W drodze do Dubrownika i przygody z kotwicą

Ostatni częściowy wpis mam z 2 kwietnia. Minął prawie tydzień, a dziennik pozostał bez jednego słowa. Widać – działo się. Szczególnie pod względem pracy. Mialem mnóstwo rzeczy na głowie i projektów do dokończenia i jedyne na co miałem czas, to na wyznaczanie trasy, doprowadzanie jachtu bezpiecznie na miejsce, opiekę nad dzieciakami i pracę. W tym czasie płynęliśmy wzdłuż znanego mi wybrzeża Chorwacji. Po Hvarze, z którego wypłynęliśmy rano przy pięknej pogodzie przyszedł czas na Korczulę.

Nie bardzo chciałem stać w marinie ACI w samym mieście. Jest to co prawda miejsce położone najbliżej miasta, ale sama marina urokliwa nie jest, dodatkowo w sezonie jest bardzo ciasno i drogo. Ponieważ byłem tu już wiele razy, postanowiłem spróbować z miejscem znajdującym się nieco dalej – tj. w marinie Lumbarda. Ale po dopłynięciu tam okazało się, że jeszcze chyba nie zdążyli obudzić się z zimowego snu: muringi w części były powyciągane z wody, a poza tym wszystkie miejsca zajęte przez zimujące tam jednostki. Wróciliśmy więc do samej Korculi i stanęliśmy w marinie ACI. Para Niemców cumująca obok nas przeglądała tegoroczny katalog ACI i głośno komentowała wzrost ceny marin w Chorwacji. W sumie nic nowego. Od kilku lat ceny regularnie idą w górę i faktycznie zabijają. Za postój jeszcze przed głównym sezonem zapłaciliśmy ponad 770 kun za jacht o niecałych 12 metrach długości. Do tego sama marina jest raczej mało atrakcyjna, sanitariaty są syfiaste, a infrastruktura nie poraża. Za to miasto naprawdę robi wrażenie. W tym roku co prawda nawet nie zdążyłem zejść z jachtu. Siedziałem przed komputerem 🙁 Może trzeba było i tym razem stanąć po drugiej stronie miasta przy kei promowej. Normalnie jest to zabronione, ale kiedyś zimą udało nam się tam całkiem sympatycznie spędzić noc.

Z Korculi popłynęliśmy na Mljet i celem zbalansowania sakiewki jachtowej postanowiliśmy stanąć gdzieś na kotwicy. Wybraliśmy miejsce, które zapowiadało się na uroczą zatoczkę, ale tak naprawdę nie powalało na kolana. Zostało dokumentnie zabudowane w dość nieskładny sposób i po uroczym oraz dzikim odludziu, opisywanym w starych atlasach nawigacyjnych, ostało się standardowe wakacyjne pierdololo. Dodatkowo sama zatoczka przesadnie wielka nie jest, a na jej środku straszy mała kamienna łacha ze stawą ostrzegającą o kamulcach. Dzieciakom się jednak podobało. W końcu wyciągnęliśmy wędki i zaczęło się prawdziwe polowanie na ryby. Niczego nie złowiliśmy, ale chłopaki były w niebo wzięte.

Noc zrobiła się wesoła koło godziny 3 nad ranem. Obudził mnie alarm kotwiczny – zaczęliśmy ciągnąć kotwice. Nie wiało jakoś przesadnie silnie, ale przychodziły szkwały w okolicach 25 węzłów i jeden z takich szkwałów nas zerwał. Traciliśmy pozycję wolno, ale skutecznie. Co 10 minut przesuwałem tolerancję alarmu o 10 metrów, ale w końcu, koło 4 nad ranem widziałem już źrenice mewy siedzącej na stawie, więc nie czekając na nikogo uruchomiłem silnik i odsunąłem się od felernej mewy wysiadującej kamienie.

Piotr pomógł mi zrzucić kotwicę raz jeszcze i tym razem w wodę poszło o 10 metrów łańcucha więcej niż poprzednio (stosunek 1:4). Dodatkowo postarałem się zaciągnąć ją jak należy, ale na niewiele się to zdało. Koło 6 ponownie obudził mnie alarm, a jacht siedział prawie na sieciach. Tym razem już nie czekałem na dalszy rozwój wypadków, uruchomiłem silnik i wyszliśmy z zatoki na rozbujane morze kierując się na Dubrownik. Oczywiście szliśmy na silniku, bo kolejne podrygi Jugo spadały na nas prosto od dziobu. Gutek średnio znosił rozkołys, więc z przyjemnością przejąłem funkcję niani i położyłem się z nim na piersi w salonie.

To był piękny czas. Jacht tańczył na fali, a my razem przytuleni, ukołysani do snu, w przedziwnym letargu słuchaliśmy „Niezwyciężonego” Lema. Niestety około 10 przypomniała o sobie praca i zaczęły się telefony, które musiałem odebrać, a później usiąść do komputera.

Do Dubrownika wpłynęliśmy jakoś przed południem. W końcu, po tylu latach starań o przedostanie się tu z Zadaru w jednym rejsie, udało się. Generalnie w Dubrowniku można stać w dwóch miejscach – w głównym porcie Gruz oraz w posadowionej nieco dalej Marinie Dubrownik, wysuniętej na północny wschód i umiejscowionej w górze rzeki. Graz miał nieco miejsc postojowych, ale tym razem spotkała nas niespodzianka. Gigantyczna marina, nówka funkiel, z kilkoma setkami miejsc wolnych… tyle że była jeszcze nie oddana do użytku i nie mogliśmy w niej stanąć. Na dobre wyszło, bo sama marina nie wyglądała na specjalnie atrakcyjną, za to Marina Dubrownik – rewelacja. Jedna z ładniejszych w Chorwacji. Samo położenie nad rzeką robi swoje, ale ilość zieleni na ternie samej mariny, piękny plac zabaw, infrastruktura itp. – rewelacja. Naprawdę przyjazne miejsce. Dodatkowo z mariny co 10 minut odjeżdża do starego miasta autobus. Jego koszt nie jest specjalnie wysoki, bo przejazd zamyka się w kwocie 15 kun.

Załoga dość sprawnie ruszyła do miasta, a ja zostałem na decku z komputerem. Pilne zlecenie trzeba było zamknąć do 16, więc sam do miasta ruszyłem przed 5 po południu. Jest takie jedno miejsce na drodze, którą pokonuje autobus, które naprawdę zapiera dech w piersiach. W pewnym momencie autobus opuszcza nową cześć miasta, kończą się zabudowania i nagle wspina się na skarpę, w dole której rozpościera się morze, a widnokrąg zamykają z obu stron strome skały.

Stare miasto i mury Dubrownika to temat na inny wpis, którym chyba zajęła się Justyna. Z całej tej wycieczki chyba największe wrażenie zrobiły na mnie interakcje miejscowych, rozmowy z kierowcą autobusu, jego relacje z pasażerami i innymi uczestnikami ruchu. Nie wiem jak to opisać. Podobne wrażenie odniosłem w Holandii, również w autobusie. Jakie wrażenie? – że ludzie mogą być dla siebie uprzejmi, że chce się im pamiętać obce twarze i pasujące do nich imiona, zagadywać, ustępować miejsca, śmiać się i jowialnie okazywać sympatię. W tym kontekście Polska to kraj wyjątkowych gburów, frustratów i zatomizowanego społeczeństwa.

Dodaj komentarz