Wyczekany Dubrovnik

Tyle razy już do niego płynęliśmy i nigdy z czasowych powodów nam się nie udało. A dziś jest – Dubrovnik! Co prawda z mariny najbliżej miasta nas odprawiają z kwitkiem. Będzie czynna dopiero latem. Cumujemy więc w marinie ACI za mostem na rzecze. Czeka nas przejażdżka autobusem do Starego Miasta, ale w tej marinie mamy w bonusie absolutnie bajkowy plac zabaw. Wygląda jak magiczny ogród porośnięty palmami oplecionymi bluszczem i poprzecinany kanałami wodnymi z kamiennymi mostkami nad nimi. Szerszenie bawią się tam w najlepsze, wymyślając historie o niezdobytych zamkach i broniąc swoich fortec, by ostatecznie wyruszyć z nami do prawdziwie niezdobytej twierdzy – Stari Grad.

Miasto robi na mnie ogromne wrażenie. Z jednej strony przytłacza swym „wielkomiejskim” charakterem. Nie ma w nim tego uroku zaściankowości jak w Hvarze czy na Korczuli. Tu przytłaczają Cię widoki zdobionych kolumn, monumentalne schody przed wejściami, misterne rozety, starzy święci zerkający z budynków. Tu nie czujesz się już tak przytulnie, jak w miasteczkach na dalmackich wyspach. Za to urok białych, święcących jak po wypolerowaniu kamieni na ulicach jest równie cudowny jak w Sibeniku. Uliczki wąskie, przyozdobione roślinnością i tą sadzoną ręką człowieka i dziko porastającą stare mury. Pranie wiszące za każdym rogiem i to nie tylko w mniej turystycznych miejscach. Z resztą tu chyba nie ma mniej turystycznych miejsc. Zastanawiałam się, jak żyje się w mieście, w którym turyści zaglądają na każde podwórko, wszędzie robią zdjęcia. Być może mieszkańcy są do tego przyzwyczajeni. W wielu uliczkach widać normalnie toczące się życie, w innych typowo turystyczny klimat z knajpkami i sklepami z pamiątkami.

Od głównej ulicy wszędzie pną się w górę niekończące się schody. Żartuję, że mieszkając w takim miejscu to dopiero można mieć zgrabne pośladki, dzięki niekończącej się wspinaczce i że nasze schody na trzecie piętro w kamienicy, to przy nich pikuś. Zastanawiam się nad wnoszeniem zakupów do domów położonych w najwyższych miejscach. Z drugiej strony widać, że wiele lokali jest wynajmowanych turystom. Zaglądamy do tych położonych przy ulicy dzięki niskim oknom. Tajemnicy ich wnętrz nie kryją żadne firanki, co też mi się podoba (kto u nas był, ten wie, że nie lubimy zasłaniać okien). Pomieszczenia są urocze, pięknie urządzone, ale jednak mikroskopijne. Pewnie do życia na co dzień nie jest to najwygodniejsze miejsce, za to widoki z okien, balkonów i tarasów naprawdę zapierają dech. Na jednym z balkonów zaraz przy murach miejskich, z widokiem na falujące poniżej morze siedzi para popijająca wino, a za nimi w malutkim pokoju widać dzieci baraszkują w białej pościeli. Obraz wyrwany z rzeczywistości, bliższy obrazkom z katalogu biura podróży, i jednocześnie tak uroczy, że aż mi szkoda, że krępuję się od tak stanąć przed balkonem, by uwiecznić tę chwilę na zdjęciu. Nie chcę jednak być nachalna. Widać, że Ci ludzie są na wakacjach, że czasowo wynajęli ten mini pokoik z malutkim balkonikiem i teraz wypoczywają. Odchodzę zostawiając ich w spokoju i idę cieszyć się i wypoczywać w gronie swojej rodziny 🙂

Morze rozbija się szaleńczymi bryzgami w dole, a my maszerujemy murami obronnymi, skąd rozciąga się widok na całe Stare Miasto. Z jednej strony prawdziwa morska kipiel, zwodząca swoim kolorem magicznego turkusu, z drugiej morze pomarańczowych dachówek nad miastem. W zakamarkach ulic jest tyle kotów, że z góry często wygląda to na zaplanowaną dla turystów zabawę – odnajdź kota ukrytego na obrazku, z tym, że tych kotów widzianych z góry, zwiniętych w kłębki w różnych miejscach, jest w jednym kadrze czasami i 10 sztuk. Kolory niektórych są u nas niespotykane. Część z nich ma pyski prawdziwych zakapiorów, aż strach do nich podejść, inne z chęcią przyjmują pieszczony, jeszcze inne mają swoje sprawy i mijają nas obojętnie. Właściwie wszędzie tu można potknąć się o kota.
Szerszenie starają się albo wszystkie pogłaskać, albo złapać. Na jedno i drugie nie mają pozwolenia, bo nie mam zaufania do dzikich kotów i boję się trochę podrapania dzieci, za to sama pcham się z łapami do każdego napotkanego futra. Szerszenie przerzucają się na dokarmianie gołębi, szczerze się dziwiąc przy okazji, że tutejsze gołębie TEŻ lubią chrupki 😃

Z murów zerkamy na położone w dole ogródki. Kwitną w nich juz drzewa owocowe i kwiaty, ale i tak dla nas najbadziej uroczym, bo egzotycznym widokiem są pomarańcze i mandarynki na drzewach. Pośród zielonych liści wyglądają naprawdę bajkowo.
I tak jak dzień w Dubrowniku rozpoczęliśmy od lodów, tak skończyliśmy na pizzy. Same przyjemności. Panowie zamawiają sobie do pizzy piwo, które nazywa się Fakin. Miła kelnerka, która pochodzi z Zagrzebia, a w Dubrowniku w sezonie pracuje przez 7 miesięcy ciągiem bez dnia wolnego mówi, że turyści najczęściej zamawiają to piwo, bo nazwa brzmi, jakby było to pieprzone piwo, a tak naprawdę w lokalnym slangu „fakin” znaczy „bad boy”.

Zanim opuszczamy Stari Grad na ulicach rozświetlają się latarnie i widzimy jeszcze inną odsłonę Dubrovnika. Zaczyna działać magia nocy, w której to co obskurne się kryje, a nastrojowe światła wydobywają głębię i dodają uroku. Nie twierdzę, że za dnia miastu czegokolwiek brakowało, po prostu nocą wygląda naprawdę zjawiskowo.

Powrót autobusem miejskim daje nam jeszcze możliwość poznania lokalnego uroku. Życzliwość kierowcy autobusu, który z każdym rozmawia, pozdrawia i przepuszcza z uśmiechem i machaniem przechodniów na pasach jest u nas niespotykana. Wszyscy się tu znają. W autobusie rozmawiają i śmieją się. Naprawdę niesamowity klimat na zakończenie teoretycznie zwykłego dnia dla miejscowych. Nawet nie ma tego jak porównać do autobusu w Poznaniu, którym wszyscy wracający z pracy są naburmuszeni, milczący i na ich twarzach widać jedynie zmęczenie.

Mieliśmy jeszcze szereg planów na wieczór, ale Szerszenie padają nawet bez czytania książek, a my razem z nimi, by choć na chwilę zregenerować siły i zyskać drugie życie koło północy. Jutro czeka nas odprawa do Czarnogóry.

Dodaj komentarz