Recykling i kot na pokładzie Waruny

Po obudzeniu zastanawiam się, dlaczego akurat w niedzielę tak głośno słychać drogę szybkiego ruchu? I gdzie ta droga w ogóle tu jest? Przecież cumujemy w zacisznej marinie w oddaleniu od niewielkiego miasteczka. Jakim cudem do tej pory przegapiłam w okolicy autostradę? Gdy przytomnieję, zdaję sobie sprawę, że to słychać nie samochody, a fale uderzające z impetem w falochron przy porcie. Oj, jak tutaj tak to słychać, to dopiero na morzu musi się dziać!

Po porannej kawce i rogaliku w portowej knajpce ruszamy na obchód mariny. Stoi w niej wyjątkowo dużo łódek armatorskich, przyszykowanych tak, by być samowystarczalnymi pływającymi mieszkaniami. Są dobrze wyposażone, z solarami, wiatrakami, samosterami, a także takimi domowymi akcentami jak doniczki ziół i koty na pokładzie. Już na pierwszy rzut oka widać, że nie są to łódki idące na czarter. Spacerujemy i podziwiamy je.

Gdy docieramy na koniec nabrzeża fale serwują nam prysznic rozbryzgując się ponad trzymetrowym falochronem. Widząc jak wygląda wejście do portu już wiemy, że nie damy rady dziś wyjść z Roccella Ionica. Wąski i płytki przesmyk oddzielający port od morza to jedna wielka kipiel, a fale spiętrzające się na płyciźnie mają około 3 metrów. Ich grzywy załamują się z olbrzymim hukiem na nabrzeżu i przed plażą. Skojarzenie, jakie mam, widząc te fale, to obrazy z filmu o surferach.
Ich wysokość nie byłaby jednak problemem, gdyby nie wypłycenie pośrodku kanału. Nie możemy liczyć na to, że uda nam się tak wycyrklować, by na płyciznę wpłynąć na fali. Mamy za słaby silnik na takie i tak zbyt ryzykowne manewry. Do tego fale są na tyle duże, że po wyjściu z portu mogłoby nas zepchnąć na plażę, która jest tuż tuż.

Rezygnujemy z wypłynięcia, ale pomimo tego doceniamy uroki takiej pogody. Dzięki rozbryzgom fal głównie nad falochronem, ale i nad całym wybrzeżem unosi się mgła słonej wody. Mamy dziś prawdziwy nawilżać powietrza, tyle, że w ustach czuć smak soli, a ręce się od niej kleją. Ciechocinek z tężniami przy tym wysiada 😉

Pogoda może i przeszkadza w wyjściu z portu – nikt, kto tu przedwczoraj wpłynął tak jak my, jeszcze się stąd nie ruszył – ale nie przeszkadza w zabawach na plaży. Przecież zawsze jest dobry czas na budowanie zamków z piasku! Sztorm dodatkowo wzbogaca nasze zasoby materiałów budowlanych o różne gałęzie i co tu dużo kryć – śmieci. Sterty styropianu łączone patykami stają się twierdzami na skałach z fosami pełnymi wody u podnóży. Ze śmieci wyrzuconych przez morze robimy też łódki, domki, hotele z basenami i inne luksusowe gadżety 😉 To dopiero prawdziwy recykling, przerobić styropian na jacht lub hotel 😉

Gutek wraca wcześniej z B, a ja zostaję ze Stefanem i na pracach konstruktorskich schodzi nam pół dnia. W międzyczasie udaje mi się pomoczyć całe spodnie i pół gipsu w rozbijających się o brzeg falach i wbić sobie dwa jeżowce w stopę.

W czasie, gdy bawimy się śmieciami na tym skrawku piachu, na koniec falochronu przyjeżdża na rowerach para. Po urodzie widać, że to nie Włosi i powiem szczerze, że na wygląd obstawiam Polaków. Nie mam jednak pewności i nie zagaduję do nich. Bawię się ze Stefanem i nie chcę się narzucać. Gdy wracamy na łódkę okazuje się, że Ci sami ludzie stoją na pomoście przed Desideratą i rozmawiają z naszą załogą. Zobaczyli Polską flagę na jachcie i przyszli się przywitać. Zapraszamy ich do kokpitu do nas na łódkę, a wieczorem idziemy na proszone odwiedziny do nich na Warunę. Już wcześniej ich jacht zwrócił moją uwagę podczas porannego spaceru. Teraz okazuje się, że tę 12 metrową stalową łódkę wybudował sam jej właściciel w ciągu siedmiu lat. Podziwiamy jego dzieło i samozaparcie.

Wieczór spędzamy z Bożeną i Wojtkiem, właścicielami Waruny. Cudowny wieczór przy cytrynówce z mnóstwem żeglarskich opowieści i z kotem Kićką na pokładzie. Część z historii dotyczy właśnie jej – jak to wskoczyła do morze w trakcie polowania na ptaka, jak po ciężkiej walce w sztormie stwierdziła, że wypisuje się z rejsu i zaczęła wpław płynąć w stronę lądu, o tym, że jej ulubionym drapakiem jest talia grota. Kot nic nie robi sobie z obgadywania go i przechadza się władczym krokiem po łódce. Widać, że to jest jego dom. Nawet ma drapak zamontowany pod pokładem i doniczkę z owsem do pogrywania na pokładzie. Prawdziwy z tej Kićki wilk morski 🙂

2 replys to Recykling i kot na pokładzie Waruny

Dodaj komentarz