Wyspa flamingów

Niedziela pełną gębą. Przy okazji wyprawy do pralni w marinie zaliczyliśmy kawę, a jak kawa, to i ciacho. Coś przecież trzeba robić, gdy się czeka na pranie 😃 Chłopcy pełni energii od rana (tak jakby w ciągu dnia im jej brakowało 😉) biegali po dużym placu w marinie, wspinali się na głazy porozkładane na trawnikach dla ozdoby i skakali z nich lub wyczyniali inne akrobatyczne sztuki. Niby w tygodniu w Poznaniu chodzą tylko na basen i wspinaczkę, ale teraz widać, jak bardzo na ograniczonej przestrzeni łódki brakuje im takich intensywnych zajęć fizycznych, jakie mają na co dzień w domu. Wspinają się więc teraz na wszystko, co się da, lub na co my pozwolimy. Akurat głazy w tej marinie idealnie się nadają do wspinaczki. My w tym czasie spędzamy miło niedzielny poranek przy pogaduchach i kawie w pełnym słońcu. Kto chce, robi zakupy z sklepie z pamiątkami. Niektórzy członkowie naszej załogi, jak się okazuje, mają takie zdolności negocjacyjne, że Włoszka – właścicielka sklepu, nie dość, że opuszcza ceny, to jeszcze serwuje kawę na dokładkę! 😃

W drodze z Villasimius do Cagliari widzimy na brzegu wijące się po zboczach drogi i cztery wieże, podobne do tych z brzegów Sycylii. Charakterystyczne dla Sardynii tajemnicze budowle w kształcie ściętego stożka nazywane są nuragi. Mają około 4-5 metrów wysokości i na całej wyspie zachowało się ich ponad 7 tysięcy. Niewiele wiadomo o przeznaczeniu wież: badacze nie są nawet pewni, czy były to warowne twierdze, grobowce, świątynie czy może obserwatoria astronomiczne. Być może tak jak i na Sycylii służyły jako system ostrzegania, tyle że nie są rozmieszczone jedynie na wybrzeżu, a także w głębi lądu. Teraz są atrakcją turystyczną i ciekawie się je obserwuje z wody. Jednak dziś jeden widok przebił wszystko, co do tej pory widziałam. W trakcie żeglowania przy jachcie często pojawiają się ptaki i nie jest to nic dziwnego. Szczególnie na pełnym morzu, ptaki zmęczone daleką drogą szukają na łódce odpoczynku i kręcą się często wokół nas, dając nam niezastąpioną lekcję przyrody i możliwość ich obserwowania. Dziś jednak, gdy czytałam chłopcom książki na pokładzie, zauważyłam coś zupełnie innego niż widzieliśmy do tej pory. Za nami leciał klucz dużych ptaków, które w pierwszym momencie wzięłam za żurawie. Dopiero, gdy leciały tuż nad naszym jachtem zobaczyłam, że to siedem flamingów. Takie przywitanie na Sardynii!!! Te dostojne ptaki występują licznie w wielu miejscach na tej wyspie, ale powiem szczerze, nawet nie liczyłam na TAKIE BLISKIE spotkanie!

Pogoda trochę się psuje, ale dopiero w momencie wpływania do mariny wiatr w nagłych podmuchach sięga nawet 40 węzłów. To chyba pierwsze podrygi zapowiadanej burzy, ale dlaczego tak wcześnie i dlaczego akurat przy cumowaniu? Zgranie załogi jest już jednak tak duże, że nie mamy problemu z rzuceniem cum przy takim wietrze nawet bez pomocy nikogo z mariny. We Włoszech, w porównaniu np. do Chorwacji, dużo później, jeśli w ogóle, pojawia się ktoś z obsługi i znacznie rzadziej oferuje pomoc przy cumowaniu, więc najczęściej radzimy sobie sami i tak naprawdę wcale nam to nie przeszkadza. Widocznie Włosi mają jak zwykle większy luz od Słowian w takich kwestiach 🙂

Idziemy lansować się w mieście, jak prawdziwa, odziana w identyczne mundurki załoga, dzięki tajemnym zabiegom admirała, który całej załodze sprezentował żeglarskie bluzy 😃 Zaraz przy marinie targ lub festyn z lokalnymi produktami. Wygrywają jak zwykle lody, choć i sery pachną smakowicie. W całym mieście widać porozkładane sceny i trybuny. Widocznie obchodzili hucznie jakieś święto, a my załapaliśmy się już tylko na ostatki.

W pierwszym wrażeniu Cagliari stuprocentowo wygrywa z Palermo. Oczywiście nie ujmuję nic Palermo pełnemu pięknych zabytków, których ma z resztą nieporównywalnie więcej od Cagliari, ale jest jednocześnie tak zachwycającym i tak przerażającym miastem, że nie potrafię go jedynie miło wspominać. Uprzedzona juz nieco wizytą w głośnej Messynie i biednym Palermo wcale już nie czekam z entuzjazmem na kolejne duże miasto. Więcej uroku na trasie miały dla mnie małe mieściny niż duże miasta, oczywiście z pewnymi wyjątkami jak ukochany Sibenik, czy piękny Dubrownik. Nie spodziewam się jednak wiele po Cagliari. Traktuję je jako konieczny punkt na trasie. Czeka mnie tu jednak duża niespodzianka! Kamienice przy marinie są wprost zachwycające ilością zdobień, kolorami i aranżacją zieleni. Im dalej w miasto, tym jest lepiej. Idziemy w stronę widocznego z daleka ratusza o dwóch ośmiokątnychwieżach – Palazzo Civico. W rogach znajdują się rzeźby głów Maurów z opaskami na oczach lub czołach będące znakiem rozpoznawczym Sardynii.
Sardyńczycy umieszczają ten symbol w najróżniejszych miejscach – począwszy od butelki piwa, poprzez parasole plażowe aż po flagi wiszące przed domami.

Ludzie napotkani na ulicy czy tłumnie zasiadający przy knajpianych stolikach rozstawionych na ulicy są ubrani bogato i z klasą. Moja męska część załogi stwierdza, że w porównaniu do Palermo tutaj na ulicach jest dużo więcej drogich samochodów i pięknych kobiet. Ciekawe, czy jest między nimi jakaś zależność? 😉 Rzeczywiście już na pierwszy rzut oka widać, że Cagliari jest bogatym miastem. Nie ma tu takiej biedy jak w sycylijskiej stolicy, nie ma slumsów ani rozpadających się domów. Wszystkie zabytki są doskonale zachowane, oświetlone, ulice czyste, pełne pachnących kwiatów i na fioletowo kwitnącej Jacarandy. Na głównych ulicach butiki z ciekawymi ubraniami. Niekoniecznie jest luksusowo, raczej widać mieszankę rzeczy ekskluzywnych z artystycznymi i takimi powszechnie tu dostępnymi markami. Za to naprawdę dużą różnicę w porównaniu z Palermo widać w bocznych uliczkach. Jak wszędzie we Włoszech wisi w nich prawnie, ale są czyste, pachnące i toczy się w nich normalne życie. Tutaj zapuszczanie się w zakamarki miasta jest prawdziwą przyjemnością. Za każdym rogiem pachnie albo kwiatami albo kolacją z domu lub z restauracji. Nie boję się w wchodzić w zaułki, podczas gdy w Palermo wiązało się to zawsze z obawą o to, co tam spotkam.
Może i nie ma tu tylu zabytków, ale te które są i tak robią wrażenie. Najbardziej widowiskowa jest twierdza położona na skale. Obchodząc miasto docieramy do jej stóp i w pierwszym momencie nie możemy odnaleźć drogi na górę. Okazuje się, że na najwyższy poziom można dostać się zewnętrzną, przeszkloną windą poprowadzoną tuż przy skale. Sama twierdza i widok z góry bardzo nam się podobają. Jest tu wiele mniejszych i większych placów, na których miło jest po prostu usiąść i porozmawiać. Jedne są przy starych murach, inne przy kościołach.Zawsze czyste, pełne zieleni i oświetlone. Jeden z nich jest przy Cattedrale di Santa Maria di Castello (katedra Santa Maria). Z oryginalnej średniowiecznej budowli pozostała tylko dzwonnica. Kościół nocą jest spektakularnie oświetlony. Znak czasów – cała załoga i napotkani turyści robią w tym miesjcu „selfiaczki” 😉

Zabytki pięknie zachowane, ale tak jak w Palermo widać dużo grafiiti na ścianach. Sztukę uliczną doceniam i zawsze z zachwytem utrwalam na fotografiach, a ta włoska ma wyjątkowy charakter. Poza tą nonkonformistyczną formą sztuki miasto jest jest bardzo „grzeczne”. Wcale mi to nie przeszkadza. Miło mi tak chodzić bez celu i nie przejmować się bezpieczeństwem. W klimacie i w niektórych fasadach domów Cagliari widzę podobieństwo do Barcelony i to jest naprawdę miłe skojarzenie.

Nie wiedzieliśmy, co nas tu czeka, więc i nie byliśmy pewni, czy zostaniemy tu na dłużej, ale Cagliari skradło nasze serca i serwujemy sobie jutro cały dzień zwiedzania 🙂

PS Mój telefon zgłasza brak pamięci, więc zdjęć Cagliari jak na lekarstwo. Jutro nadrobię 🙂

Ciekawostki o flamingach na Sardynii

Dodaj komentarz