W Afryce za zimno na lody – Ceuta

Mój młodszy syn powiedział dziś, że jest za zimno na lody. Myślałam, że jest to niemożliwe i to nawet z dwóch powodów. Po pierwsze, w domu w ogóle nie jadają słodyczy, a tu w trybie wakacyjnym nadrabiają zaległości i w trakcie rejsu nie odmówili lodów ani razu. Jedli lody nawet w deszczu na Sardynii. Podczas naszej wyprawy zjedli ich tak naprawdę dużo więcej niż w całym swoim życiu, licząc nawet te lody, które latem robimy w domu. Po drugie, do jasnej Anielki, jesteśmy w Afryce! Jak w Afryce może być za zimno na lody???
A no może! Poranne sprawdzenie pogody uświadamia nas, że dziś w Warszawie jest 28 stopni, a u nas jest 18… Ja wiele rozumiem, wiem, że jesteśmy w Północnej Afryce, ale jednak w Afryce! Przecież to niemożliwe, by było zimniej niż w Polsce!

A jednak, od rana dużo chmur i chłodno. Po raz pierwszy od dawna na lądzie zakładamy cieplejsze ubrania. Szybko się jednak wypogadza, silny wiatr przewiewa chmury i gdy ruszamy na wyprawę pontonem, jest już ciepło. Płyniemy kanałem łączącym zatoki po obu stronach wąskiego cypla. Prowadzi on pomiędzy wysokimi murami fortecy. Lekko skośne ściany warowni schodzą prosto do zielonkawej wody. Gdzieniegdzie na górze od murów odstają wieżyczki z kopułkami. Przepływamy pod dwoma mostami, by znaleźć się w zatoce po drugiej stronie. Chcieliśmy tam zejść na plażę, ale kanał podejściowy dla łodzi silnikowych jest daleko, a fala na morzu raz po raz zalewa nam ponton. Mam już całe plecy w wodzie, a i na dnie pontonu zaczyna być mokro, decydujemy więc, że wrócimy kanałem do portu, a na plażę pójdziemy piechotą. Na jednym z zakrętów ktoś na nas gwiżdże i daje znaki. Okazuje się, że z naprzeciwka w wąskim kanale płynie spora łódź Guardia Cyvil. Mijamy ich i wracamy do pomostu, przy którym zacumowany jest nasz jacht.

W drodze na plażę nie daje się ominąć placu zabaw i siłowni na świeżym powietrzu. Miasto jest jednak tak wąskie, że nie mamy przed sobą długiej drogi do zatoki po drugiej stronie cypla. Docieramy tam sprawnie, zwiedzając jeszcze po drodze główny deptak z typowo europejskim charakterem i sklepami. Jedyne, co go wyróżnia spośród wielu innych takich ulic znanych z innych miast, to muzułmanie w charakterystycznych strojach licznie spacerujący ulicami i drzewa z pomarańczami rosnącymi tuż nad naszymi głowami. To dla nas egzotyka!

Na plaży nareszcie przestaje wiać lodowaty wiatr i z czasem robi się naprawdę ciepło. Słońce do tego tak grzeje, że nie mogę gołą stopą stanąć na piasku, tak jest rozgrzany. Buduję z chłopcami zalewy pomiędzy piaskowymi wulkanami. Młodzi spędzają też dużo czasu biegając w lazurowej, przejrzystej wodzie. Gdy chcą się ogrzać, zakopują się w tym ciepłym piasku po uszy i tylko proszą, by ich nim jeszcze posypywać. Piasek jest bardzo ciepły i miło się go dotyka, ale jest pełen pyłu. W jednej chwili mamy go mnóstwo na sobie i nie możemy go zmyć jeszcze długo po powrocie. Można w nim za to znaleźć ogromne muszle. Większość z nich jest połamana, choć są bardzo grube, jednak gdy wchodzę do wody, znajduję tam prawdziwe, całe okazy wielkie jak moja dłoń! Ozdabiamy nimi nasze piaskowe konstrukcje. Żałuję, że nie mam ze sobą kostiumu, bo nurkowanie w tej krystalicznie czystej wodzie i wyławianie muszli sprawiłoby mi wielką frajdę. Nie podejrzewałam jednak, że tak szybko zrobi się jednak Afryka w Afryce.

Po obiedzie na jachcie wybieramy się na zwiedzanie Domu Smoków. Idziemy najpierw deptakiem nad portem, potem zagłębiamy się w uliczki Ceuty. Wszędzie jest dużo kolorowej ceramiki i obrazów malowanych na niej. Domy przy porcie są bogato zdobione. Widać tu marokańskie wpływy. Dalej od zatoki widać już typowe betonowe bloczki, a z większości zakamarków Ceuty doskonale widać znaczek Lidla 😃 i skały Gibraltaru po drugiej stronie cieśniny.

Zaglądamy do kościołów, w których hiszpańskiem zwyczajem są te strojne, przerażające madonny. Niosą się w kościołach echem wypowiadane modlitwy i można się tam odizolować od hałasów ulicy. Mało jest tu sklepów z pamiątkami. Właściwie są tylko małe kioski z drobiazgami. Dużo jest za to sklepów ze sprzędem RTV i AGD oraz małych budek z kuponami na loterię (?)

W jednym z dwóch większych sklepów z pamiątkowym asortymentem mierzę buty – kolorowe ciżemki-alladynki i ozdobne japonki. Bardzo mi się podobają i chcę je kupić, ale wszystkie są na mnie za małe lub za duże… Nie udaje mi się w końcu nic dla siebie znaleźć. W tej dzielnicy oddalonej niby kawałeczek drogi od głównego daptaku, czuję się już bardziej jak w Maroku niż w Europie. Nawet pamiątki są tu już typowo afrykańskie. Widać, też, że jasna karnacja wzbudza tu jednak spore zainteresowanie.

Przed zachodem dochodzimy do fortecy, pod której murami rano przepływaliśmy. Chłopców jak zwykle cieszy widok armat i bawią się w skakanie po kolorowych płytach wyłożonych na ogromnych placach. Z murów widać oczywiście Gibi i Lidl 🙂

Po powrocie do mariny znowu zrywa się silny wiatr. Ciekawe, czy uda nam się jutro przeskoczyć na Gibraltar?

2 replys to W Afryce za zimno na lody – Ceuta

Dodaj komentarz