Święto na pokładzie – Sines

Od rana jesteśmy na nogach, jedni krócej, inni dłużej w zależności od tego, kiedy komu skończyła się wachta. Zmęczeni tą ciężką nocą, ale zadowoleni, że fale już nam nie dają tak popalić, wpływamy w końcu do Sines. Marina malusieńka, za to w drugiej części zatoki stoi na bójkach wiele małych łódek rybackich. Malowniczy to widok.

Nie ma czasu na odpoczynek. Trzeba posprzątać łódkę po tym jak przez fale uderzenia fal wystrzeliło nam wszystko z półek. Kipisz mamy taki pod pokładem, że w głowie się nie mieści! Najgorzej jest u nas w kajucie dziobowej. Materac mokry na wylot przez przeciekające okno… W sumie trudno się dziwić, bo dziób dzisiejszej nocy cały czas był zalewany wodą. Chcąc być zapobiegawczą, położyłam na łóżku moją kurtkę przeciwdeszczową i dookoła ręczniki, formując z całości coś na kształt basenika zbierającego wodę. Co z tego, jak w krótkim czasie wody uzbierało się tam dużo więcej niż przewidywałam. Przeoczyłam to, bo i czas najlepszy nie był ku temu, by zaglądać do dziobowej kajuty, w której nie dało się nawet ustać. Niestety po zwrocie cała kałuża wylała się z kurtki na materac i ręczniki dookoła nic już nie dały… Do tego z półek pospadały zabawki i ubrania, a to wszystko zostało wymieszane, skotłowane przez fale szarpiące łódką. Dwa razy w nocy starałam się tam posprzątać, ale po pierwszym razie efekt nie utrzymał się nawet przez godzinę, a przy drugim, nie mogłam tam ustać, by co chwila o coś boleśnie nie uderzyć, więc szybko dałam sobie spokój ze sprzątaniem. Decyzję przypieczętowały pojawiające się pierwsze objawy choroby morskiej… Ostatecznie zamknęłam kajutę dziobową pozostawiając do rana panujący w niej chaos i poszliśmy spać do wolnej kajuty na rufie.

Teraz czas to wszystko posprzątać. Chłopcy z Piotrem idą myć pokład, a ja biorę się za usuwanie skutków sztormu pod pokładem. Gdy kończymy, jest już południe. Chłopcy nagle kryją się z B pod pokładem i spiskują. Gdy wychodzą, życzą mi „szczęśliwego nowego roku” z okazji imienin i wręczają prezenty 😀 Od każdego mężczyzny na pokładzie coś dostaję! Chłopcy wręczają mi piękne rysunki. Na każdym jest wykonany przez Stefana napis mama i ja też jestem na obrazkach. Na jednym stoję obok róży. Jest też deszczyk i słoneczko. Drugi rysunek jest bardzo intrygujący. Stoję na pokładzie Desideraty, która ma nawet czerwony pasek idący wzdłuż burty, tak jak nasza żaglówka, za to mnie z niebem łączy błyskawica 🙂 Śmialiśmy się wszyscy, że albo jestem stworzona z burzy, albo piorun we mnie trafił lub sama ciskam piorunami 😉 Zależnie od interpretacji bądź nastroju 😉

Od moich chłopaków dostaję jeszcze przepiękny wisior z rybą ozdobioną zielono-czerwoną mozaiką, torbę w etniczne wzory i wymarzoną płytkę na pamiątkę tych wszystkich pięknych płytek zdobiących domy i klatki schodowe w Hiszpanii i Portugalii. Piotr wręcza mi koguta z Barcelos, jeden z najpopularniejszych symboli folklorystycznych Portugalii. Naprawdę spisała się moja załoga! Jestem taka szczęśliwa, że mogę tu z nimi wszystkimi być!!!

Świątecznego klimatu dopełnia wypad na plażę, gdzie najpierw idę sama, by się trochę pobyczyć, a później dołączają do mnie Szerszenie z B. Chłopcy pełni energii skaczą przez fale, kopią w piasku i ganiają się po plaży, a my z kapitanem leniuchujemy po ciężkiej nocy.

Jeszcze przed zachodem idziemy do miasta. Dostałam zaproszenie na imieninowe winko. Teraz tylko pozostaje znaleźć miejsce, w którym przysiądziemy. Okazuje się, że na nabrzeżu tuż przy plaży jest festiwal. Święto morza zgromadziło wiele osób, muzyka gra, słychać bębny. W namiocie stragany z wyrobami ze skarbów morza, stoiska reklamowe firm związanych z wodą, zarówno z przemysłem jak i z ochroną środowiska. Przed namiotem rząd foodtrucków z lokalnymi przekąskami i napojami. Moglibyśmy przysiąść tutaj, ale zależy nam, by jeszcze przed zachodem zwiedzić miasto wznoszące się nad zatoką na bardzo dużej skarpie obrośniętej gigantycznymi bambusami.

Na górę można się wspiąć schodami i wyjść zaraz obok kościoła albo wjechać przeszkloną windą z widokiem na morze. Szerszenie wybierają windę.

Sines jest malutkie, ale urocze. Wiele jest tu jednak przepięknych domów, które niedługo się rozpadną, jeśli nikt o nie nie zadba. Z drugiej strony nie jest to typowo turystyczna miejscowość. Więcej tu na ulicach i w knajpkach mieszkańców niż przyjezdnych. To ma swój niezaprzeczalny plus. Domy, jak to w Portugalii, z pięknymi drzwiami, z łukami i ozdobną numeracją. Fasady pomalowane na delikatne kolory lub wyłożone ceramiką malowaną lub z wytłaczanymi wzorami. Po raz kolejny żałuję, że nie mam możliwości utrwalenia piękna tych miasteczek porządnym aparatem. Szerszenie gnają przez miasto, więc trzeba je gonić i uważać na przeciskające się w wąskich uliczkach samochody.

Klimat większości knajpek przypomina nasze bary mleczne. Pełno w nich ludzi w przeciwieństwie do tych bardziej szpanerskich restauracji. Wybieramy knajpkę taką pomiędzy – ani szpanerską z białymi obrusami i tysiącem szkła na stołach ani barową z plastikowymi stolikami i tłumem nad głową. Przysiadamy na dworze w gronie Portugalczyków, którzy oglądają mecz. Serdecznie nas witają, podsuwają krzesła, robią miejsce, bawią się z naszymi dziećmi. Zamawiamy jedzenie i wino. Słońce zachodzi. Szerszenie bawią się na placu obok, a my wsiąkamy w tutejszy klimat, w królem pełno jest radosnego gwaru. My też się śmiejemy, bo mamy dużo powodów do radości 🙂

Wracamy jak zwykle zbyt późno, by Szerszenie poszły spać o sensownej porze, ale co tam! W końcu nie zawsze ma się imieniny na pokładzie 🙂

Dodaj komentarz