Trzeci dzień w Mandalinie

Formalnie stoimy w marinie już trzeci dzień. Przynajmniej od dwóch dni ekipa serwisowa stara się, raczej mniej niż bardziej, doprowadzić jacht do stanu, w którym uznamy, że jest gotowy do wypłynięcia.

Postój w marinie jakoś mnie nie przeraża ani nie smuci. Ot, są jeszcze pewne kwestie, które wymagają przygotowania. Chyba cieszę się tym, że to mój pierwszy rejs w życiu, który nie jest tak ściśle ograniczony czasowo. Niby mamy do przepłynięcia 2500 mil, niby jest na to mało czasu, ale wiem, że w każdej chwili, przy dobrej pogodzie możemy pożeglować trzy dni ciągiem i nadrobić przynajmniej tydzień normalnego crusingu. A trzy dni w morzu w ogóle mnie nie przerażają – powiem więcej – chyba ich nawet wyczekuję. Szczególnie że załoga jest spora i nie będę musiał wciąż siedzieć na wachcie.

Jeśli chodzi o załogę, to ta akurat gorzej znosi przymusowy postój w marinie. W szczególności stan jachtu skutecznie podniósł niektórym ciśnienie i stał się centralnym tematem złorzeczeń i utyskiwań. Rozumiem ich. Pewnie sam bym tak reagował, gdybym nie pływał na innych czarterowych jednostkach. Gdybym nie pływał na Bieszczadach, które wciąż brały wodę, ciekły górą i dołem, na których nie działało nawet podświetlenie kompasu, nie mówiąc o zwykłych światłach nawigacyjnych. Reagowałbym tak, gdybym nie pływał na Inie, na której wszystko przymocowane było na słowo honoru, silnik odmawiał posłuszeństwa w najmniej oczekiwanych sytuacjach, a o komforcie korzystania z toalety i wody można było zapomnieć. Nawet na typowo czarterowych, chorwackich mydelniczkach ze świecą można było szukać jachtu ze sprawnym autopilotem, a jak wychodziłem z mariny z działającymi sterami strumieniowymi – byłem więcej niż pozytywnie zaskoczony.

Desiderata jest pod tym względem podobna. Tona mniej lub bardziej istotnych rzeczy nie działa tak jak powinna, nie została zrobiona tak jak powinna lub została totalnie spartolona. Ale taki już urok czarterowych jednostek. Właściciele są setki kilometrów od nich, a czarter operator, choćby nie wiem jak dobry, myśli o tym, żeby jachty najtańszym kosztem były w stanie zarobić maksymalnie dużo. Po co zatrudniać fachowców, skoro syn Czesia też jest w stanie coś zrobić wkrętarką. A że przy okazji rozwali trochę forniru i drewna na jachcie, pozdziera gwinty w śrubach – to już inna sprawa. Po co montować atestowany do warunków morskich kabel elektryczny, skoro taniej jest dwa razy go wymienić na zwykły przy pomocy syna Czesia i kilku jego kolegów. A że przy okazji ktoś na tydzień zostanie bez jakiegoś ważnego światła lub porobi się trochę więcej niż trzeba było dziur w pokładzie – szczegół. Jakkolwiek te detale mnie irytują – rozumiem nieubłagalną logikę stojącą za tym badziewiarstwem. Może za często dane mi było z niej „korzystać”. Moja załoga podchodzi do tych kwestii bez tych uprzedzeń i wiele takich fuszerek, które potencjalnie mogą się okazać groźne dla życia i zdrowia, w całkowicie zrozumiały dla mnie sposób ich… niepokoi (eufemizm do kwadratu).

Dziś na przykład okazało się, że autopilot nie działa, gdyż albowiem się usmażył komputer sterujący. Ktoś w swej ogromnej i niezgłębionej mądrości zamontował kompas od systemu w rufowej bakiście narażonej na działania warunków atmosferycznych i dodatkowo, zamiast pociągnąć jeden oryginalny kabel do komputera, dał jakiś marketowy przewód i skręcił go z oryginalnym na okrętkę, owijając całość taśmą izolacyjną. Można… ano można. Kable były źle zaizolowane, nastąpiło zwarcie i komputer odszedł na ostatnią wachtę. Wydz polega na tym, że tak archiwalnego sprzętu (system analogowy) nie da się już normalnie kupić i trzeba było załatwiać jakiś używany egzemplarz za bagatela 600 Euro. Myślę sobie, że jednak połączenie trzech przewodów za pomocą odpowiednich wtyczek, lutowania i folii termokurczliwej byłoby tańsze. Ale co ja tam wiem.

Korzystając z okazji, że mam dwóch specjalistów od elektroniki jachtowej na pokładzie, wzięliśmy się za montaż AISa, ale szybko okazało się, że pierwotne miejsce instalacji (kolumna sterowa) jest za małe i moduł trzeba będzie schować pod pokład. Całe szczęście, bo dzięki temu wytrzyma znacznie dłużej. Problem polegał na tym, że trzeba było całą masę kabli pociągnąć do wnętrza jachtu i cześciowo zintegrować z okablowaniem już istniejącym. Okablowaniem już rozbebeszonym, kilka razy przerabianym i przypominającym sałatę. Pomimo najszczerszych chęci odpuściłem temat i zleciłem montaż panom z mariny. Z jednej strony żałuję, z drugiej patrząc, ile godzin im to zajęło (przy jednak dużo większej świadomości tego co robią, wiadomościach o elektronice jachtowej oraz specjalistycznym sprzęcie), jestem szczęśliwy, że AIS działa, jest dobrze zamontowany i niczego przy okazji nie spaliliśmy.

Dzieciakom chyba kolejny dzień w marinie nie sprawił zawodu. Spędziły większą część dnia z Justyną na placu zabaw. Załoga była dziś zajęta montażem siatek relingowych, zakupami itp., więc siłą rzeczy Justyna przejęła honory czynienia świata bardziej kolorowym i dbania o atrakcję dnia. Chłopcy wrócili wykończeni. Zjedli, obejrzeli baję i poszli spać. Gutek niestety ma temperaturę i męczy go katar. Pomimo ciepłych ubrań, herbatek z lipy, syropków itp. jego stan się pogorszył. Mam nadzieję, że szybko z tego wyjdzie.

Dodaj komentarz