Prawdziwa niedziela – Formentera

Zrobiliśmy takie przygotowanie do wypłynięcia, jakbyśmy mieli conajmniej trzy dni być w morzu. Tak naprawdę wypłyniemy na wieczór, a rano będziemy już na lądzie. To nie to, co nasze wcześniejsze kilkudniowe przeloty. Jeszcze nie wiemy, czy popłyniemy dalej do Alicante, czy zatrzymamy się gdzieś wcześniej. Wyjdzie w praniu w trakcie płynięcia, dlatego warto być jednak przygotowanym na spędzenie dłuższego czasu w morzu.

Z zakupów i przygotowań do nocnego przelotu zrobiło nam się prawdziwe świętowanie niedzieli w małym miasteczku, które jest jednym wielkim skupiskiem knajpek i wypożyczalni skuterów znajdujących się przy głównej drodze idącej pomiędzy plażami. Jesteśmy w Perto de la Savina. Odnosimy zakupy na jacht i wracamy tylko po to, by kupić Szerszeniom lody. Później stwierdzamy, że jest taki upał, że lampka białego wina z wodą dobrze nam zrobi. Zatrzymujemy się w małej restauracyjce prowadzonej przez dwóch Włochów. Jeden robi wrażenie swoim stylem. Na piersiach ma kryzę z tatuaży, koszulkę z na tyle dużym dekoltem, by odsłaniała malunki na skórze. Dłuższe włosy, zarost, okulary i kapelusz tylko dopełniają całości. Ma tak fajny swobodny sposób bycia, że jest to tylko potwierdzeniem jego włoskiego pochodzenia 😃
Na winie nie kończymy. Na stół wjeżdżają kalmary, gazpacho, kanapki z kiełbasą znaną tylko na Balearach, lasagna i nieśmiertelne frytki dla Szerszeni. Nie ma to jak zdrowa dieta przy niedzieli, ale co tam. Na co dzień gotujemy zdrowo na jachcie, to raz dzieci też mogą mieć święto 😃
Miły Włoch ujęty tym, że Piotr rozmawia z nim w jego ojczystym języku, serwuje nam na zakończenie kolacji likier z mango!, który choć powala swoją słodkością jest wyjątkowo smaczny.

Zbieramy się z wypłynięciem jak sójki za morze. Jeszcze rodzinnie z B i chłopcami idziemy pod prysznic. Pakujemy się razem do damskiej łazienki, bo kobiety w marinach są przed sezonem w mniejszości i jest większa szansa, że nikt nam tu nie będzie przeszkadzał. Jest wesoło! Ganiamy z dziećmi po całej łazience. Śmiejemy się z odgłosów wydawanych przez prysznic. Ogranicza nas jedynie czas zakodowany na karcie do prysznica. Szerszenie zrobiły na Pani w marinie tak miłe wrażenie, że nie dość, że bez problemu zgodziła się, byśmy stanęli tu tylko na 4 godziny (przypłynęliśmy tu po śniadaniu, chcieliśmy tylko zatankować paliwo i wodę, zrobić zakupy i ruszyć w morze, a zrobił się z tego cały dzień stania w porcie), to jeszcze bez dodatkowych opłat dała nam karty pod prysznic.
Czyści, najedzeni i zadowoleni w końcu ruszamy.

W nocy na swojej wachcie mam taki ruch statków, że dobre dwie godziny spędzam z lornetką przyrośniętą do oczu i ze Zbyszkiem nie rozmawiamy o niczym innym, jak o mijanych jednostkach i o tym, jak mamy zmienić kurs, by przejść koło nich w bezpiecznej odległości. W większości mijamy duże cargo i tankowce, ponieważ płyniemy wzdłóż drogi morskiej tych kolosów i w końcu musimy gdzieś ją przeciąć. Raz jeszcze trafiamy na łowisko, przy którym krążą statki rybackie. Na AISie jest ich 8, ale na morzu widzimy znacznie więcej świateł. Kręcą się tam w kółko i są tematem na rozmowy przez godzinę, zanim ich nie zostawiamy za sobą. Te mijanki wymagają wielokrotnie zmian kursu i gdy B wchodzi o 4 rano na swoją wachtę o mało nie daje mi zrypki za to, że tak mocno zeszliśmy z kursu. Na moje oko wcale nie tak bardzo, jeśli zdecydujemy się płynąć do Alicante, co było jedną z opcji. Wydaje się to też najlepszą decyzją, ponieważ bylibyśmy tam o takiej godzinie, gdy już dzieci będą na nogach. Jeśli wejdziemy do wcześniejszego portu, to manewry w marinie na pewno postawią Szerszenie na nogi przed czasem. Później śmiejemy się, że to przeze mnie płyniemy ostatecznie do Alicante, ale tak to jest, jak człowiek chce dać się wyspać kapitanowi w nocy, a później się okazuje, że dostaje za to po głowie 😉

Tej nocy było jeszcze więcej świateł budzących nasze zainteresowanie i to nie tylko na wodzie. Nad nami gwiazd dużo, ale nie tak dużo, jak to czasem bywało. Niektóre noce zaskakiwały nas prawdziwą „wysypką” nad naszymi głowami. Dziś niebo jest w połowie zasnute chmurami, światła statków na wodzie i kilku latarni na lądzie przyćmiewają światła na niebie, a jednak to tej nocy widzę najwięcej spadających gwiazd! Powoli zaczyna brakować mi życzeń 😉 Gdzieś za to zawieruszyły się delfiny. Nie odwiedzały nas już od dawna…

Pożegnaliśmy gorące Baleary, które nieźle przysmażyły nam dupska. Niestety coraz więcej miejsc za nami, a coraz mniej przed nami. W najbliższych dniach będziemy płynąć wzdłuż hiszpańskiego wybrzeża. Co nam zaoferuje, czym zaskoczy? Zobaczymy.
Apetyt rośnie w miarę jedzenia i już snujemy plany na kolejne wyprawy. Oby tylko życzenia wypowiadane dziś w nocy się spełniły! 🙂

Dodaj komentarz