Smakołyki

Na co dzień wszystkie posiłki przygotowujemy na jachcie. W większości są to dania inspirowane kuchnią śródziemnomorską, ale jednak gotujemy sami, bez ścisłego trzymania się przepisów. Odstępstwo od tej reguły zrobiliśmy w Dubrovniku i Kotorze, gdzie kolację zjedliśmy na Starym Mieście. Zdarza nam się też czasem iść na kawę czy lody, ale te ostatnie, to akurat głównie atrakcja dla dzieci, jak i pochłaniane przez nich gdzie się da i w każdej ilości pyszne, słodkie truskawki. Staramy się jednak, by nie ominęły nas regionalne smaki i w każdym nowym kraju, na każdej nowej wyspie próbujemy nowych produktów, serów, ryb, napojów, deserów.

Chorwackie smaki mamy dobrze rozpoznane i zawsze ceniliśmy szczególnie dalmacką kuchnię. Wiele rejsów w tamte rejony zaowocowało po prostu rozsmakowaniu się w ich smakołykach, a jednak zaskoczeniem dla nas było, że z wszystkich oliw, jakie dotychczas jedliśmy, te chorwackie rzeczywiście były najlepsze. Z tamtejszym wyspiarskim smakiem kojarzą mi się też figi (akurat o tej porze roku jedynie suszone), kalmary i trawarica. Wszystkiego mieliśmy okazję spróbować także podczas tego rejsu. W Czarnogórze byliśmy zbyt krótko, by w pełni zasmakować tamtejszej kuchni, jednak pamiętam, że miód kupiony w Kotorze miał nieco inny od naszych aromat, a i sery z targu były pyszne.

Wyspy Liparyjskie kojarzą mi się z małymi żółtymi owocami, w smaku zbliżonymi do połączenia śliwki i brzoskwini. Są słodkie, trzeba jednak ściągnąć z nich palcami delikatną skórkę. W środku za to mają dość duże trzy (czy zawsze trzy?) pestki.

Na Sycylii bardzo smakował mi „ryżowy” wulkan – arancini. Podaję znaleziony w sieci przepis na arancini z mięsem, choć akurat najbardziej smakowały mi te z mocarellą, pomidorami i z zielonym groszkiem. Nie zdążyłam jednak kupić deseru, który był dostępny na każdym rogu na Sycylii, a w Palermo występował też w formie setek pamiątkowych magnesów. Cannoli – zawinięty w kruche, smażone ciasto „krem” o różnych smakach.
Nadrobiłam tą stratę już na Sardynii. W trakcie zwiedzania miasta, gdy Szerszenie orzekły, że są głodne, weszliśmy do piekarnio-cukierni, gdzie akurat cannoli były dostępne. Smak rzeczywiście ciekawy. Krem jest tak naprawdę serkiem ricotta, a mój był akurat w rzadko w Polsce spotykanym pistacjowym smaku. Nie był jednak tak oryginalny jak w przypadku sardyńskiego przysmaku seadas, który rzeczywiście był inny od wszystkiego, co kiedykolwiek jadłam. Seadas do forma okrągłego pierogu z nieco twardszego ciasta, nadziewanego świeżym owczym serem pecorino, posypanego startą skórką cytrynową i po krótkim smażeniu w głębokim tłuszczu polanego miodem. To wyjątkowo dobry deser – podaję znaleziony w sieci przepis. Na pewno spróbuję zrobić seadas po powrocie.

Stwierdziliśmy, że skoro sztormowa pogoda trzyma nas w porcie, możemy sobie umilić zwiedzanie miasta i po drodze kupowaliśmy lokalne przysmaki. Obok sycylijskich cannoli poszły w ruch też niby pączki, które pamiętam z San Vito Lo Capo. W smaku są gdzieś pomiędzy naszym pączkiem a ciastem drożdżowym. Spróbowaliśmy też calzone z serem, pomidorami i kaparami. Po drodze zjedliśmy jeszcze włoskie lody. Niestety nasza ulubiona lodziarnia była zamknięta i poszliśmy zamiennie do takiej, która miała w nazwie coś z imienia Stefana. Muszę jednak przyznać, że lody tam miały się nijak do tych z naszej ulubionej lodziarni Vaniglia Pistacchio z ulicy Via Napoli 30. Wróciliśmy do niej kolejnego dnia i na szczęście była otwarta. Lody tam są wyjątkowo smaczne i z czystym sumieniem polecam to miejsce. Próbowaliśmy tych o smaku czekolady, truskawek, mango, takich o nazwie bueno, a jeszcze mam ochotę (ale dziś nie byłam wystarczająco odważna) na truskawkowe z bazylią i pieprzem i kolejne o smaku gorgonzoli z hibiskusem!
Na jachcie czekały na nas jeszcze zapiekane łódki z kruchego, wytrawnego ciasta nadziewanego słodkim serem – nazwa tego specjału uciekła mi z głowy, a nie pamiętam już, w którym artykule o nich czytałam (do odtworzenia!).

Na przedkolacyjkę na jachcie załoga zaserwowała własnoręcznie upolowane 😉 i przyrządzone przez siebie mule! Niektórzy przebąkiwali, że nie ma to jak schabowy, ale wszystkim tak naprawdę bardzo smakowały przyrządzone z dużą ilością czosnku, oliwy i pietruszki oraz z odrobiną papryczki chili.

Wieczorem zrobiliśmy jeszcze wypad do Zona Industriale na Via L. Baylle 77. Z daleka pachniało już pyszną pizzą, choć na oko miejsce jest typowym pubem. Prawdopodobnie była to już ostatnia prawdziwie włoska pizza w trakcie tej wyprawy, bo przed nami już Hiszpania. Była ona jednak w stu procentach godna ostatniego dobrego wspomnienia kuchni włoskiej:) Nie tylko pizza, ale i piwo było bardzo smaczne. Co prawda nie było to najbardziej znane sardyńskie piwo Ichnusa (szczególnie dobre jest to niefiltrowane), którego próbowaliśmy w knajpce w marinie, ale miało bardzo ciekawy, ostry aromat. Miejsce było za to wystarczająco speluniarskie jak na mój gust, bo szczególnie lubię takie niezobowiązujące i pełne lokalesów. Najczęściej nie zachwycają wyglądem, ale można w nich dobrze zjeść!

Przy okazji poszukiwania smakołyków zwiedziliśmy kawał miasta, ale o tym już jutro 🙂

Dodaj komentarz