Ponarzekajmy

Pogoda taka, że można trochę ponarzekać, opowiem więc o niewygodach życia na łódce, pomimo całej jego cudowności 🙂

Wilgoć – wydaje Ci się, że sięgasz po czyste ubranie z szafki, a ono jest wilgotne i zatęchłe. Mamy ten komfort płynięcia łódką z ogrzewaniem tzw. Webasto, które teraz tak naprawę jest standardem. Powoli odchodzą w zapomnienie czasy przeciekających i rzeczywiście zawilgoconych jachtów. Dzięki Webasto wszystko niby można szybko wysuszyć, ale wszechobecna wilgoć i tak wdziera się do wnętrza i wszystkich zakamarków.

Pranie – na rejsie z dziećmi ilość prania jest ogromna, a tu nie jest już tak łatwo jak w domu. Nagle docenia się pralkę, gdy spędzi się odpowiednią ilość czasu piorąc ręcznie stertę brudnych ubrań. Jednym z bardziej przyswojonych włoskich słów jest u mnie lavanderia – pralnia 😉 Korzystam z takich samoobsługowych czasem spotykanych w portach i są one dla mnie dużym udogodnieniem, ale przecież nie codziennie jesteśmy w marinie, a nie w każdej marinie jest pralnia. Suszarka też nie zawsze da radę wysuszyć taką ilość prania w krótkim czasie, więc pozostaje mi wówczas uczynić z naszego jachtu prawdziwie polską łódkę i obwiesić ją praniem 😉

Gotowanie – z tym wiąże się kilka irytujących kwestii. W trakcie płynięcia, na falach, najprostsze czynności stają się nagle trudne do wykonania. Już po raz któryś przekonuję się o wyższości noży z zaokrąglonym czubkiem, bo przy średniej koordynacji ruchów na rozkołysanym jachcie, te z czubkiem bardzo łatwo wbić sobie w rękę przy zwykłym krojeniu chleba. Gotowanie w przechyłach to prawdziwa sztuka, gdy woda ucieka z garnka nawet na obrotowej kuchence. Nie wiadomo czasem, czy lepiej trzymać siebie, czy jeszcze uciekający garnek, a wszystkie przydasie, które normalnie w czasie gotowania masz pod ręką, tutaj musisz pochować po jaskółkach, bo inaczej chwila moment lądują na podłodze i zjeżdżają pod przeciwległą ścianę. I ostatnia rzecz, irytująca akurat na tym konkretnym jachcie – lodówka. Jest dla mnie prawdziwym sprawdzianem cierpliwości! Na większości jachtów, na jakich byłam, lodówki miały boczne drzwiczki jak w standardowych lodówkach i czasem tylko zamrażarka była otwierana z góry. Tu do lodówki można się dostać jedynie z góry. To jest niby bardziej ekonomiczne, ale jakże niewygodne rozwiązanie! Jej drzwiczki są umiejscowione w blacie, więc kiedy chcesz coś z niej sięgnąć, musisz większość rzeczy stojących na blacie przestawić w inne miejsce. I tak w kółko – kroisz, przekładasz, otwierasz lodówką, przekładasz z powrotem… Dla mnie to bardzo niepraktyczne rozwiązanie i powód moich codziennych frustracji 😃

Praca zdalna i problemy z internetem – to temat rzeka, szczególnie we Włoszech. W Chorwacji nie było z tym najmniejszego problemu. Kartę sim do modemu i dowolny pakiet danych można było kupić w byle kiosku. W marinach internet działał. We Włoszech za to jest z tym problem i nagle praca zdalna możliwa jest tylko po stoczeniu kilku bitew o dostęp do internetu. Z kupnem karty problem, z doładowaniem jej jeszcze większy. Przebicie się przez włoskie strony operatorów to zajęcie dla masochistów, a w infolinii pani słodkim głosem stwierdza, że możemy mówić jedynie po włosku. W marinach, a jakże, internet jest. Dostajesz dane do logowania, hasło, już jesteś w ogródku, już witasz się z gąską… iiii co? Internet nie działa… Nie sposób się nawet zalogować do sieci. Jesteśmy w stolicy Sardynii i jest z tym dramat! Gdyby chodziło o wakacyjne oglądanie głupich filmików na YouTube, to można temat olać i odpocząć od sieci, ale gdy chodzi o pracę, to niemożność przeskoczenia tego tematu po prostu dobija i niepotrzebnie zabiera cenny czas. Kończy się na tym, że istotnym zadaniem pracującego żeglarza staje się poszukiwanie w porcie dobrego wi-fi lub miejsca sprzedającego doładowania.

Jak już wcześniej pisałam na naszym konkretnym rejsie trafiły się dwa gipsy, trzy ospy, jeden zepsuty komputer, który umarł w butach, drugi, który nie czyta kart pamięci, więc nie można zgrywać zdjęć i filmów, jeden nie dający się uruchomić backup’owy dysk (nówka sztuka wodoodporna, by TA wilgoć na jachcie go nie dopadła) i GPS w chartploterze, który wyłącza nam się przy każdym dłuższym przelocie lub w najmniej odpowiednich momentach. Teraz powoli do listy można dopisać nasz aparat, który działa jak chce, a właściwie nie chce. Dobrze, że załoga działa i ma się coraz lepiej po wszystkich przejściach zdrowotnych. Ospę pożegnaliśmy i o gipsach też już powoli zapominamy.

Pewnie można by jeszcze wspomnieć, że za dużo prywatności na jachcie nie grozi, ale to mi akurat najmniej przeszkadza. Zajmujemy z dziećmi kajutę dziobową. Jest obszerna i ma swoją łazienkę, więc wygód nam nie brakuje. Jedynie czasem z B nie możemy sobie porozmawiać o tym, czego np. załoga nie chciałaby słuchać, a i nie są to tematy do obgadania przy dzieciach. Wychodzi więc na to, że o naszych prywatnych sprawach rozmawiamy najczęściej tak raz na tydzień, gdy uda nam się wyskoczyć samym gdzieś na chwilę.

Żeby nie było, pozytywów życia na jachcie też nie brakuje. Właściwie nie miałabym nic przeciwko, by spędzać tak czas na co dzień, co więcej, nawet chciałabym całe życie spędzić w ten sposób. Jednym z największych plusów życia na jachcie jest wolność. Codziennie możesz sprawdzić pogodę, spojrzeć na mapę i stwierdzić, gdzie chcesz popłynąć i jakie nowe miejsce zobaczyć. Jeśli pogoda Ci na to pozwoli, to po prostu robisz to. Do dyspozycji masz nie tylko miasta i wsie, ale także urocze, puste zatoczki, w których rzucasz kotwicę. Na ląd można się wtedy dostać pontonem, nikt nie zakłóca Ci spokoju, nie zasłania widoku. Możesz łowić ryby, wskoczyć prosto z jachtu do wody i to jest to, co naprawdę lubię!

Z innych, bardziej przyziemnych plusów życia na jachcie jest o dziwo mała przestrzeń. Dziś np. mówię do Szerszeni, że na swojej półce z zabawkami mają już taki bałagan, że musimy w końcu posprzątać. I co? Zajęło nam to pięć minut! To duża różnica w porównaniu do sprzątania ich ogromnego pokoju w Poznaniu. Powierzchnia podłogi na naszym jachcie jest pewnie mniejsza niż w pokoju chłopców w domu. Tak, duże mieszkanie też ma swoje minusy.

Czymś nieoczywistym, co bardzo lubię na jachcie, to mały prysznic w kibelkowej kabinie. Oczywiście nic nie zastąpi rzucenia się z jachtu do wody, ale gdy chcesz się umyć w słodkiej wodzie i nie chce Ci się drałować pod prysznic do mariny, zawsze możesz skorzystać z pokładowego prysznica. Akurat w kibelku przy naszej kajucie rozkłada się taka specjalna klapa, na której możesz wygodnie przysiąść i skorzystać z prysznica na siedząco. Podobno Japończycy praktykują tylko taką formę prysznicowania 🙂 Pomieszczenie jest tak małe, że nagrzewa się w minutę. Nie brakuje ciepłej wody, co w marinach nie jest takie oczywiste i spod prysznica możesz wskoczyć prosto do łóżka! Uwielbiam to i bardzo mnie to relaksuje 🙂

Wcale się nie dziwię ludziom, którzy chcą tak spędzać życie. Ja też bym tak mogła. Do tej pory byłam ciągiem jedynie dwa tygodnie w morzu, raz nawet dwa tygodnie ciągiem bez schodzenia na ląd, a teraz, po ponad miesiącu na wodzie mam już wyrobioną opinię. Ciekawe, co by Szerszenie powiedziały na takie spędzanie czasu przez rok, trzy, pięć? W tej chwili są tak oswojeni z łódką, że traktują ją jak dom. Czują się tu bezpiecznie i czasem Gutek nas rozczula, gdy mówi: Ja już chcę wracać na naszą łódeczkę! 😃

Spędziliśmy dziś miły dzień w Cagliari pomimo kiepskiej pogody. Przeczekujemy tu sztorm, a miasto daje wiele możliwości spędzenia czasu poza łódką, z czego dziś skorzystaliśmy. Spacer w części w deszczu, ale od czego są sztormiaki? 😃 Zwiedziliśmy kawał miasta i nawet zjedliśmy lody w deszczu, ale o tym już jutro 🙂

Dodaj komentarz