Westernowe miasteczko i przeskok na Sardynię

Gdyby aż tak nie wiało i gdyby nie było tak zimno (całe 18 stopni, ale przy tym wietrze odczuwalna temperatura musi być dużo niższa), to z chęcią poszłabym na plażę, ale przy tej pogodzie wcale mi to nie w smak. Cóż jednak zrobić, jak się wczoraj obiecało Szerszeniom poranek na plaży, a pogoda niestety nie dopisała? Być słowną czy niesłowną matką? 😉

Na morzu fale coraz większe. Zapowiada się, że nasz start na Sardynię się opóźni, ale przynajmniej z zabawą na plaży nie musimy się spieszyć. Tyle że na plaży głowę chce urwać! Kuszę więc Młodych atrakcjami miasta. Z perspektywy plaży wygląda ono jak westernowe miasteczko. Jedna główna ulica, kościół, pewnie saloonu-knajp nie brakuje. Na horyzoncie za miastem góra o dwóch wierzchołkach. Nawet i koń się na plaży znalazł, więc tylko czekać, aż ulicą przegalopują kowboje jak z ulubionej bajki Stefana i Gutka „Bolek i Lolek na Dzikim Zachodzie”.

Chłopcy dają się namówić na wypad na słodkie bułki. Gdy ostatecznie przysiadamy przy kawusi, rogaliku i czymś na podobieństwo pączka oczom nie wierzę, jakie cuda ma do zaoferowania mała kawiarenka. Słodycze kuszą zza szyb chłodziarek, ale ich kolory są w moim odczuciu wyjątkowo sztuczne. Wyglądają jak plastikowe słodycze!

Po wyjściu uginam się pod siłą argumentów i kupuję chłopcom kulki z zabawkami z automatu. Mam do siebie pretensje, że znowu wydałam pieniądze na chińskie badziewie, ale tyle frajdy mają z tych całkiem ciekawych piłek i tak się mini dobrze bawią, że umila nam to spacer.
Po drodze mijamy kościół i na przeciwko niego pocztę. Nareszcie mam gdzie wysłać kartki kupione w Kotorze i wypisane na początku Włoch. Są na nich już dwa znaczki – jeden z Czarnogóry, drugi z Włoch. Dobrze, że już Hiszpanii nie odczekały 😉

Kościół i całe miasteczko są wyjątkowe pod pewnym względem. I domy w mieście i kościół to kostki, kwadraty. Wygląda to tak, jakby od ulicy do kolejnej ulicy stał jeden dom. Pomiędzy gęstą siatką równolegle rozłożonych ulic na każdym rogu, na każdym skrzyżowaniu jeden kwadratowy dom. Pewnie tak naprawdę to kilka połączonych domów, ale od frontu tego nie widać. Fasady w większości są równe, białe, a na ich tle mocno odcinają się niebieskie i zielone drzwi. W wielu wejściach zamiast drzwi widać powieszone zasłonki dające przewiew pomieszczeniom. Uroku dodaje też wiele zadbanych miejsc z donicami i pięknymi roślinami.

Zataczamy krąg przez kwadratowe miasto i po drodze ściągamy kolejne warstwy ubrań. Gdy docieramy z powrotem na plażę, słońce już tak praży, że jedyną słuszną decyzją jest rozebranie się z czego się da i wejście do morza. Szerszenie ganiają się do upadłego w krystalicznej wodzie, a my nadal nie możemy wyjść z podziwu nad różowym piaskiem. Scenerię do kąpieli mamy szczególną. Zatoka, z górującym nad nią wzniesieniem, czystą wodą i tym wyjątkowym piaskiem jest podobno uznawana za jedną z najładniejszych na Sycylii.

Znowu ciężko będzie się rozstać z tym miejscem, a czas goni. Telefon on kapitana – pogoda się poprawiła, co zdążyliśmy już sami zauważyć. Wypływamy! Na osłodę jeszcze spotkanie z szefową kuchni z D’Artiste. Ponawiamy zaproszenie do Poznaniam, dostajemy obiecaną kaszę gryczaną dla Szerszeni i rzucamy cumy ruszając na Sardynię.

Boczna fala daje nam popalić. Dla mnie zaskoczeniem jest to, jak źle radzę sobie na tym rejsie z bujaniem. Zawsze byłam tą osobą, która w każdych warunkach funkcjonowała zarówno pod jak i na pokładzie, robiła jedzenie dla załogi, zadbała o cierpiących. Teraz też funkcjonuję normalnie, ale bardziej dlatego, że nie mam wyboru, że inaczej się nie da przy opiekowaniu się dziećmi. Kosztuje mnie to jednak sporo energii i walki ze sobą. Być może to efekt tego, że nie mam już pewnej dowolności decydowania o tym, czy jestem na, czy pod pokładem. Opieka nad Szerszeniami, co tu dużo mówić, jest wymagająca. Oni nie oglądają się na to, czy ja się dobrze czuję, a ja pomimo wszystko musze zadbać o ich komfort, jedzenie itp. Nie zrozumcie mnie źle, nie narzekam. Po prostu dziwię się, że w całym moim żeglarskim życiu nie miałam nigdy w ogóle problemów z zafalowaniem, a teraz wyjątkowo źle je znoszę…

Fala męczy nas właściwie do rana. O północy na wachcie nadal trudno ustać na pokładzie. Na wodzie pusto, kilka mijanek z dużymi statkami cargo i jednym oświetlonym jak choinka promem pasażerskim. Standardowo za to towarzyszą nam delfiny. Staramy się z nimi uzgodnić, by pokazywały się także za dnia, bo my je widzimy regularnie na nocnych wachtach, a chłopcy za dnia dużo rzadziej mieli taką okazję.

W morzu spędzamy ponad dobę. Nad ranem wiatr zyskuje na sile i na żaglach płyniemy juz przez cały dzień. Dbam o to, by nasz jacht wyglądał jak prawdziwy polski jacht i wywieszam pranie 😉 Gutek większość czasu spędza na pokładzie na tuleniu się i rozmawianiu z kolejnymi członkami załogi. Stefan pod pokładem słucha audiobooków i lepi z ciastoliny. Nie dziwi więc fakt, że gdy wpływamy do Villasimius na Sardynii są niewybiegani i pierwsze na co mają ochotę, to spacer. Biegają po marinie, wspinają się na głazy, z których skaczą z naprawdę dużej wysokości. Energia ich po prostu rozpiera. Marina jest wyjątkowo ładna. Życie w niej skupia się przy jednym placu pełnym knajpek ze stolikami na zewnątrz. Zadbana zieleń i kompozycje z kamieni i starych kotwic dopełniają krajobrazu. Z B chcemy przysiąść na chwilę w tej bajkowej scenerii przy zachodzącym słońcu i nacieszyć się sobą, gdy nasi mali, dzielni żeglarze szaleją i wytracają impet. W menu restauracji widzimy drink o nazwie Bahama Mama i kapitan zamawia go dla mnie. Niestety wszystkie nasze romantyczne zapędy skutecznie psuje chmara komarów, która wygania nas z powrotem pod pokład na łódkę. Ehhh, tyle przepłynąć, by skończyć jak nad polskim bajorkiem z komarami nad głową…

4 replys to Westernowe miasteczko i przeskok na Sardynię

  1. Przeczytałam i obejrzałam W
    asze ciekawe fotki.Fajnie ,że mogę zobaczyć miejsca w których byliście.Pozdrawiamy.

  2. Justynko na fotkach widać tylko Twoją rodzinke a gdzie się podziewa reszta załogi….czyżby robili pranie na jachcie?

    1. Wszyscy są 🙂 Czasem chodzimy razem, a czasem każdy w inną stronę, ale w większości razem spędzamy czas 🙂

Dodaj komentarz