Sprzątanie i imprezowanie – Lizbona

Wydaje nam się, że szybciutko posprzątamy jacht i pójdziemy zwiedzać Lizbonę. Marzenie, trzy dni zwiedzania pięknego miasta, okazało się jakże nierealne!

Schody zaczynają się na samym początku. Wydawało nam się, że w każdej marinie w tak dużym mieście będzie pralnia oraz odkurzacz do pożyczenia. Sama marina, miejska marina, czyli wydawałoby się wizytówka miasta dla żeglarzy, to chyba temat na osobny wpis, bo niestety nie należy do najlepszych i czegoś innego spodziewaliśmy się po Lizbonie. Pralni nie ma, przynajmniej nie ma jej w marinie ani w najbliższej okolicy. Jest oddalona o kawał drogi, więc już jedna osoba odpada nam ze sprzątania, bo przecież trzeba zanieść do pralni pościele i koce. Nikt nie będzie prał tego ręcznie. B rusza do biura w poszukiwaniu odkurzacza i okazuje się, że nie ma takiej opcji. Nikt nam odkurzacza nie pożyczy, mogą jedynie polecić firmę sprzątającą. Bierzemy to pod uwagę, bo mocno by nam to ułatwiło życie. Rozumiecie, zapakowanie siebie i dzieci oraz wysprzątanie jachtu z Szerszeniami kręcącym się pod nogami, to prawie równoznaczne z serwowaniem sobie kryzysu w związku, a nawet w rodzinie. Pan sprzątający wchodzi na jacht, by ocenić stopień zabrudzenia i rzuca niższą cenę niż się spodziewaliśmy, jednak w nas budzą się wątpliwości. Może nie zrobi tego lepiej od nas, może i tak będziemy po nim poprawiać? Do tego tyle wydatków pochłonął już nasz wyjazd, że trudno się zdecydować na wydanie kolejnej nie małej kwoty. Ehhh, niech będzie… Spróbujemy to zrobić sami. Mamy przecież wszystkie środki do sprzątania, jedynie (i aż) brak odkurzacza utrudni nam pracę.

Z B zakasujemy rękawy i działamy. Zaczynam od jednej z kajut rufowych, bo dziś przyjeżdża Krzemień, który ma przejąć od nas łódkę i chcę, by po wejściu na pokład miał już swoje miejsce na jachcie. Kapitan zaczyna ogarniać stół nawigacyjny i wszystkie schowki wokół niego. Ledwo kończymy, gdy zjawiają się mechanicy mający zrobić serwis silnika. Nie dość, że zajmują pół jachtu rozkładając swoje narzędzia i rozmontowując luki prowadzące do silnika, to jeszcze angażują w swoje działania kapitana, mojego jedynego kompana w sprzątaniu. Piotr walczy z praniem, B z serwisem silnika i ja tym sposobem zostaję sama ze sprzątaniem. Z powodu niewyspania, marudzenia znudzonych Szerszeni i ogromu pracy do wykonania dosyć szybko dopada mnie kryzys… Mówię, że mam dosyć, że nie tak łatwo jest posprzątać jacht bez odkurzacza, że zamiast odkurzyć raz i porzadnie, zamiatasz wszystko pierdyliard razy, że powinniśmy jednak zapłacić za sprzątanie albo wliczyć je w ogólne koszty rejsu. Mechanicy są zaskoczeni moim wybuchem 🙂 Nic nie rozumieją z mojego pokrzykiwania po polsku, ale raczej „czują klimat” i chyba współczują B herszt baby 😉

Emocje opadają i jedyne, co mogę stwierdzić, to tyle, że samo się nie zrobi, więc wracam do pracy. Moich dwóch starszych załogantów ma chyba rodzinną skłonność do prokrastynacji, bo oni najchętniej przełożyliby wszystko na jutro, a ja chcę to skończyć właśnie DZIŚ!, a jutro iść zwiedzać Lizbonę.

Z moich planów oczywiście niewiele wychodzi i gruntowne sprzątanie wnętrza jachtu zajmuje nam cały dzień, a tu jeszcze zostaje do umycia pokład i bakisty w kokpicie. B zrzuca ponton do wody i angażuje Szerszenie w mycie łódki z zewnątrz. Nie jest to właściwie potrzebne, ale zajmuje chłopców na jakiś czas. Dużo piany i wody to sprawdzona recepta na dobrą zabawę 🙂

Na koniec dnia chcę zabrać przemoczone do suchej nitki Szerszenie pod prysznic. Chłopcy są tak mokrzy, że aż dziw bierze, że nie odpaliły im się kamizelki pneumatyczne, w których dla asekuracji siedzieli w pontonie! Po drodze do sanitariatów mijamy mężczyznę z walizką, który wchodzi do mariny i się rozgląda. Zastanawiam się, czy to czasem nie Krzemień, bo wieczór się zbliża, a jego nadal nie ma, jednak nie mam czasu się zatrzymać, bo Szerszenie gnają przede mną prosto do łazienki. Stwierdzam, że jeśli to Krzemień, to da radę trafić na łódkę i biegnę za chłopcami. Jednak gdy okazuje się, że pod prysznicami nie ma wody i idę do biura, by zapytać, czy to dłuższa awaria, ponownie mijam się z tym samym człowiekiem z walizką. Rzucam już wtedy: „Dzień dobry?” z intonacją zapytania i otrzymuję w odpowiedzi polskie: „Cześć!” 🙂

A zatem to Krzemień! Znam go dobrze, ale tylko z opowieści i z tego, co czytałam o jego inicjatywach. Jest przecież jednym z organizatorów „Zobaczyć morze”. Mam u siebie w domu płyty sprzedawane swojego czasu w celu zebrania środków na przywrócenie zdrowia dwóm niewidomym, w tym pomysłodawcy tej wspaniałej inicjatywy po jego upadku w zejściówce Zawiszy Czarnego. Pływałam i ja na Zawiasie i słuchałam tam opowieści o ich rejsach, wydaje mi się więc, że znam się z Krzemieniem od lat. Witam się zatem z Robertem jak ze starym znajomym, choć on w ogóle mnie nie zna. Jest jednak tak wesołym, serdecznym i towarzyskim człowiekiem, że niezależnie od tego, czy się z kimś zna, czy nie, można z nim rozmawiać jak ze starym znajomym 🙂 Wkupuje się też w łaski załogi odrobiną czegoś mocniejszego i fantastycznymi morskimi opowieściami. Od razu dogaduje się też z Szerszeniami i stwierdza, że bardzo lubi pływać z dziećmi i młodzieżą, co Szerszenie też od razu wyczuwają i traktują go jak swego.

Równie dobrze przy rozmowach i morskich opowieściach moglibyśmy spędzić na pokładzie czas do nocy, ale Robert proponuje wypad do portowego baru. Uzgadniamy opiekę nad dziećmi i B godzi się zostać z nimi na jachcie. Robię jeszcze chłopcom kąpiel w dmuchanym baseniku pod pokładem, szybko wciągam sweter i jeansy, by ruszyć z Robertem i Piotrem w stronę, skąd słychać muzykę. Z daleka już widzę, że albo jest to prywatna, zamknięta impreza, może nawet wesele, albo naszym ubiorem totalnie nie wpasowaliśmy się w klimat tego miejsca, tak wszyscy są tu elegancko ubrani. Mówię moim towarzyszom, że na bank nas nie wpuszczą w takich strojach. W założeniu szliśmy do portowego baru, nikt z nas nie dbał więc o stosowność stroju. Przyszliśmy jednak do eleganckiego Krystal Grand Club Lisbon w spranych jeansach, seterkach, polarach i wyciągniętych t-shirtach. Nikt nas jednak nie zatrzymuje przy bramkach. Może nie wyglądamy aż tak źle? A może są tu przyzwyczajeni do takich niechlujnych żeglarzy? 😉 Zastanawiam się jeszcze, czy bardzo czuć ode mnie zapach środków chemicznych po całym dniu sprzątania nie zakończonego kąpielą z powodu braku wody w marinie. Mogłam się wykąpać po pokładem, ale rozmowy z naszym gościem przedłożyłam ponad higienę, nie podejrzewając, że tym sposobem spędzę wieczór w eleganckim clubie uperfumowana Cifem. Szybko przestaję się tym przejmować i idziemy przez parkiet do baru kupić drinki.

Kolejnym zaskoczeniem po eleganckich strojach gości clubu jest sposób ich poruszania się w tańcu. Wszyscy tańczą w parach, trzymając się jak w tańcu klasycznym. Choć muzyka jest bardzo rytmiczna i żywiołowa, pary przytulone do siebie wykonują tylko jakieś mikro ruchy. Niektóre kobiety odrobinę poruszają biodrami, czasem ramionami. Taniec wygląda jak bardzo spokojne i przytulane tango i wszystko byłoby w porządku, przecież i u nas tak się tańczy „wolne kawałki”, tyle, że tu rytmy są takie, że nie można spokojnie w miejscu usiedzieć. Muzyka zupełnie nie pasuje do sposobu tańca. Spodziewałam się dynamicznych, seksownych ruchów gorących południowych kobiet, a one ledwo nogami poruszają. Ogień południowej muzyki i zamrożony parkiet – tak to chyba najlepiej można opisać. Żartujemy, że tak się elegancko poubierali i teraz nie chcą się spocić 😉 My za to w trójkę z Robertem i Piotrem szalejemy na parkiecie odstając od pozostałych gości i ubiorem, i stylem tańca i brakiem pary 🙂

Wracamy na jacht wcale nie tak późno, jakby się mogło wydawać, ale Robert zmęczony jest wielogodzinną podróżą, my sprzątaniem i przy w sumie niewielkiej dawce alkoholu ledwo się już trzymamy na nogach. Jutro czeka nas kolejny pracowity dzień, ale dziś udało nam się odreagować w bardzo wesoły sposób wszystkie stresy dnia 🙂

2 replys to Sprzątanie i imprezowanie – Lizbona

Dodaj komentarz