Szkoła życia pod żaglami

Zastanawiam się, ile i co chłopcy będą pamiętać z rejsu? Niezbyt wiele pozostaje nam przecież w pamięci z wieku 3 i 5 lat. Być może rzeczywiście niewiele zapamiętają, ale rejs na pewno wpłynie na kształtowanie ich charakterów. Nie da się zaprzeczyć, że mają tu prawdziwą szkołę życia. Funkcjonowanie na bujającym się pokładzie tak w ogóle nie należy do najłatwiejszych, a na morzu bywają warunki, kiedy nawet zwykłe chodzenie po jachcie staje się dużym problemem. Dlatego właśnie chłopcy musieli nauczyć się bezpiecznego poruszania pod pokładem i dbania o to, by nie zrobić sobie krzywdy. Od początku uczyliśmy ich, by chwytali się tych rzeczy, które są nieruchome, solidnie zamocowane i dają podparcie. Prosiliśmy, by szczególnie uważali na obrotową kuchenkę, ponieważ zamontowany na niej uchwyt od piekarnika jest akurat na takiej wysokości, że intuicyjnie mogliby go łapać, przechylając tym samym całe urządzenie zawieszone na kardanie. Rozkołysany pokład, jeden nieopaczny ruch i złapanie obrotowej kuchenki, a to co na niej stoi ląduje oby tylko na podłodze, a nie na dziecku i oby było to coś, co już wystygło. Omijanie tego newralgicznego miejsca utrudnia fakt usytuowania na tym jachcie kuchenki z piekarnikiem akurat w najwęższym punkcie przejścia przez kuchnio-salon. Szerszenie jednak szybko się nauczyły zwracania uwagi na to miejsce. Stefan potrafi mnie naśladować i tak jak ja krzyczeć do schodzącego pod pokład Gutka: „Trzymaj się!  Tylko nie chwytaj kuchenki”. Nauczyli się też, by uważać na drzwi, które na falach potrafią trzaskać, wiedzą, co im da stabilne podparcie, a czego lepiej nie chwytać i jak się okazało, większą krzywdę potrafili zrobić sobie sami w zabawie niż z powodu rozkołysu jachtu, a o to wyjątkowo się martwiłam, gdy rozpoczynaliśmy rejs. Wiedziałam, że mogą być sytuacje, w których będą musieli sami funkcjonować pod pokładem i w praktyce świetnie sobie z tym radzili bez niczyjej asysty. Mogliśmy liczyć na ich samodzielność pod pokładem. Szybko opanowali ubieranie się na falach, zakładanie kamizelek, poruszanie się pod pokładem, a nawet sięganie sobie przekąsek.

I tak jak na pokładzie byli pod naszą nieustanną obserwacją, tak pod pokładem, z małymi wyjątkami, mieli dużą swobodę. Już jednak funkcjonowanie na pokładzie, w kokpicie wiązało się z szeregiem zasad, które ustaliliśmy z nimi jeszcze przed wejściem na jacht.
Każde wyjście na pokład w trakcie płynięcia wiązało się z założeniem kamizelki. Każdy z chłopców dostał swoją, dostosowaną do wieku i wymiarów kamizelkę pneumatyczną. Ich zakup był dużym wydarzeniem przed rejsem i już wtedy cieszyli się na możliwość ich założenia, obserwowaliśmy więc tylko jak sami pilnują, by mieć je na sobie. Przed wypłynięciem, gdy słychać było dźwięk odpalanego silnika, pod pokładem nagle robił się ruch i chłopcy krzyczeli: „Poczekajcie!”. Szybko wtedy sami zakładali kamizelki i wychodzili w nich na pokład. Ostatecznie w kamizelkach bawili się także często nad wodą, szczególnie wtedy, gdy podczas postojów w porcie sama z nimi na chwilę schodziłam z łódki. To, że mieli wtedy na sobie kamizelki, dawało mi duże poczucie bezpieczeństwa, bo nie miałam nikogo go pomocy, a pod nami, pod pomostami, po których się poruszaliśmy było kilka metrów głębokości. Na dłuższe wypady na plażę oczywiście kamizelek nie braliśmy, ale wtedy zabawa nad wodą była w miejscach, gdzie jest płytko i są bardzo łagodne zejścia do wody.

Wracając do jachtowych zasad bezpieczeństwa, chłopcy wiedzieli także, że podczas płynięcia przy dobrych warunkach mogą poruszać się na pokładzie w granicach kokpitu. Wyjście na dziób zawsze wiąże się z uzgodnieniem i asystą dorosłego, a stanie przy relingach z przypięciem się pasami asekuracyjnymi, co też sami robili pod naszym okiem. Uczyliśmy ich także przestrzegania takich zasad jak „jedna ręka dla jachtu, druga dla Ciebie”, czy tego, by nie siedzieć, czy nie bawić się w zejściówce. Instruowalismy ich, jakie liny pracują w trakcie płynięcia na żaglach i że najlepiej wtedy żadnej z nich nie brać do ręki ani nie bawić się kabestanami. Dostawali wtedy do zabawy nieużywane liny wyciągnięte w bakiście, a zabawę szotami i kabestanami odkładaliśmy na postój w porcie. Wiedzieli także, że przy dużej fali i silnym wietrze mogą nam towarzyszyć na pokładzie, jeśli tylko się na to zgodzimy, ale poprosimy ich wtedy o wpięcie wąsów w pasy asekuracyjne i przymocowanie do stałych elementów jachtu. Wypracowaliśmy z nimi kilka miejsc takiego bezpiecznego wpinania, w zależności od tego, gdzie akurat chcieli się bawić. Właściwie nigdy nie oponowali w takich sytuacjach. Sami dbali o to, by wpiąć się w nie, gdy wychodzili na pokład i odpinali je, gdy schodzili na dół. Specjalnie dobrałam im takie wąsy, które wyjątkowo trudno się odpinały. Trzeba było do tego użyć sporo siły. Myślałam, że to sprawi, że chłopcy nie będą się z nich sami wypinali. Bałam się na początku rejsu, że będą to robić bez naszej wiedzy i że będzie to prowokowało niebezpieczne sytuacje. Chłopcy jednak już w ciągu pierwszego dnia rozpracowali samodzielne zapinanie i odpinanie tych trudnych jak mi się wydawało w obsłudze karabińczyków, a ja przestałam się o to martwić, bo życie na jachcie pokazało, że Młodzi naprawdę dobrze pojmują kwestie bezpieczeństwa.

Większość tych zasad (a nie było ich zbyt dużo) rozumieli i w większości bez protestów stosowali się do nich. Problem był jedynie z bieganiem po pomoście. W tym wypadku wyjątkowo mieli mnie w nosie 😉 Śmieję się za każdym razem, gdy to się zdarza, że od 3 miesięcy gadam jak do ściany: „Nie biegajcie po pomoście!”, a oni i tak biegają. Tylko znowu jak tu się dziwić dwójce małych, bardzo aktywnych chłopców, których roznosi energia po zejściu z małego pokładu na ląd. Oni naprawdę muszą się wybiegać! I tu w przypadku krótkich wyjść bardzo przydatne były kamizelki. Szerszenie miały więcej luzu, a ja bardziej spokojną głowę 🙂

Inną nauką dla nich było osłuchanie się z terminami żeglarskimi. Słyszymy czasem, jak w zabawie między sobą rzucają coś w stylu: „daj większy luz na linie”, „tylko grot pracuje” itp. Czasem są to prawdziwe zwroty żeglarskie, czasem przeinaczone, ale widać, że przesiąkli tą terminologią. Przysłuchujemy się wtedy z zainteresowaniem, rozbawieniem, ale i podziwem, jak wiele z tego naszego żeglarskiego życia biorą dla siebie.

Jak zwykle jest też wszędzie pełno tych naszych małych pomocników i chcą uczestniczyć we wszystkich pracach pokładowych. Nas to oczywiście bardzo cieszy i tak właśnie sobie wyobrażaliśmy naszą małą prywatną szkołę pod żaglami. Chłopcy więc zajmują się z chęcią myciem pokładu, bo przecież zabawa wodą, to jedna z najlepszych rzeczy w dzieciństwie. Gdy wiedzą, że wpływamy do zatoki, ustalają z nami i między sobą, kto będzie obsługiwał windę kotwiczną i jak długo każdy z nich będzie to robił oraz w jakiej kolejności. Potrafią stworzyć prawdziwy grafik. Gdy nieopatrznie przegapią moment, w którym kotwica jest rzucana, na dźwięk windy kotwicznej wybiegają szybko na pokład nie zapominając o kamizelkach i zasadach bezpiecznego poruszania się na jachcie. Stawiają się wtedy gotowi do pomocy w kokpicie i czekają, aż pójdę z nimi na dziób. Pokrzykują tylko w trakcie, że kapitan ma na nich poczekać, a ja za to mam się pospieszyć 🙂 Angażują się też w wiele codziennych zajęć, jak pranie (tu znowu frajda z zabawy wodą), rozwieszanie go lub ściąganie, obieranie i krojenie warzyw przy robieniu obiadu. Zawsze są na posterunku, gdy tankujemy wodę i gdyby tylko im pozwolić, to także tankowaliby paliwo, ale właśnie, są zadania, przy których wolałabym, by nie uczestniczyli. Tak jest np. w trakcie wymiany butli z gazem, czy przy tankowaniu paliwa. Chłopcy chcieliby wtedy być jak najbliżej, by patrzeć swojemu tacie na ręce i wcale nie wątpię, że jest to dla nich fascynująca nauka. Mam jednak w sobie obawę i potrzebę chronienia ich przed niebezpiecznymi sytuacjami. Oczywiście tankowanie paliwa i wymiana butli z gazem nie należą do sytuacji wyjątkowo niebezpiecznych, ale ja wolałabym, by chłopcy stali wtedy w bezpiecznej z mojego punktu widzenia odległości. Jak jednak odbierać im taką możliwość nauki? Równocześnie z troską o ich bezpieczeństwo budzi się obawa o to, że kiedy dla mnie nadejdzie ten odpowiedni czas na to, by pozwolić im patrzeć z bliska na ręce ich taty przy takich zadaniach, to oni do tego czasu mogą już stracić tym zainteresowanie, odsuwani wcześniej przeze mnie od takich czynności. Jak w przyszłości maja wiedzieć, jak to się robi, jeśli teraz zabronię im na to nawet patrzeć? Od kogo mają się uczyć tego, jeśli nie od własnego taty? Godzę się więc czasem trochę wbrew sobie na to, by uczestniczyli w takich dla mnie bardziej niebezpiecznych zadaniach i oddaję wtedy dowodzenie kapitanowi, tacie Szerszeni, który jak to na mężczyznę przystało, ma większy zakres tolerancji potencjalnych niebezpieczeństw związanych z dziećmi ode mnie 🙂

Najbardziej mnie jednak cieszy w tym naszym życiu na jachcie, że chłopcy mogą się uczyć od innych osób będących z nami na pokładzie. Mieli tu przez długi czas wszystkich swoich trzech dziadków i od każdego z nich mogli czerpać wiedzę. Każdy z dziadków chciał spędzać z nimi czas, odpowiadać na wszystkie ich pytania, uczyć nowych rzeczy. Mieli niespotykaną okazję w tak młodym wieku i przez tak długi czas funkcjonować w
męskim gronie. Dziadkowie, choć bardzo opiekuńczy, nie byli jednak nadopiekuńczy i nadskakujący jak np. potrafią być babcie. Ja, jako mama i drobny damski pierwiastek na jachcie też raczej nie ułatwiałam Młodym zadania. Zawsze oczywiście mogę ich przytulić, zawsze znajdę czas, by ich wysłuchać, ale też oczekuję, że dostosują się w granicach swojego wieku i możliwości do warunków panujących na jachcie. Między innymi oczekiwałam od nich zrozumienia, że nie zawsze na jachcie da radę zrobić wszystko to, na co mają ochotę, że jesteśmy na środku morza i np. nie zawsze do jedzenia będzie akurat danie, na które mieliby apetyt. Nie miały tu Szerszenie taryfy ulgowej, ale też chyba im to nie przeszkadzało. Czas i uwaga im poświęcane wynagradzały wszystkie trudności życia na małym jachcie.

Jeden element tej morskiej szkoły życia tylko mnie niepokoi. Na pokładzie zdarzało się, że padały, głównie z ust jednego dziadka, niecenzuralne słowa. Obawiam się, że Szerszenie szybko zrobią z tej nauki użytek i chyba nie mogę oczekiwać, że przyswoją jedynie te łagodniejsze zwroty 😉

Dodaj komentarz