Pierwszy dzień wiosny!

Wydawałoby się, że to dobra okazja do świętowania, ale pierwszy toast wznosimy za 1000 przepłyniętych mil 🙂

Nie wyspałam się dziś zupełnie. Najpierw w nocy wybiegłam na pokład, by sprawdzić, co się stało, że Bolek odpalił silnik i zapytać, czy w czymś mu nie pomóc. Z racji tego, że nie mogłam zasnąć, włączyłam sobie audiobooka, tyle że nie ustawiłam drzemki i jak to pozostali członkowie załogi stwierdzili, coś mi gadało przez całą noc z kajucie.

Może dlatego się nie wyspałam. Czuję się zmęczona i połamana. Tak długo nie wychodzę z kajuty na wachtę, że nawet Ania zagląda do mnie, myśląc, że jeszcze się nie obidziłam. Pierwszą moją aktywnością na wachcie staje się więc ćwiczenie i rozciąganie. Pogoda tylko temu sprzyja, ponieważ ocean jest tylko delikatnie zafalowany, słońce świeci i jest ciepło. Można praktykować gimnastykę na deku pod żaglami!

Pogoda ładna, to i żarty się załogi trzymają! Nastroje dopisują, jedzenia nie brakuje, wiatr w żagle wieje, ale jak to Bolek mówi, najpierw obowiązki, później przyjemności. Robię dziś samodzielnie południowy namiar na słońce i później jeszcze jeden, by nauczyć się samodzielnie wyznaczać naszą pozycję, a nie tylko szerokość geograficzną dzięki astronawigacji. Zliczenia są dziś naprawdę trudne. Bolek wszystko mi tłumaczy i naprawdę dzięki jego wyjaśnieniom staje się to proste, ale i ciekawe. Pomimo tego dzisiejsza lekcja jest wyjątkowo trudna. O dziwo, po moim porannym zmęczeniu nie ma śladu właśnie dzięki obliczeniom, przy których musiałam się rozbudzić.

Minusem naszych astro-lekcji jest to, że przegapiamy tankowiec, który niespodziewanie pojawia nam się z prawej burty. Wiecie, tu naprawdę jest pusto. Na horyzoncie czasem nic nie widać przez kilka dni. Jednostki, które widać na AIS czasem są tak daleko, że nie widzimy ich na własne oczy, a tu wielki tankowiec płynie w naszej bliskiej odległości, a mu go dostrzegamy dopiero wtedy, gdy go mamy prawie na wyciągnięcie ręki… Duża skucha. Dobrze chociaż, że on nas widział. Mam takie małe podejrzenie, że z naszego powodu zmienił kurs, bo gdy nas minął, odkręcił teochę bardziej w prawo. Bolek kontaktuje się z nimi, ale nie w tej sprawie. Pyta, czy widzą nas na AIS. Niestety nie. Mieliśmy podejrzenia po wiadomości od Bartka, że nasz transponder AIS nie działa, a napotkany pośrodku oceanu tankowiec tylko potwierdził te przypuszczenia. My widzimy na AIS inne jednostki. One nas niestety nie widzą do czasu naocznego kontaktu. Ale nie jest to aż taki duży problem, by należało się nim przejmować. I tak tego teraz nie naprawimy.

Dziś w jesteśmy w wyjątkowo wiosennych nastrojach. Po raz pierwszy włączamy muzykę na pokładzie dzięki separowaniu mojego telefonu z systemem nagłośnienia na pokładzie, robimy bezalkoholowe drinki, które drinki tylko udają, bo mają w sobie jedynie sok pomarańczowy, za to przyozdobiony plasterkami ostatniej zielonej pomarańczy i „przechodnią” parasolką. Z tak pięknie podanymi napojami siadamy na deku ubrani w odświętne jak na nasze możliwości stroje i robimy sobie sesję w stylu lansujemy się na ekskluzywnym jachcie  🙂 Śmiechom nie ma końca, szczególnie wtedy, gdy jedna przechodnie parasolka ląduje w kolejnych niby drinkach jako niezbędny rekwizyt do zdjęć lub gdy Bolek poproszony o sfilmowanie naszych działań musi podzielić uwagę między pracę operatora kamery a pilnowaniem niby-drinków na rozkołysanymi pokładzie i by sobie pomóc, kieliszki przytrzymuj stopami.

Spędzamy już czas razem na górze w sterówce aż do zachodu słońca, rozmawiając, popijając sok pomarańczowy i witając pierwszy dzień wiosny w zimowych czapkach, bo przecież na pokładzie zawsze wieje 🙂

Wieczorem rozmowy cichną. Ania mi jeszcze towarzyszy chwilę na nocnej wachcie. Siedzimy na górze w sterówce, rozmawiamy lub słuchamy muzyki i patrzymy w horyzont.
Księżyc bardzo jasno świeci. Czuję się prawie, jakbym siedziała w sterówce za dnia na słońcu. Dziś chyba jest pełnia.

Dodaj komentarz