Pierwszomajowe Święto Sant’Efisio

Nie wyobrażam sobie, że dałabym radę czasowo, z Szerszeniami u boku, przygotować się na zwiedzanie każdego z zaplanowanych miejsc, tym bardziej, że nasze plany, także ze względu na pogodę, ulegają zmianom. Mam za to dużą przyjemność w czytaniu na bieżąco o miejscach, w których jesteśmy. Miłą niespodzianką okazała się informacja wyczytana wczoraj, że 1 maja w Cagliari rozpoczyna się festiwal świętego Efizjusza, jednego z patronów Cagliari, akurat wtedy, gdy jesteśmy na miejscu, zmuszeni przez sztorm do postoju. Skorzystamy dzięki temu z regionalnych świątecznych atrakcji 🙂 Wyjaśniła się też tym sposobem zagadka targu z lokalnymi produktami ulokowanego przy marinie, zaraz na wprost naszego pomostu oraz trybun w różnych miejscach miasta.

Koło godziny 11 z kościoła pod wezwaniem świętego Efizjusza ma ruszyć procesja i przejść najpierw wąskimi uliczkami starego miasta, a później w okolicach portu. Mam zamiar dotrzeć na czas. Co jednak począć z załogą, która wyraźnie się nie spieszy? Szykuję siebie, śniadanie, ubieram dzieci. Załoga ma czas na ubranie się, umycie i wciągające rozmowy, a czas leci. Tak bardzo chciałabym zdążyć, a czas dojścia z Szerszeniami będzie przecież dłuższy, niż gdyby maszerowali sami dorośli. Boję się, że procesja dosłownie przejdzie nam przed nosem i będziemy mieli z głowy atrakcję dnia. Wtedy jeszcze nie wiem, że procesja potrwa długo i że zdążę się jeszcze na wszystko napatrzeć, ale fakt jest taki, że docieramy na koniec parady wozów, najbardziej atrakcyjnych dla dzieci, bo ciągniętych przez ogromne woły z bogato przyozdobionymi rogi. Same wozy to gospodarstwa w miniaturze. Przypominają bardziej cygański tabor. Kolorowe, pod sklepieniami pełne kwiatów, wstążek, tkanych makatek, haftowanych obrusów i szydełkowych serwet – eksponujące kobiecy pierwiastek w domowym obejściu. Z tyłu mają przytroczone łyżki, deski do krojenia, noże, piły, a nawet całe zestawy narzędzi. Pomiędzy nimi, gdzie się dało, są ułożone przeróżne owoce i warzywa w pęczkach. Są rzodkiewki, marchew, pory, cytryny, pomarańcze, ale także kiełbasy, słonina i sery. Pomiędzy nimi zdobione drobnymi rysunkami tykwy i kosze plecione, co ciekawe, z gałązek z listkami. Taki wóz przypomina właściwie koszyk wielkanocny wypełniony jedzeniem i strojnie przyozdobiony. Łuki bud z przodu i z tyłu obwieszone są świętymi obrazkami. Na koźle siedzą świątecznie odziani woźnicy, często razem młodzi obok starszych. Pod daszkiem kobiety ubrane w kolorowe stroje. Największe wrażenie robią jednak te spokojne, ogromne zwierzęta. W kłębie sięgają B do czubka nosa, a ogromnymi rogami ponad głowę. Noszą kolorowe wstążki, chorągiewki i coś na kształt kolorowych wielkanocnych palm na rogach. Jest dziś chłodno, więc z pysków wydmuchują kłęby pary. Wyglądają dostojnie i są niewzruszone. Spokojnie ciągną wóz, spokojnie reagują na tłumy turystów. Przejeżdżające obok nich motocykle i samochody ciężarowe nie robią na nich wrażenia, ale jednocześnie wcale nie są osowiałe. Gdy podchodzimy bliżej, by je pogłaskać, widać zainteresowanie w ich bystrych oczach. Chyba są po prostu świadome swojej ważnej roli w tym pochodzie i starają się jej sprostać.

Za wozami rusza parada przedstawicieli różnych regionów Sardynii. Jest ich tyle, że wydaje się, jakby każda wioska wystawiła swoje przynajmniej dwu- lub czteroosobowe przedstawicielstwo. Każdy region ma odrobinę inne stroje damskie i męskie. Mają one jednak cechy wspólne. U mężczyzn dużo jest czerni, nakrycia głowy w większości właśnie w tym kolorze przypominają smerfowe czapy lun szlafmyce. Czasem opadają ono luźno na plecy, czasem są zmyślnie zawinięte do góry. Zastanawiamy się, czy sposób ich noszenia jest wyrazem stanu kawalerskiego, ale nie znajdujemy takiej reguły w pochodzie sądząc jedynie po wieku uczestników. Później doczytuję, że Sardyńczycy sygnalizują swoje nastroje w sposób niewerbalny, np. właśnie w sposób nasadzenia czapki na głowę. U kobiet powtarzają się plisowane bardzo drobno spódnice, białe koszule zdobione koronkami i kolorowe pasy lub gorsety podkreślające biust. Mają różne kształty, ale za każdym razem doskonale podkreślają kobiece wdzięki. Charakterystyczne są też nakrycia głowy, głównie pięknie zdobione chusty, które albo z głowy luźno opadają na plecy albo sterczą na wysoko upiętych włosach. Część z nich jest misternie upięta pod szyją, ale wydaje się to niewygodnym rozwiązaniem. Zakładam, że to tyko element świątecznego stroju i że codzienne nakrycia głowy były prostsze i wygodniejsze. Widać różnicę pomiędzy tym, co noszą na głowie młode dziewczyny – panny, a tym co mężatki. Niektóre regiony w strojach kobiecych prezentują też ciekawą biżuterię. Najbardziej interesujące są srebrne kule doszyte na przedramionach do rękawów. Pochód jest kolorowy, ale w strojach dużo jest kolorów ziemi. Powtarzają się czerń, brązy i ciemne zielenie z kolorowymi lub złotymi zdobieniami, często widać też fiolety, choć zdarzają się również jaskrawe pomarańcze i czerwienie. Kolor niebieski pojawia się dopiero przed dostojnikami idącymi przed figurą świętego.

Pomiędzy dorosłymi maszerują dzieci. Te młodsze są często niesione na rękach. Wszystkie są ubrane równie odświętnie jak dorośli i mają na sobie stroje zgodne ze zwyczajem z miejsca ich zamieszkania. Jest też dużo młodzieży. Praktycznie wszyscy idą dumni, wyprostowani. Widać, że udział w takim pochodzie to dla nich wyróżnienie, a publiczność żywo reaguje na przemarsze przedstawicieli kolejnych regionów. Szczególnie doceniani są grajkowie z charakterystycznymi na Sardynii instrumentami Launedda – połączonymi trzema fletami z bambusa, które wydają dźwięki podobne do szkockich dud. Wygrywana przez nich powtarzalna melodia jest bardzo ładna i podkreśla wagę chwili. Na zakończenie korowodu wjeżdżają jeźdźcy. Chłopcy, znudzeni już trochę przemarszem pieszych, czekali na nich z utęsknieniem. Spodziewałam się, że zobaczę samych mężczyzn na koniach. Sądziłam, że w kulturze macho panowanie nad dużym zwierzęciem będzie uznawane za typowo męskie zajęcie. Jednak wśród jeźdźców pełno jest kobiet. Wszystkie są bardzo strojnie odziane. Jedne w damskim siodle, inne w tradycyjnym. Swoje plisowane spódnice mają zarzucone na zad zwierzęcia. Wiele koni jest energicznych, a nawet porywistych, ale widać, że jeźdźcy wprawieni są w ich prowadzeniu, że nie od święta siedzą tylko w siodle. Konie idą czwórkami tak ciasno obok siebie, że siedzący w siodłach stykają się łydkami. Wszystkie konie mają przyozdobione ogłowia albo kwiatami z bibuły albo wstążkami. Część z nich nosi też brzęczące głośno janczary.

Procesja trwa już trzy godziny, a to jeszcze nie koniec! Teraz rozpoczyna się przygotowanie drogi na przejście świętej figury i relikwii św. Efizjusza. Kobiety rozsypują na ulicy płatki kwiatów. Zapasów dostarczają im biegający na boso po płatkach mężczyźni, którzy donoszą kolejne kosze wypełnione kwiatami. Dla uciechy publiczności część płatków rzucana jest też w stronę widowni. Prosto w nas zamiast płatków trafia cała czerwona róża.

Gdy już całą długość i szerokość drogi pokrywają płatki róż przejeżdzają po nich konno urzędnicy i mer miasta. Widać, że to mniej wprawieni jeźdźcy, bo u ich boku idą stajenni. Za nimi ruszają dostojnicy kościelni. Tuż przed samą figurą świętego w pochodzie pojawia się nowy kolor ubrań – niebieski. Figura świętego Efezjusza i jego relikwie skryte są w złotej karocy ciągniętej przez dwa ogromne i świątecznie przystrojone woły. Idą tak dostojnie i w takim równym rytmie, że figura z daleka wygląda jakby się z lewa na prawą kołysała na falach. Gdy procesja ze świętym dochodzi do ratusza i jest tuż przed nami, dla uczczenia chwili, dwa ogromne promy pasażerskie, które dziś rano przywiozły tłumy turystów wprost na procesję, teraz uruchamiają syreny okrętowe. Nastrój jest tak podniosły, że nie dziwię się, że wszyscy ludzie żegnają się przed figurą. Sardyńczycy naprawdę znają się na świętowaniu! Takiej procesji nie widziałam nigdy w życiu. Z jednej strony nastrój jest podniosły, z drugiej widać, że ludzie autentycznie się cieszą i z udziału w pochodzie i z obserwowania go. Dwa razy podczas przemarszu jestem bliska wzruszenia, a właściwie, co tu kryć, wzruszam się. Raz właśnie wtedy, gdy ogromne statki wygrywają swoją melodię na syrenach okrętowych. Drugi taki moment jest podczas przejazdu konnych. To wtedy wśród jeźdźców widzę jadącą osobno przed czwórką mężczyzn pięknie ubraną, młodą kobietę. Siedzi prosto na koniu, jest dumna, ale się uśmiecha. Jest kwintesencją pewności siebie i kobiecości. W ręku trzyma coś na kształt lancy obwieszonej kolorowymi wstążkami i pewnie prowadzi konia. Myślę, że trzy obrazki z tego święta zostaną w mojej głowie na długo – widok tej kobiety, tych spokojnych dostojnych zwierząt ciągnących kolorowe wozy i jakby dla podkreslenia wyjątkowości chwili lecących nad procesją flamingów.

Dla dopełnienia doświadczeń na zakończenie procesji udajemy się na Seadas, sardyński deser. Jest to placek, trochę jak pieróg, tylko z twardszego ciasta, napełniony delikatnym świeżym serem pecorino, skropiony sokiem z cytryny, krótko smażony w głębokim tłuszczu i na koniec polany miodem. Jest pyszny i tak jak Arancino na Sycylii tak Seadas na Sardynii nie smakuje podobnie do czegokolwiek, co dotychczas jadłam! Ciekawe, czy uda mi się odtworzyć te dania z przepisów?

Plan na resztę dnia – zwiedzanie straganów licznie rozłożonych z okazji święta, psuje bardzo silny deszcz. Sprawdziło się ludowe wierzenie, że w dniu procesji niebo zaciąga się deszczowymi chmurami, by rozpogodzić tuż przed procesją. Tak rzeczywiście było, jednak po procesji deszcz nadrobił straty z nawiązką…

PS O tym, kim był Efizjusz i jak zasłużył sobie na coroczną procesję

I więcej o święcie Sant’Efisio

1 reply to Pierwszomajowe Święto Sant’Efisio

  1. Hej, z niecierpliwością czekam na zdjęcia i trzymam kciuki na zmianę pogody , bo słyszałam , ze sztorm.

Dodaj komentarz