Tarifa i Afryka w tle

Pisanki gotowe są już ozdobą stołu. Chleb i murzyny upieczone, babeczki podane. Bolek jeszcze robi baranka z masła – wyszedł mu genialnie, a ja idę szukać kwiatów do naszego wazonu z drewna korowego. Tak się świętuje Wielkanoc w stoczni w Algesiras! Można? Można! ?

Siadamy do śniadania dopiero w południe. Bolek poszedł rano do kościoła, ale okazało się, że o tej porze była tylko procesja idąca ulicami miasta, a nie msza. Miałam nawet ochotę pójść z nim, ale późno wstałam i się w końcu nie wybrałam. Świąteczne śniadanie jemy po jego powrocie i obmyślamy plany na dalszą część dnia.

Pada na Tarifę. Jest blisko i wydaje się warta zobaczenia. Bolek już w niej był, ale ja bardzo chciałaby zobaczyć miasto wysunięte najdalej na południe na kontynencie europejskim. Robimy zmianę kierowców i dziś jak prowadzę stare Renault Eryka. Jedzie się świetnie, a do tego droga jest przepiękna. Może to nie tak urokliwa wąska dróżka jak do Castello Castellar, ale jest kręta i z niesamowitymi widokami. Najpierw pnie się w górę, by później opadać już w stronę Tarify. Dzięki temu mamy widok na nią dużo wcześniej, zanim do niej dojedziemy. Dookoła zielono, sporo skałek wystaje spomiędzy roślinności. Z góry rozpościera się też widok na Cieśninę Gibraltarską i są nawet wyznaczone punkty widokowe. Po raz kolejny marzymy i motocyklach lub skuterach do jazdy po tych drogach, ale i tak jest dobrze, że mamy samochód od Eryka, bo bez niego trudno by się było wybrać na zwiedzanie.

W Tarifie nie mamy upatrzonych punktów na trasie zwiedzania, ruszamy więc śladem skrytek geocachingowych. Najpierw doprowadza nas to do murów obronnych przy porcie, ale tam w załomie murów nie udaje nam się nic znaleźć, a w miejscu, gdzie podejrzewamy, że moglibyśmy jeszcze szukać, są ludzie. Skrytki powinny pozostać w tajemnicy, więc nie można ich szukać tak otwarcie. Rezygnujemy więc i idziemy dalej w stronę ruin zamku. Skały pod nim porośnięte są prawdziwą kwitnącą łąką z roślin naskalnych. Wygląda to jak prawdziwy ogród botaniczny. Skrytka zlokalizowana musi być gdzieś przy bunkrze koło zamku, ale jej też nie możemy znaleźć. Ja w desperacji przestaję nawet się kryć z przeszukiwanie, ale Bolek mnie co chwila upomina, że ludzie patrzą, że nie przestrzegam zasady tajności. Co mam zrobić. Dziś dopiero się zarejestrowałam w geocachingu i mam duże parcie, by znaleźć moją pierwszą skrytkę. Wcześniej robiłam to z Bolkiem i nawet rzeczywiście sama jedną znalazłam, ale wtedy szły ono na jego konto, a teraz mam szansę znaleźć tę pierwszą prawdziwie moją ? Trudno mi zrezygnować, ale Bolek ma rację. Szkoda czasu i zwiedzania Tarify na pozostawanie tak długo w jednym miejscu. Skrytki są tylko pretekstem do zwiedzania i zobaczenia ciekawych miejsc. Pozostaje mi więc nacieszyć się niesamowitym widokiem z góry na Cieśninę Gibraltarską z Afryką w tle i ruszmy dalej na piękną Isla de Las Palmas.

Wyspa połączona jest z lądem wąskim przesmykiem przez który prowadzi ścieżka spacerowa. Gdy docieramy na jej koniec jesteśmy na najdalej wysuniętym na południe krańcu Europy. I właśnie tu znajduje się kolejna skrytka. Pomiędzy podziwianiem widoków przeszukujemy okolicę i przy drugim podejściu, już prawie po zrezygnowaniu z poszukiwań, udaje się! Jest! Moja pierwsza skrytka i do tego w takim miejscu! Cieszę się jak dziecko ?

Na koniec serwujemy sobie spacer plażą z widokiem na zachodzące słońce. Plaża jest naprawdę szeroka i na dodatek ciągnie się do kolejnej miejscowości. Niby to przy polskich plażach nie powinno robić na nas wielkiego wrażenia, ale jednak zachodzące słońce mieniące się tyloma barwami, a jego blask zwielokrotniony odbicie w wodzie, a także zupełnie obcy dla polskiego wybrzeża widok kontenerowców na horyzoncie jest magiczny!

Przed nami jeszcze miły wieczór na starym mieście w Tarifie i kolacja w hiszpańsko-włoskiej knajpce z pizzą na najcieńszym cieście, jakie kiedykolwiek jadłam. Jest to właściwie pizza na tortilli, a nie pizzowym cieście. Zamawiam taką z czterema serami i jest to dobry wybór, bo sery mają tu pyszne. Jak zwykle tutaj dostajemy oliwki jako starter i niezmiennie są one zawsze świetne, niezależnie od tego, czy jada się w restauracji czy małym tapas barze.

Po kilku aktywnych dniach jesteśmy już naprawdę zmęczeni. I tak wracamy bardzo późno na łódkę, choć wcześnie, jak na nasze poprzednie wyprawy. Może choć raz pójdziemy spać przed 3 🙂

Dodaj komentarz