Santa Eulalia, czyli mało imprezowa Ibiza

Stwierdzamy, że Santa Eulalia to miasto emerytów i par z dziećmi. Niby Ibiza, ale jednak mało imprezowa 😉 Może to i dobrze dla nas, bo są ciekawe place zabaw i bardzo przyjemna plaża. Woda tu ma taką temperaturę, że mogłabym się w niej moczyć bez końca! Chłopcy też z przyjemnością korzystają z plaży. Największą frajdę mają jednak z dużych fal. Wejście do wody jest płytkie. Leżą więc na brzuchu podparci jedynie rękoma, a fale wyrzucają ich na brzeg, lub siadają na skraju wody i czekają aż fala ich zaleje aż po głowę. Cały czas się uśmiecham, gdy na nich patrzę 😃
Miasto nie należy może do najpiękniejszych, ale też nie jest brzydkie. Na wybrzeżu jest dużo restauracji i w jednej z nich jemy pyszną kolację z tapasami, paelą i białym winem. Idziemy tam wieczorem i odkrywamy, jak pięknie Santa Eulalia oświetlona jest nocą. Zarówno deptak, jak i fontanny oraz restauracje mają różne światła. Nabrzeże wygląda przy nich bajkowo. Wybieramy restaurację, w której pracuje małżeństwo z Wielkiej Brytanii. Mówią, że uwielbiają Ibizę za słońce, jednak w tym roku zima i wiosna były wyjątkowo trudne, a to jest tak naprawdę pierwszy wieczór, kiedy bez dodatkowych okryć można tutaj siedzieć nocą przy stolikach na dworze. Opowiadają nam, jak miło jest pracować tylko w sezonie letnim, a w zimowe miesiące odpoczywać. To na pewno dobry układ 😃

Właściwie mogłoby tu nam się bardzo podobać, gdyby nie to, że marina jest zbyt luksusowa. To nie jest port jachtowy. Stoją tu same ogromne łodzie motorowe. Do miasta mamy dosyć daleko, ponieważ dostaliśmy miejsce do postoju łódki na samym końcu mariny. Niby wygodnie, bo przy sanitariatach, ale by dojść np. na plażę, musimy iść kawał drogi, dookoła dużego basenu portowego, choć widzimy plażę tuż naprzeciwko. Oczywiście miejsce postoju naszego jachtu wynika zapewne stąd, że głębiej w marinie mają swoje miejsca zimujące tu ogromne motorówki. Nie jesteśmy w sumie tak zupełnie osamotnieni w cumowaniu tutaj. Obok nas pierwszego dnia stoi jeszcze żaglówka pod rosyjską banderą i jeszcze jeden katamaran, ale żartujemy sobie, że postawili nas tak daleko, byśmy siary w porcie nie robili, bo pierwsze co zrobiliśmy po zacumowaniu, to wywiesiliśmy na relingach pranie. Raz, że dzień upalny i wszystko szybko przeschnie, a dwa, że po nocnym przelocie wiele ubrań jest wilgotnych. Takich rzeczy jednak nikt tutaj nie robi 😉 Tu prania na motorowej łodzi nie zobaczysz. Już mamy taki swój własny system klasyfikacji marin. Tam gdzie nie ma prania wywieszonego na jachtach, tam prawdopodobnie jest burżujsko i sztywniacko, tam gdzie widzimy pranie, prawdopodobnie spotkamy bardzo otwartych i sympatycznych ludzi. Tak naprawdę w prawdziwych portach jachtowych zawsze gdzieś ktoś suszy pranie, ale tutaj żaglówki są trzy na krzyż.

Pierwszego dnia przy powrocie z plaży stwierdzamy, że nie ma sensu obchodzić portu dookoła razem ze zmęczonymi dziećmi i wzywamy pontonowy transport. B przypływa po nas na wiosłach i ten sposób wykorzystujemy częściej, gdy chcemy iść do miasta. Kolejnego dnia płyniemy tak po zakupy i z wielkimi siatami wiosłujemy z powrotem przez kanał. Stwierdzamy, że tym sposobem dopełniamy tylko wyobrażenia o nas, jako biedakach, których nie stać na transport taksówką do miasta, a nawet na silnik zaburtowy, tylko zmuszeni jesteśmy dymać na wiosłach 😉 Żartujemy, że pewnie wszyscy z mariny teraz patrzą na nas i myślą: „Aaa, to są Ci z tej łódki z praniem na pokładzie”.

Jeszcze raz Ania z Piotrem płyną tym sposobem na poranną kawusię do miasta. Szerszenie bardzo chcą płynąć z nimi i robi się z tego prawdziwa wycieczka. Zostajemy z B na jachcie i nie możemy wyjść z podziwu, jak jest cicho bez dzieci na łódce 😉 Dostajemy tylko relację z miasta w formie filmików pokazujących, jak młodzi dobrze się bawią i dziko tańczą do Enrico 😃

Wykorzystuję czas wolny na zrobienie obiadu i nad obieranymi warzywami rozmyślam nad różnicami w zestawach włoszczyzny. We Włoszech, jak na kolebkę włoszczysny przystało 😉 nie uwidzisz pietruszki… Seler trafia się od święta jako jedna osamotniona w sklepie sztuka, a pietruszka jest jedynie w formie natki. W Hiszpanii także nie ma pietruszki, za to w zestawach włoszczyzny jest seler naciowy i brukiew. Nie widziałam tu też przypraw powszechnie używanych u nas do gotowania zupy, takich jak ziele angielskie i liście laurowe. Tych przywieźliśmy większy zapas z Polski. Liście mamy za to na gałązkach zerwanych w Kotorze prosto z drzewa. Ot, i takie to rozmyślania nad zupą 😉

Za chwilę ruszamy na Ibizę, Ibizę.
16/17/18 maja 2018

Dodaj komentarz