Z falą na Hvar

Jak na Niedzielę Wielkanocną przystało, wstaliśmy przed 6, tylko zamiast na rezorekcje o 6:30 ruszyliśmy w morze. No dobra, kto wstał, ten wstał. Ja wyszłam tylko w piżamce na pokład, zapytałam, czy jestem potrzebna i wróciłam do koi do Szerszeni.

Pobudka była dla chłopców zaskakująca. Do tej pory aż tak łódką nie bujało. Dziś za to fala naprawdę dawała się we znaki. Szerszenie leżały długo na łóżku. Przyglądali się temu, jak troczki od kamizelek na wieszaku bujają się w rytm ruchu jachtu. Zadawali dużo pytań i z uwagą słuchali odpowiedzi. Przypominałam im, jak mają się poruszać po rozkołysanym jachcie. Później to wszystko tłumaczyli jeszcze misiom 😃

Stefan szybko się wyszykował i bez śniadania chciał wyjść na pokład. Zaopatrzony więc w ciepłe ubranie i wszystkie środki asekuracyjne i ratunkowe dołączył do załogi na pokładzie. Gutek za to na czworakach doszedł do drzwi naszej kajuty i przy nich pozostał wpatrując się w rozkołysany jacht, po czym stwierdził, że jest zmęczony i że mam go tulić. Był samą słodyczą, niestety słodyczą z chorobą morską…

Ja za to, odprowadzając Stefana na pokład i mijając kuchnię poczułam tajemniczy zapach – syrop z cebuli przygotowany przez dziadka na Gutkowe przeziębienie. I ja, ta, która nigdy nie wymiotowała na pokładzie, szykująca w każdych warunkach jedzenie dla załogi pod pokładem, trzymająca się w każdych okolicznościach, nawet pod pokładem Zawiszy Czarnego wśród zapachu spoconych ciał, alkoholowych wyziewów i zapachu grochówki, nawet w wieloosobowej kajucie Daru Młodzieży z wszędobylskim zapachem śmierdzących butów, który powalał na miejscu, nie poległam na szeregu innych rejsach i już wieść miejska niosła, że jestem odporna na wszelkie możliwe warunki, a dziś syrop z cebuli w kubku, z którego na fali spadła przykrywka, skutecznie mnie pokonał!!! Tak, z syropem z cebuli na pokładzie jeszcze nie pływałam. A więc takie jeszcze są konsekwencje żeglowania z dziećmi? 😉

Minęłam kuchnię, położyłam Gutka do łóżka i wyskoczyłam na szybkiego pawia, po czym stwierdziłam, że ten zapach będzie mnie przecież nadal prześladować po każdym wejściu do kuchni. W nerwach złapałam więc kubek z syropem, by wylać jego zawartość do toalety. I tak jak wylewałam syrop, tak jeszcze od tego zapachu dołożyłam pawia…
Historia o tym, jak niepokonaną JO pokonał syrop z cebuli 😉

Fala nie dawała za wygraną, za to my daliśmy i schowaliśmy się między wyspy, gdzie zafalowanie było dużo mniejsze.
Gdy pokład przestał tańczyć, wrócił apetyt i życie po pokładem zaczęło się toczyć starym torem. Po dniu deszczu i dużym zachmurzeniu przed Hvarem przywitało nas piękne słońce. Pewnie nie bez powodu miasto Hvar nazywany jest lawendową wyspą. Podobno ma największe w Chorwacji nasłonecznienie i dzięki temu warunki sprzyjające uprawom lawendy.

Stoimy przy kei miejskiej. Słońce oświetla stare, kamienne mury Hvaru i nadbrzeżne palmy. Szykujemy pod pokładem świąteczny obiad. Kuchnia wydaje dziś rosół, torttellini i sałatkę, a na deser do wyboru lokalny makowiec lub ser. Chłopcy ozdabiają stół, rozkładają serwetę, wyciągają wzięte z domu zajączki, nakrywają do stołu i przygotowują pisanki. Niespodzianką dla nich są dwie wielkanocne ozdoby, także zajączki, robione przez przedszkolne ciocie na szydełku i wręczone im teraz przy tej świątecznej okazji. Jest radość 😃

Po kolacji karmienie ryb pięknie widocznych dzięki podwodnemu oświetleniu zacumowanych koło nas motorówek i spacer mokrymi od deszczu ulicami Hvaru. Chłopcy zachwyceni, bo znaleźli drzewa z mandarynkami i pomarańczami. Stefan zabrał jedną zdobyczną i tak o nią dbał, jak o najlepszego przyjaciela 😃
Jest pięknie. Łódkę tylko chcą nam fale wysadzić na pirs, więc wyciągamy się na muringu dalej w morze, by spać spokojnie. Dobranoc 🙂

Dodaj komentarz