Z Afryki prosto do Wielkiej Brytanii – Gibraltar

W ciągu dzisiejszego dnia mam tak duży rozstrzał doświadczeń i widoków, że pewnie wrażeń wystarczyłoby co najmniej na dwa dni.
Rano idziemy jeszcze do Ceuty na zakupy. Najpierw B z Piotrem ogarniają spożywcze sprawunki w znajomym Lidlu, później ja idę poszwędać się po marokańskich sklepach. Dopiero na ulicy uzmysławiam sobie, że jako jedna z niewielu kobiet, mam rozpuszczone włosy. Umyłam je rano i jak zwykle zostawiłam luźno, by wyschły na wietrze. Dopiero teraz pośród tylu kobiet w hidżabach na głowach widzę, że się wyróżniam. Nie dość, że nie mam zakrytych chustą włosów, to jeszcze do tego mam długie blond loki. Widzę, że wbudza to spore zainteresowanie mężczyzn, ale i przyciąga ukradkowe spojrzenia kobiet. Trochę mnie to dziwi, bo przecież muszą widywać tutaj wielu turystów i do tego to europejski port. Z jednej strony jesteśmy nadal w Hiszpanii, ale z drugiej, przecież to jedynie malutki fragment, skrawek  Europy na terenie Maroka. Czułam się tu tak swobodnie, jak u siebie w domu, a jednak okazało się, że się wyróżniam. Nie chodzi o to, że jest niebezpiecznie, ale jednak czuję się tu dzisiaj, z tymi rozwianymi, długimi blond włosami, jak na widelcu.

Dwa razy na ulicy ktoś za mną pokrzykuje. Nie muszę udawać, że nie rozumiem, bo rzeczywiście nie rozumiem i po prostu idę dalej. W jednym z marokańskich sklepów doświadczam konkretnego gapienia się. Olewam to i tyle. Zastanawiam się jednak, jak by było, gdybyśmy rzeczywiście przeszli przez granicę z Marokiem, tak jak to pierwotnie zamierzaliśmy zrobić? Musiałabym się pewnie dopasować, do panujących tam zwyczajów, by zbytnio nie przyciągać uwagi. A przecież Maroko to bardzo tolerancyjne miejsce. Szkoda, że nie będzie mi dane tego doświadczyć. Płyniemy danej, nie ma czasu na więcej Afryki.

Na morzu oczywiście dmucha mocniej niż podawały prognozy. Fale za to są „kulturalne”. Zalewają mnie tylko raz, za to od razu od stóp do głów. Górą od niedopiętego sztormiaka wlewa mi się tyle wody, że ubrania pod nim też mam mokre. Gutek przy okazji obrywa tą samą falę i choć w większości osłonił go koc, pod którym siedział na pokładzie, to jednak całą twarz ma w słonej wodzie. Biedny później długo już nie chce wyjść na pokład.

Mamy dziś krótki przelot. Z Ceuty na Gibraltar jest rzut beretem. Skały Gibraltaru widać stamtąd wyraźnie i na nie obieramy kurs. Idziemy jednak w poprzek Cieśniny Gibraltarskiej, w której jest naprawdę duży ruch statków. Na pewno łatwiej by było, gdybyśmy szli wzdłuż, a my już drugi raz pchamy się w poprzek. Ostatnio się udało i większość statków minęliśmy w dużej odległości, a przed samą Ceutą mieliśmy naprawdę dużą przerwę pomiędzy nimi, dzięki czemu nie musieliśmy się stresować zbyt bliskimi mijankami. Teraz już tak nie jest. I z lewej i z prawej strony mamy przynajmniej po trzy statki na kolizyjnym kursie. Prawie wszystkie mijamy w większej odległości, jednak by zdążyć przed kolejnym z lewej burty, odpalamy silnik jako wspomożenie naszych żagli. Z tym turbodoładowaniem przechodzimy mu przed dziobem w bezpiecznej odległości, ten pływający kolos zwalnia jednak, mając nas na kursie. Przed kolejnym idącym z prawej zwalniamy i znowu mijamy się tak blisko, że możemy podziwiać, jak jest załadowany kontenerami ustawionymi w pięć pięter. Gdy przechodzimy mu za rufą widać, jaki jest szeroki. W jednym rzędzie ma po 13 kontenerów!

Przed wejściem do portu mijamy jeszcze sporo, ale już stojących na redzie pływających kolosów. Chłopcy mają na co patrzeć. Wejście do mariny jest jednym z ciekawszych, jakie widziałam, z oznakowanym jak na drodze zakrętem. B kontaktuje się z mariną na UKFce i dostajemy polecenie wyglądania kogoś z obsługi w zielonej koszuli, kto wskaże nam miejsce do cumowania. Z daleka wydaje nam się, że widzimy taką osobę, ale jest to jednak figurka postawiona koło biura 😃 Nad nami widać już wyraźnie wzgórze, na które jutro chcemy wejść. Dostrzegamy też, że na szczyt wjeżdża kolejka linowa, zatem może właśnie nią się przejedziemy. Na razie zajmujemy się zmywaniem pokładu z soli i z brudów, jakie zostały z muringami wyciągnięte na pokład. Chłopcy bardzo się angażują w to zajęcie 😃 Później, po obiedzie wynajdują sobie kolejne – dokarmianie ryb. Jest to jedna z ich ulubionych czynności w trakcie naszego rejsu. Woda w marinach i w zatokach, gdzie stajemy, najczęściej jest tak czysta i przejrzysta, że można obserwować wszystko, co żyje pod powierzchnią. Widzimy więc i dzisiaj przynajmniej pięć różnych gatunków ryb, które prześcigają się w zjadaniu resztek ziemniaków z naszego obiadu. Wszystko widać jak na dłoni. Jedna z nich jest wyjątkowo piękna. Wyróżnia się kształtem i zachowaniem. Dostojnie podpływa do zanurzonych w wodzie stóp Piotra i zaczyna je podgryzać. Rozumiemy, że nie jest zainteresowana ani ziemniakami, ani chlebem, tylko upomina się o mięso 😉 Dostaje zatem mięsne resztki. Chłopcy przywiązują do sznurków kostki po kurczaku i dokarmiają ją. Z czasem mamy tresowaną rybę 😃 Cały czas podpływa do nas tak spokojnie i tak blisko, że Piotr w którymś momencie łapie ją gołymi rękami! Biedna tak na nas patrzy pięknymi oczami, że proszę go, by ją puścił z powrotem. Niezrażona wraca jeszcze wielokrotnie po smakołyki, a chłopcy dokarmiają ją jeszcze przywiązanym do sznurków surowym mięsem. Widać, jak podpływa, małymi ząbkami wczepia się w zdobycz i próbuje odgryźć kawałek. Zdarza się, że w momencie, w którym ona uczepi się już mięsa, Stefan pociąga za sznurek i tym sposobem wyciąga naszą tresowaną rybę z wody 😃
Przerywamy zabawę, bo chcemy jeszcze dziś zobaczyć kawałek miasta i umawiamy się z chłopcami, że do naszej ryby zajrzymy jutro rano.

W mieście Szerszenie chcą kupić kartki pocztowe dla swoich kolegów. Ruszamy więc najpierw górą murów „lewego bastionu”, by, po drodze, zaliczając plac zabaw, dotrzeć do centrum miasta. Położone jest u podnórza dużego wzgórza. Gdyby nie wiele budów przy porcie, na których powstają nowe bloko-wierzowce, można by pomyśleć, że czas w mieście się zatrzymał już jakiś czas temu. Piękne, trochę podniszczone kamienice stoją pomiędzy szarymi murami bastionów. Sklepy wyglądają jak żywcem wyjęte z brytyjskiej prowincji. Ten sam brak gustu i smaku w dekorowaniu wystaw, jak i w doborze ciuchów. Co jakiś czas typowy angielski pub, z charakterystyczną dekoracją wewnątrz jak i napisami czy szyldami na zewnątrz. Ludzie i ich sposób zachowania też specyficzny. Niby jest tu mieszanka kulturowa, co widać nawet po samych kościołach różnych wyznań, ale wszędzie przebija klimat znany nam z Anglii i to głównie z małych miasteczek. Na tym tle, i to wcale nie w dobrym sensie, wyróżniała się marina, w której siedzą sami burżujsko ubrani i zachowujący się tak ludzie. To też nie mój klimat.

Pomimo wszystko widać wiele innych od angielskich wpływów. Same kamienice są bardziej charakterystyczne dla Hiszpanii. Pięknie zdobione drzwi, malowane kafelki czy numery domów na ceramice, to też już nie klimat Anglii. Za to ogródki przy niektórych domach typowo brytyjskie, jedynie odróżnia je zakaz dokarmiania małp wywieszony przy śmietnikach. Zieleń w ogóle jest ciekawa i znowu odrobinę odmienna niż w miejscach, w których już byliśmy. Dużo jest tu fikusów beniaminków dorastających do gigantycznych rozmiarów i choć niektóre mają nieco większe liście, to zdarzają się i takie, które ja mam w domu w doniczkach. Jestem dumna, że jeden z moich domowych ma około 1,5 metra, a u tych tutaj korony zaczynają się znacznie powyżej tej wysokości!

Kupujemy jeszcze kartki pocztowe dla kolegów Szerszeni. Zostawiamy chłopcom wolny wybór i decydują się na kartki z małpkami. Makaki są jedną z atrakcji Gibraltaru i wcale się nie dziwię, że chłopcy właśnie te kartki wybrali, jednak ich design jest odzwierciedleniem tutejszego bezguścia. Niesamowite, że w tych pięknych domach, pośród tej niesamowitej roślinności są knajpy pełne śmieciowego jedzenia, z zabrudzonymi i zaśmieconymi chodnikami, gdzie nawet peta nikt do kosza nie wrzuci, wystawy sklepowe bardziej straszą dekoracjami niż zachęcają i podsumowaniem tutejszego klimatu są właśnie te tragiczne kartki z makakami. Jak można tak oszpecić jedną z głównych atrakcji Gibraltaru! Jeszcze tych małp nie widzieliśmy na własne oczy, ale już nas kolą w oczy te powtarzające się w każdym sklepie nieładne kartki pocztowe, nieciekawe pamiątkowe magnesy i zwieszające się z wystaw zakurzone małpie maskotki. Można komuś obrzydzić małpy zanim je zobaczy w naturze 😉 Mam nadzieję, że jutro na górze zobaczymy je na żywo i odczarujemy swoje wrażenia!

Ciekawostki:
– Na Gibraltarze jest ruch prawostronny. Przed przejściami na ulicach są jednak napisy dla ludzi z Anglii, by patrzyli w lewo, przed przekroczeniem drogi. Dla nas to oczywiste, a dla kogoś przyzwyczajonego do ruchu lewostronnego takie przypomnienia mogą być przydatne.
– W większości sklepów można płacić zarówno w funtach, jak i w euro, ale już niektóre automaty przyjmują jedynie funty i pensy. Ceny są za to kosmiczne! Jedyne tańsze niż u nas rzeczy to paliwo (dziękujemy Ci za to Neptunie!), alkohol, perfumy i AGD.
– Na ulicach o godzinie 20 prawie nie ma już życia. Sklepy pozamykane, jedynie niektóre restauracje czynne, a to i tak głównie w marinie i przy głównym placu.
– W trakcie krótkiego spaceru mijamy co chwila hindusów, muzułmanów, żydów, a i tak językiem najczęściej słyszanym na ulicy jest angielski z tym charakterystycznym brytyjskim akcentem.

Dodaj komentarz