Pogoda zmienną jest

Rano słońce i kąpiele w lazurowej wodzie, a popołudniu deszcz i słyszane z oddali grzmoty. Tak nam się zmieniła pogoda w ciągu jednego dnia.
Śniadanie zjedliśmy jeszcze na pokładzie w pełnym słońcu. Gdy wypływaliśmy, zażyczyłam sobie, byśmy przepłynęli bliżej knajpki z tarasami, która była u wyjścia z zatoki tuż koło nas i w której wczoraj wieczorem rozpoznaliśmy restaurację z filmu Wielki Błękit. Cały czas mieliśmy ją pod nosem, a szukaliśmy jej gdzieś daleko. Poprzedniego dnia kilka razy odtworzyliśmy tę konkretną scenę i nagle zdaliśmy sobie sprawę, że kotwiczymy dokładnie w zatoce, gdzie nagrywany był Wielki Błękit! To naprawdę cudowne, że miałam okazję zobaczyć na żywo miejsca z jednego z moich ulubionych filmów. Kąpałam się w zatoce u stóp wzgórza, na którym stoi hotel, do którego Enzo i Jaque przyjechali na zawody w nurkowaniu. Zaraz obok łódki mieliśmy tarasy knajpki, w której rozgrywa się świetna scena ze spaggetti del mare. Naprawdę rozmoczenie gipsu i pływanie akurat w tej zatoce, która kojarzy mi się z wodą i nurkowaniem bezdechowym, było wyjątkowym doznaniem!

Przez większość dnia wiatr mieliśmy od rufy, więc rozstawiliśmy żagle na motyla i dzięki temu mieliśmy odpowiednią scenerię do zdjęć 🙂
Z lewej burty widzieliśmy przepiękne zbocza gór Sycylii. Żałowaliśmy jedynie, że dziś powietrze nie miało takiej przejrzystości jak wczoraj, bo widoki byłyby jeszcze piękniejsze. Po jakimś czasie ląd pokazał się też z prawej strony. Jesteśmy coraz bliżej Mesyny. Tuż przed nią deszcz i grzmoty, jakby na potwierdzenie: „Uważaj! Dopływasz do wyjątkowego miejsca”. Spotyka się tu wiry wodne mogące być niebezpiecznymi dla małych jachtów i rzeczywiście tuż przed portem widzimy dwie kipiele wodne spowodowane prądami wodnymi oraz różnicą temperatur i zasolenia w Morzu Jońskim i Tyreńskim. Przy wejściu do portu spory ruch. Może nie tak duży jak w Brindisi, ale i tak w kółko mijają nas szybkie małe promy i majestatycznie poruszające się wielkie pasażerskie kolosy.

Gdy po cumowaniu longside w marinie chcemy już odetchnąć, okazuje się, że zafalowanie od przepływających statków jest tak duże, że jacht ani przez chwilę nie stoi spokojnie przy kei. Rzuca nim tak, jakbyśmy nadal byli na morzu, a zejście z niego na ląd bywa mocno utrudnione.
Staramy się ustabilizować łódkę metodą prób i błędów w tych dziwnych jak na marinę warunkach. Na zmianę luzujemy i wybieramy cumy i szpringi. Zadowoleni z ostatecznego efektu udajemy się w końcu do miasta.

Pierwszy zachwyt Mesyną wynika ze skojarzeń z Barceloną i z niesamowitych drzew fikusów-figowców rosnących w parku przy nabrzeżu. Chłopcy wspinają się na nie i czepiają lian. Pośród tych gigantycznych drzew jest plac zabaw, a właściwie cały park rozrywki z kulkami, kolejką i maszynami na żetony. Młodzi spędzają tam wieczór, a my się śmiejemy, że na tym skończyło się nasze zwiedzanie 🙂
Gdy w końcu zagłębiamy się w uliczki Mesyny, kierując się w stronę Duomo di Messina, katedry górującej nad dachami domów, skojarzenie z Barceloną mija na rzecz innego, stety/niestety bardziej swojskiego. Nie ma tu tych knajpek i życia nocnego jak w Barcelonie, choć architektura i ruch uliczny pierwotnie budziły właśnie takie skojarzenia. Teraz zapach spalin i kup na ulicy bardziej przypomina mi Poznań. Aż tęskno mi się robi do tej ciszy i spokoju ostatnich wysp i miasteczek pachnących ziołami, kwiatami i domowym obiadem lub kawą.

Cały czas kierujemy się do katedry, którą widzimy co jakiś czas pomiędzy budynkami, ale tylko ją okrążamy, nie mogąc do niej dojść. W końcu idąc na skróty musimy uważać na samochody i jednoślady, pędzące po ulicach. Mamy wrażenie, że piesi nie mają tu żadnych praw. Nawet na przejściu dla pieszych nikt nas nie chce przepuścić. Także na zielonym świetle musimy uważać, by żaden kierowca nie zajechał nam drogi. Nie wspominając już o ciasnych uliczkach, w których mijanie z samochodem kończy się naszym „przyklejeniem” do ściany. Cykliści za to jeżdżą bardzo dynamicznie, często, co w sumie dla Włochów charakterystyczne, z papierosem w zębach. Ruch uliczny jest tu naprawdę duży! W sumie jestem nim zmęczona i Mesyna powoli traci dla mnie urok. Zyskuje go z powrotem dzięki widokowi z góry, gdy w końcu docieramy do tarasu widokowego w okolicach Katedry. Jest już ciemno, ale widok świateł miasta, portu w dole i Włoch po drugiej stronie cieśniny robi wrażenie! Przy katedrze uwagę zwraca ciekawy budynek dzwonnicy. Podobno mieści się tu jeden z największych mechanizmów zegarowych na świecie. Nie mamy jednak szczęścia być tu w południe, gdy jest największe show. Raz dziennie mechanizm zegarowy zostaje uruchomiony i widzowie mogą obejrzeć ruchome figury wielkości nawet czterech metrów, które przedstawiają zdarzenia z historii miasta, a także sceny biblijne.

W drodze powrotnej pożywiamy się jeszcze słodkimi bułkami. Typowo włoskie słodycze. Niby smaczne, ale mają się nijak do polskich drożdżówek. Zawsze mam wrażenie, że są trochę sztuczne w swej słodkości, takie plastikowe. Za to lokalny Sycylijski przysmak arancino – ryżowe kulki w panierce z farszem z sosu pomidorowego, mięsa, mozzarelli i groszku chwytają nas za serca i żołądki 😉
Wieczorem mam zamiar zrobić jeszcze tyle rzeczy, a zasypiam razem z chłopcami, choć fakt i oni nie kładą się zbyt wcześnie po naszej wycieczce do miasta. Mają za to plan, by wstać skoro świt i jeszcze przed wypłynięciem zdążyć na ten duży plac zabaw przy marinie 🙂

Dodaj komentarz