każda z czekających łódek chce zdążyć z przepłynięciem, zanim most znowu opadnie. Drugą atrakcją są klify. Wczoraj chłopcom nie wystarczał widok z góry, tym bardziej, że kurczowo ich trzymałam za rękę nad urwiskami, nie pozwalając zbliżać się do krawędzi, a bardzo chcieli zobaczyć je też z bliska. Nie zdecydowaliśmy się jednak na wyynajęcie małej łódki, tylko chcieliśmy tam podpłynąć naszym jachtem. Dziś więc Młodzi mają okazję podziwiać z wody to piękne, poszarpane wybrzerze.

Nam powoli brakuje uwagi na podziwianie widoków, bo bardziej skupiamy się na tym, jak bardzo łódkę gnie na wietrze pomimo tego, że nie rozłożyliśmy nawet skrawka żagli… Prognoza przewiduje dość silny wiatr, bo do 30-35 węzłów, rozwijamy więc mocno zrefowane żagle. Po godzinie za sterem, gdy reszta załogi jest już pod pokładem, stwierdzam, że regularnie wieje nam powyżej 40 węzłów. Po kolejnej godzinie, wołam B na pokład, bo wiatr w porywach wieje powyżej 50 węzłów – najwięcej widzę 55 i jest to najwyższa wartość, jaką kiedykolwiek widziałam płynąc na jachcie. Wiatr porywa grzbiety fal, powietrze wypełnia się pianą morską, ale wszystko jest ok, do czasu, gdy nie musimy zmienić kursu, by ominąć wodną farmę. Nie chcemy oddalać się zbyt od lądu, bo w otwartym morzu ma wiać jeszcze więcej, poza tym zastanawiamy się, czy nie skorzystać jeszcze z ostatniego miejsca przed przylądkiem, gdzie możemy rzucić kotwicę. Omijamy więc farmę lewą burtą, tyle że mamy kiepski kurs w stosunku do fali i zaczynają nam one zalewać pokład. Wtedy to po raz kolejny daje o sobie znać nieszczelny forluk i woda zaczyna nam się przelewać przez to nieszczęsne, nieszczelne okienko na dziobie, zalewając nasze łóżko i… tak już będzie przez pół nocy. B przebiera się w sztormiak, zmienia mnie za sterem i jak się okaże, spędzi tak już kolejne kilka godzin.

Miejsce do kotwiczenia, które braliśmy do uwagę, nie wydaje się zbyt dobrze osłonięte, nie zostajemy więc tutaj, tylko płyniemy dalej. Stwierdzamy, że jeśli za przylądkiem okaże się, że jest gorzej, najwyżej wrócimy. Jest gorzej i to dużo gorzej! Wiatr ryczy, fale wyglądają jak góry lodowe. Schodzą się tu przy przylądku z różnych stron i przez to wypiętrzają się w jakieś koszmarne giganty. Życie na pokładzie jest trudne, bo kokpit cały czas zalewa woda. Życie pod pokładem właściwie niemożliwe. Cieszę się tylko, że dla dzieci jest to pora spania, bo inaczej niż na leżąco nie da się tu funkcjonować. Gutek śpi co prawda już od dłuższego czasu, ale śpi w salonie. Nie chcę go jednak budzić bez potrzeby i tylko przypinam go pasami, by nie grzmotnął o podłogę, kiedy jacht spada z fali. Sama ledwo jestem w stanie ustać na nogach. Prawie niemożliwe jest to na dziobie, gdzie wyjątkowo mocno czuć wszystkie ruchy jachtu. Nie dość, że rzuca tam na prawo i lewo, to dodatkowo czasem można stracić kontakt z podłogą. Staram się dbać o to, by nie upaść lub nie rozbić sobie głowy, a jest to spore wyzwanie. Jacht nie ma żadnej stabilności na tych falach. Miota nami na wszystkie strony. Z półek wystrzeliwują różne rzeczy i mieszają się na pokładzie. Staram się wszystko pozbierać, pozabezpieczeć i tak jak jest to możliwe w kuchni i salonie, tak w dziobowej już nie. Moje wysiłki pomagają na góra godzinę, a po tym czasie bałagan jest dokładnie taki sam. Po raz drugi na tym rejsie walczę z chorobą morską przez to sprzątanie w dziobowej, gdzie nic nie jest na swoim miejscu, a dodatkowo dobija mnie zapach z wybijającej toalety. Nie porywam się już więcej na sprzątanie tej nocy i zostawiam tak wszystko do rana…

Jeszcze „tylko” przebranie do snu Stefana, bo w tych warunkach sam tego nie zrobi i przetransportowanie Gutka z salonu do kajuty na rufie, co wydaje się praktycznie niemożliwe na tym szarpiącym się jachcie. Dwa metry do przejścia z dzieckiem są prawdziwym wyzwaniem. Sama ledwo trzymam równowagę, a przejście tego kawałka ze śpiącym dzieckiem na rękach, graniczy z cudem. Usypiam Młodych na rufie po raz pierwszy ciesząc się z wolnej kajuty pozostałej po nie będących już z nami załogantach i wychodzę na pokład porozmawiać z B. Chcę go zapytać, czy potrzebuje zmiany za sterem i uzgodnić, co robimy. B twierdzi, że fale wypiętrzają się tu wyjątkowo z racji efektu dyszy i nakładania się mas wody przy przylądku i gdy tylko oddalimy się od niego, powinno być spokojniej. Ma rację, ale dla nas walka trwa jeszcze kilka godzin. Dzieci na szczęście już śpią. Ja ustawiam sobie budzik co godzinę i wstaję, by sprawdzić, czy z B wszystko ok, zapytać, czy go zmienić i uzupełnić dziennik. O 1 w nocy stwierdzam, że nie dam już rady dłużej pod pokładem i ubieram się w sztormiak, choć B mówi, że mogę jeszcze z godzinę pospać. Warunki są już zdecydowanie lepsze, ale nadal są dalekie od komfortowych. Wiatr wciąż wieje dobrze powyżej 35 węzłów, a nadchodzące grzbiety fal na długi czas przesłaniają gwiazdy na horyzoncie. Wolę być jednak na pokładzie, bo pod nim znowu mam pierwsze symptomy choroby morskiej.

Spędzamy razem miłą godzinę na pokładzie pomimo wciąż silnego wiatru i dużych fal. Wydaje się, że warunki już się ustabilizowały, kurs jaki przyjęliśmy na falę pozwala dość łagodnie przemykać się pomiędzy kolejnymi jej wypiętrzeniami, a autopilot po kilku modyfikacjach B w końcu trzyma kurs. Fale jednak nadal potrafią zaskoczyć swoim ogromem i wysokością. Akurat gdy godzinę później zostaję sama na pokładzie i wracam na górę po cogodzinnym uzupełnieniu dziennika, pokład odjeżdża mi spod nóg. Jest to dokładnie w tym momencie, gdy wpinam się w pasy asekuracyjne. Nie mając pewności, czy udało mi się to zrobić, odruchowo, by się ratować, kurczowo łapię się stołu akurat tą moją biedną niedawno złamaną ręką. Ból skutecznie rozbudza mnie na kolejną godzinę. Po niej dołącza do mnie Piotr. Warunki robią się na tyle stabilne, że przy wspomaganiu autopilota, siedzimy sobie na pokładzie do 6 rano i rozmawiamy, jak gdyby nigdy nic, jakby już wiatr głowy nie urywał i jakby było ciepło i miło, pomimo przejmującego chłodu poranka.

To była niezapomniana noc. Łódka się spisała, ale i my też. To był prawdziwy chrzest bojowy na Atlantyku!

PS Dlaczego nikt nie robi zdjęć w najtrudniejszych warunkach?!? 😉 Brak nam dokumentacji sztormu…

2 replys to Z plaży prosto na wygwizdowo – Lagos i wybrzeże Portugalii

  1. Jestem pod wrażeniem! Co za przeżycia i jakich dzielnych macie synów!! 🙂 Pozdrawiamy gorąco! 🙂

Dodaj komentarz