Stromboli grzmi

Dwa widoki o wschodzie słońca spowodowały, że zaczęłam się zastanawiać, jak żyłoby się na takiej wyspie? Rybacy rozpoczynający połów w morzu na tle wschodzącego słońca i para starszych ludzi rozplątująca na brzegu sieci dały mi do myślenia, czy takie proste życie na wyspie nie byłoby kwintesencją szczęścia? Stałam na pomoście, do którego wczesnym porankiem przybiliśmy pontonem i patrzyłam jak z domu na plaży starsza kobieta wyniosła małą filiżankę kawy. Podeszła do męża stojącego na brzegu, rybak wypił espresso jednym łykiem i razem zaczęli wyciągać sieci z łódki, bez pośpiechu, przy spokojnej rozmowie. Tutaj spieszą się tylko wszędobylskie trójkołowce i skutery prowadzone przez energicznych Włochów. Napotkani ludzie nie mają się dokąd spieszyć. San Vincenzo pewnie ożywia się bardziej latem. Nie wygląda jednak na to, by była to zbyt licznie odwiedzana mieścina. Ludzie tu przyjeżdżają, wchodzą na wulkan i wyjeżdżają. Nie ma przesłaniających klimat miejsca straganów dla turystów i sztucznego nakręcania atmosfery pod publikę. Są co prawda wakacyjne domki do wynajęcia, ale są też spotkania rodzinne za płotem, obiad w ogrodzie u jakiejś włoskiej rodziny i czas na serdeczność, gdy mija się znajomego na ulicy. Życie toczy się swoim rytmem.

Nasz rytm i harmonogram na dziś przewiduje wejście na Stromboli. Jest dwa razy wyższy od wczorajszego Vulcano. Czy będzie też dwa razy trudniejszy? Wulkan już od rana nieustannie dymi, a na dole wita nas groźnymi pomrukami. Tutaj są one jeszcze ciche i do pomylenia z przelatującym samolotem, ale w drodze na górę coraz wyraźniej je słychać i coraz trudniej pomylić z czymś innym.

Wybieramy prawy zielony szlak pnący się zygzakami ku szczytowi. Przy czerwonym obawiamy się zbyt stromego podejścia i zbyt dużej bliskości do osuwiska wulkanu, którym spływa lawa i osypują się wystrzeliwane z krateru kamienie. Lewym zielonym szlakiem mamy za to zamiar schodzić i jest to najlepsza decyzja, jaką mogliśmy podjąć, ponieważ będziemy szli w dół piaskową ścieżką. Dużo trudniej byłoby wchodzić nią pod górę.

Wybrany przez nas prawy zielony szlak wiedzie zakosami najpierw pośród lokalnej roślinności, nad którą o poranku śpiewają (chyba) swojskie skowronki. Na wysokości, gdzie kończy się roślinność i zaczyna księżycowy krajobraz kroczymy pośród wszechobecnej szarości i brunatności. Różnica temperatur pomiędzy morzem a stokiem wulkanu sprawia, że wiatr wieje tutaj od dołu do góry, wwiewając po pochyłości stoku na szczyt podchodzące pod górę chmury. Czasem naprawdę niewiele widać. Szlak wyznaczają żółte smugi ścieżki na tle brązowych i czarnych kamieni. Idzie się tędy dobrze. Kamienie dają podparcie stopom.

Pomimo tego, że idziemy bez dzieci, grupa ma nierówne tempo. Decydujemy jednak, że się nie rozłączamy. Nie wydaje się bezpiecznie zostawić tu kogokolwiek z tyłu, na stromym zboczu, pełnym ostrych kamieni, o które bardzo łatwo się potknąć, do tego przy tak kiepskiej widoczności. Zwalniamy więc i idziemy wszyscy razem. W pewnym momencie zaczynam prowadzić i mam z tym mały problem, bo nie zawsze widzę dobrze szlak w tej ogólnej szarości i dymach z wulkanu mieszających się na tej wysokości z chmurami. Do tego utrzymanie równego i nie męczącego tempa jest wyzwaniem. W momentach, gdy zaczynam odczuwać zmęczenie i naturalnie mam potrzebę wtedy docisnąć jeszcze trochę mięśnie do większego wysiłku, bo chcę szybciej mieć podejście z głowy, uczę się odpuszczać, by część grupy niepotrzebnie się nie forsowała. Ostatecznie, na końcowym podejściu, robimy przystanki co 4 zakręty, a ja wypracowuję odpowiednie tempo.

Gdy docieramy do wysokości pierwszych schronów, Marian pyta, w jakim celu są tu one postawione. Z tego co czytałam wynika, że Stromboli potrafi wystrzelić kamienie na znaczną odległość od krateru. Także z tego powodu zaleca się noszenie kasków. W momencie gdy stwierdzam, że to pewnie przesadzona ostrożność Stromboli daje pokaz siły! Już w połowie podejścia słychać było, jak jego pomruki stają się prawdziwym grzmotem, teraz jednak jesteśmy jeszcze bliżej, widzimy krater i słyszymy wszystko bardzo wyraźnie. Wulkan na przywitanie wyrzuca pióropusz czerwonej lawy i mnóstwo kamieni. Robi to z taki hukiem, że nie mogę się zdecydować, czy uciekać, czy paść na ziemię. Ostatecznie jedynie kucam z przerażenia patrząc na rozwój wypadków i w głowie mam gonitwę myśli, czy jeśli kamienie do nas dolecą, to czy cokolwiek da naciągnięcie plecaka na głowę?!? Już nie kwestionuję zasadności istnienia schronów i noszenia kasków na szlaku.

Okazuje się, że to jedynie pokaz, prawdziwy spektakl w tym wulkanicznym amfiteatrze. Huk wybuchów na samej górze jest co prawda ogromny, ale nie musimy się obawiać kamieni i lawy. I tak jednak wulkan na tyle robi na nas wrażenie, że rozważamy powrót tym samym kamienistym szlakiem, by już nie podchodzić bliżej krateru. Zamierzaliśmy schodzić innym zielonym szlakiem, ale by na niego wejść, musielibyśmy się jeszcze zbliżyć do krateru, co nam już teraz jest nie w smak. Gdy decydujemy się jednak podjąć wyzwanie i podejść bliżej, wulkan znowu ostrzega ogromnymi erupcjami. Po kilku takich gruchnięciach jesteśmy już jednak bardziej z nimi oswojeni i nie mamy ochoty od razu padać na ziemię, a jedynie czasem robimy dwa kroki w tył. Jak widać do wszystkiego można się przyzwyczaić 😉

Powrót drugim szlakiem to praktycznie zbieganie czarną, stromą plażą. Ścieżka pokryta jest drobniutkim piaskiem i gdy mam go pełno w butach, decyduję się zbiegać na boso. Szybko jednak zmieniam zdaniem i zostaję w skarpetkach, bo piach jest naprawdę gorący. Niemożliwe, że jest aż tak nagrzany od słońca. Wchodziliśmy na wulkan skoro świt, a dzień jest pochmurny i mglisty. Taka temperatura nie utrzymałaby się też od wczoraj po chłodnej nocy. To wulkan utrzymuje od spodu ciepło i podgrzewa piasek. Wieczorem odkrywam jeszcze fenomen lokalnej plaży. Wczoraj już bawiłam się w tym na pozór nieprzyjaznym czarnym piasku i wieczorem bardzo dobrze nam się biegało po ciepłej plaży, ale wtedy sądziłam, że piasek nagrzany jest słońcem. Dziś po odkryciu, jak gorący jest piasek na zboczu i jak ciepły każdy kamień na wulkanie, zaczynam sprawdzać, czy na plaży dokopię się do zimnego, mokrego piasku pod pierwszą ciepłą warstwą. Wsuwam nogi coraz głębiej w piach i czuję, że tam, gdzie na polskiej złotej plaży byłby już zimny mokry piach, tutaj nadal jest on ciepły. Teraz rozumiem też, dlaczego na tych wyspach nawet w zimie temperatura rzadko spada poniżej 15 stopni i dlaczego woda w morzu wydawała mi się tu tak ciepła! Stromboli ma zamontowane ogrzewania podłogowe 😉

W drodze powrotnej z wulkanu natykamy się na ludzi z parku. Wulkan otoczony jest ochroną i jest rezerwatem. Nie zamierzaliśmy robić mu krzywdy, czy go zaśmiecać, ale jednak nie wynajęliśmy przewodnika do wejścia na szczyt. W połowie(!) góry spotkaliśmy tablicę mówiącą o zakazie podchodzenia dalej bez przewodnika, ale stwierdziliśmy, że niech się w nos ugryzą, jak taką tablicę stawiają w połowie podejścia. Tak na prawdę to wiedzieliśmy o zakazie podchodzenia bez przewodnika, ale wczoraj wieczorem wszystkie punkty obsługi turystycznej były już zamknięte, a dziś rano ruszaliśmy o wschodzie słońca przed ich otwarciem. Wiemy jednak o karach i stresuje nas spotkanie ze strażnikami parku, którzy na naszej drodze naprawiają ścieżkę. Kobieta pyta, czy wiemy o zakazie samodzielnego wchodzenia i o karach i w sumie nie wiem, co będzie lepsze, czy przyznać, że wiemy, czy zgrywać głupka? Widzi pewnie w moich oczach gonitwę myśli i z uśmiechem mówi, że dziś jest tak mglisty dzień, że może uznać, że nas nie widziała 😃 Każe nam na siebie uważać i rozstajemy się pozdrawiając serdecznie. Prawdopodobnie w szczycie sezonu tak łatwo by nam się nie upiekło.

Powiem szczerze, że nie znam ceny wynajęcia przewodnika. Na pewno wysokość kary w euro może być zniechęcająca do samodzielnego wchodzenia, więc nie mogę polecić samodzielnej wyprawy szczególnie w sezonie. Myślę, że wycieczka w zorganizowanej grupie także może być ciekawa. Przez dwa dni obserwujemy w miasteczku turystów wchodzących z przewodnikiem na wulkan, by podziwiać z niego zachód słońca i erupcje widoczne najlepiej po zmroku. W tym samym celu wieczorem na morze wyruszają turystyczne statki. W nocy z naszej zatoki, gdzie rzuciliśmy kotwicę, widać już tylko czerwoną łunę nad wulkanem i świetlne gąsienice piechurów z latarkami na głowach schodzących z wulkanu do miasteczka.

My też po zachodzie ruszamy do latarni morskiej stojącej w morzu na skale sterczącej z wody – to piękna Isola di Strombolicchio spowita w dym snujący się z większej wyspy. Okrążamy ją i płyniemy z drugiej strony zbocza Stromboli, by nocą lepiej widzieć erupcje. Wulkan znowu daje pokaz siły. Widać fontanny lawy wyrzucanej w górę i czerwone, żarzące się kamienie osypujące się po zboczu. Chłopcy są zachwyceni. Gutek mówi: „Mamo, poproś wulkan, by jeszcze raz wystrzelił!”.

Wieczorem siedzę na czarnej ciepłej plaży i myślę, czy byłabym szczęśliwa mieszkając tutaj? Wszystko mówi mi, że tak. To jest pierwsze miejsce w trakcie naszej wyprawy, z którego ciężko mi wyjeżdżać. Widzieliśmy tyle pięknych miejsc. Dalmackie wyspy kocham i znam od podszewki, w Sibeniku mogłabym zamieszkać. Czarnogóra ze swoimi górami była zachwycająca, Kotor absolutnie wyjątkowy. Południe Włoch biedne, ale urocze. Pierwsza wyspa wulkaniczna zrobiła na mnie ogromne wrażenie, ale dopiero Stromboli tak mnie chwyciło za serce. Mam wrażenie, jakbym znalazła miejsce do życia, z którego jednak muszę wyjechać…
Na zakończenie jeszcze trochę o szlaku – może ktoś skorzysta
Zielony szlak zaczynający się zaraz za kościołem rozwidla się na łuku przy betonowym murku po około 300 metrach i my wybraliśmy prawy zielony szlak do podchodzenia. Na początku jest na nim sporo roślinności przypominającej kosówkę z polskich gór i dającej trochę cienia. Poźniej zaczyna się puste zbocze i podchodzenie zygzakami. Szlak jest kamienisty i daje stopom podparcie. Moim zdaniem wchodzi się nim bardzo dobrze. Współczuję za to tym, którzy wybiorą lewy szlak do podchodzenia. To jedna wielka stroma pustynia. Jak dla mnie ten szlak (lewy zielony) idealny jest do zejścia i tak też opisany, ale w powrotnej drodze mijamy na nim jednego śmiałka, który podbiega nim pod górę. Trzymamy za niego kciuki, by nie wyzionął ducha po drodze. Czerwony szlak obserwowaliśmy tylko z góry i z morza i wydaje się być bardziej widowiskowy, bo bliższy krateru, ale za to bardziej stromy i nie wiem, na ile bezpieczny.

4 replys to Stromboli grzmi

Dodaj komentarz