Sztorm nadchodzi, my stoimy

Już któryś raz jest tak, że gdy stoimy dłużej w porcie, to załoga się frustruje. Normalnie zrobiliśmy się jak starzy marynarze 😉 W morzu tęskno do lądu, na lądzie chce się na morze, bo nie wiadomo, co począć ze sobą w porcie. Najbardziej zgodne dni mamy chyba wtedy, gdy trochę czasu spędzamy na wodzie, a trochę w porcie, na kotwicy lub na bojce. Nawet nie chodzi o zejście na ląd, raczej o odmianę w formie spędzania czasu.

W Cagliari niby jesteśmy dopiero od wczoraj, ale na tyle wcześnie tu dopłynęliśmy, że po południu i wieczorem zwiedziliśmy całe miasto i dziś już się nikt z zejściem z łódki specjalnie nie spieszy. Z wyjątkiem naszych dzieci oczywiście. One mają konkretny cel! Namówili B na małe zestawy Lego. Stefano argumentację miał konkretną – na jachcie nie ma żadnych klocków, a on przecież uwielbia budować i już jest wystarczająco długo pozbawiony tej przyjemności! W Gutku znalazł tylko poparcie i tak to rozmowa ze mną o tym, że za miesiąc w Dniu Dziecka będziemy jeszcze na łódce i prezenty z tej okazji dostaną pewnie z opóźnieniem po powrocie, przerodziła się w namawianie B na jak najszybsze zakupy 🙂 Temat Lego wałkowany nieustannie przez kilka dni. Od rana do wieczora. Ja już słuchać tego nie mogłam. Wiem, że lubią budować. Nawet chciałam wziąć im trochę klocków na łódkę, ale obawiałam się, że będziemy jeździć w przechyłach na rozsypanym po podłodze plastiku. B nie wiem, czy ujęty siłą argumentacji, czy zmęczony ciągłym mówieniem o tym samym oznajmia, że w najbliższym dużym mieście poszukamy sklepu z odpowiednim asortymentem. Cagliari doskonale się do tego nadaje. To w końcu stolica Sardynii. Jakaż jest więc rozpacz, gdy okazuje się, że dopływamy tam w niedzielę, kiedy sklepy są zamknięte! Dziś za to już nie mamy wymówek. Jest poniedziałek i czas ruszać po Lego! Przygotowałam się i wiem, że mamy do wyboru cztery sklepy. Zaczynamy od najbliższego, w centrum, przy głównym deptaku. Mamy szczęście, sklep jest, jest otwarty i jest Lego. Potrójny sukces! Szerszenie mają jeszcze większą radość, ponieważ dostępne są dwa upatrzone wcześniej w katalogu zestawy ze strażą pożarną i Jeepem. Cóż zrobić, zestawy nie są najmniejsze, ale za to cena okazuje się niższa niż w Polsce. Nie psujemy więc już radości Młodych i wracamy na jacht z zakupami.

Teraz to już nie ma mowy, by ruszyć się z łódki. Przez kilka godzin trwa budowanie zgodnie z wytycznymi z instrukcji i zabawa klockami. Stefan zupełnie sam, z resztą nie po raz pierwszy, montuje swój wcale nie tak prosty do złożenia zestaw. Gutkowi pod koniec pomagam i złożonymi pojazdami bawią się razem przez dłuższy czas. Gdy w końcu udaje się namówić ich na spacer, klocki chcą wziąć ze sobą. Po prostu nie mogą się z nimi rozstać! Co ja najlepszego zrobiłam nie pakując im torby Lego na wyjazd?!? 😉

Młodzi mieli swoje przyjemności, teraz czas, byśmy też zadbali o swoje, dorosłe zachcianki. Cel – dwa muzea. Obydwa niestety zamknięte, bo dziś poniedziałek… Oddajemy więc prowadzenie i wybór drogi Szerszeniom, snując się bez celu po mieście. A właściwie celem jest poszukiwanie rycerza z wczorajszej opowieści B, w którą Młodzi tak się wkręcili, że teraz za każdym rogiem wypatrują tajemniczego ptaka, groźnych smoków i owego rycerza. Skradając się, ukryci przed czujnym okiem potworów, zaglądamy przy okazji do kościołów, lokalnych sklepików z hand madem, w których artyści mają swoje pracownie i można im na ręce trochę popatrzeć. Trafiamy też na kilku grajków ulicznych, a muzykę słychać czasem nawet z pracowni/warsztatów, gdzie Włosi, zupełnie nie zarobkowo podśpiewują sobie do gry na gitarze 🙂

Przechodzimy też przez muzułmańską dzielnicę, pełną kolorowo ubranych afrykańskich kobiet, a w części miasta, gdzie widać wielu Hindusów trafiamy na sklep pełen zdrowej żywności, herbat i egzotycznych przypraw. Podglądam, co tam jest na półkach i znajduję chałwę, taką jaką można było „dostać za dolary” za czasów mojego dzieciństwa jedynie w Pewexie. Jestem bliska kupienia jej. Ciekawe, czy jest tak samo dobra, jak pamiętam? 🙂 Upajam się zapachem tego sklepu. Miesza się w nim aromat zielarni z zapachem słodkich i ostrych przypraw. Z dostępnych owoców są za to zielone banany giganty. Prawdopodobnie to odmiana w Polsce niedostępna, a przynajmniej ja jej nigdy nie widziałam. I oczywiście zamiast próbować tych egzotycznych smakołyków, lądujemy na tych dobrze znanych – lodach!

Dzień bez lodów byłby dniem straconym i wszystko byłoby ok, gdyby nie to, że zaczyna padać. Widać wyraźnie zmianę pogody wraz z nadchodzącym niżem. Na morzu przechodzi sztorm. Prawdopodobnie spędzimy w Cagliari kilka dni. Wysokie, 6 metrowe fale i w porywach prawie do 60 węzłów, to zdecydowanie nie dla nas. Albo przeczekamy w Cagliari, albo jutro jeszcze spróbujemy zdążyć przed sztormem do Carloforte, ale to z paru względów jest trudna decyzja. Niestety z 4 miejscówek na Sardynii przez ten sztorm może nam się zrobić jedna. Później, jak się uspokoi, będziemy zmuszeni spędzić ze trzy dni w morzu, by zdążyć odstawić Mariana na samolot na Majorce i chyba też Minorkę będziemy musieli pominąć. Szkoda, ale co zrobić? Z pogodą nie wygrasz!
Ale wracając do lodów, nie tak łatwo odwołać obiecane wcześniej lody, nawet gdy pada deszcz i nawet, gdy się proponuje pizzę w zamian. Nie jest co prawda zimno i deszcz taki, przy którym ja nawet kaptura nie zakładam, jednak siedzimy na ławce przed lodziarnią z lodami, gdy przed nami wszyscy spacerują z parasolkami nad głowami.
Deszcz, jak to deszcz, lody za to wyśmienite. Jedne z lepszych, jakie jadłam we Włoszech. Szczerze mogę polecić lodziarnia w uliczce prostopadle odchodzącej od portu – Via Napoli. Wybór duży, ale Stefano jak zwykle wybiera truskawkowe, a Gustavo czekoladowe. Ja próbuję tych z orzecha laskowego i stwierdzam, że są równie dobre jak te z pistacji, czy chesecake.
Jeśli zostaniemy w Cagliari do jutra, wrócę tu jeszcze po mango 🙂

Dodaj komentarz