Piękny żeglarski dzień i Cabrera przed dziobem

Tak, zdecydowanie to był jeden z piękniejszych żeglarsko dni. Wiatr dotychczas nie bardzo nam sprzyjał i albo wiało zbyt mocno i to w twarz, albo w ogóle była flauta. Dni, które przepływaliśmy na żaglach w całości mogę policzyć na palcach jednej ręki. Ale ostatnio los jakby się do nas uśmiechnął i to był drugi z rzędu przelot w pełni na żaglach. Mieliśmy wczoraj idealną żeglarsko pogodę: sprzyjający wiatr i słońce.
Jako że do przepłynięcia mieliśmy niewiele, bo około 30 mil, mogliśmy ostatni poranek w Palmie potraktować dość luźno i niespiesznie przygotować się do wyjścia. Ja miałem trochę czasu, żeby posiedzieć i popracować w pięknej knajpce zaraz przy basenie portowym, do której później dołączyła Justyna, Szerszenie i reszta.

Piotr od rana zaatakował katedrę La Seu i w końcu udało mu się zobaczyć ją od środka. A jest co oglądać. Górującą nad miastem, umiejscowioną tuż przy portowym wzgórzu masywną sylwetkę katedry La Sau, XIX-wieczny kataloński artysta i jeden z pionierów hiszpańskiego modernizmu – Santiago Rusiñol i Prats, nazwał „kwiatem w Ogrodzie Ludzkości” i trudno nie przyznać mu racji. Katedra z każdej strony wygląda oszałamiająco i jest niemal fizycznie zrośnięta z samym miastem. Nie da się jej po prosu obejść dookoła, jako że część mieszkalnych uliczek miasta jest przyklejonych bezpośrednio do jej murów. Człowiek musi snuć się labiryntem wąskich przejść, kluczyć pomiędzy podwórkami, żeby ostatecznie gdzieś pomiędzy dachami małych, pięknych kamieniczek zobaczyć fragment jej murów, złapać ponownie trop i wyjść raz jeszcze na plac od strony morza, by zobaczyć okazałą bryłę budynku wolną już od miejskich narośli, swobodnie wyeksponowaną. Sama katedra, to temat na zupełnie osobny wpis.
Z racji dość swobodnego poranku, śniadanie zjedliśmy dopiero koło 12 i tuż po 13 ślizgaliśmy się już w pełnym słońcu pomiędzy stojącymi w Palmie ogromnymi wycieczkowcami. Wiało pięknie, więc tuż po minięciu główek portu postawiliśmy grota i zaraz potem dołączyliśmy genuę. Jacht od razu przygięło na jedną burtę, bo w porywach wiatr osiągał okolice 22 węzłów, ale płynęliśmy pięknym bajdewidnem, mając Cabrerę – cel naszej wyprawy – przed dziobem. Tak spieszyło mi się z postawieniem żagli i wykorzystaniem wiatru, że kompletnie nie sprawdziłem poprawnego zaształowania jachtu, co skończyło się totalną masakrą pod pokładem. Na jednej burcie wylądowało wszystko, czego po śniadaniu i w ciągu postoju w Palmie nie pochowaliśmy lub nie przywiązaliśmy solidnie. Pomidory z mozarlellą, sałatka z papryki, plastry sera i wędliny wraz z chlebem, szklanki i inne szpeje kuchenne wylądowały na podłodze zaraz obok utensyliów, które powypadały z pootwieranych szafek w łazience, rzeczy które wysypały się z górnych półek w kajutach, a nawet tych, które wydostały się z szafy z racji nie do końca zasuniętych drzwiczek. Wszystko to pięknie wymieszało się na podłodze, tworząc wyjątkową żeglarską kompozycję. Ale co tam… Szliśmy prawie 8 węzłów, a burtą niemal braliśmy wodę. Stefano był trochę przestraszony i zażądał natychmiastowego odpalenia kataryny (czyli silnika) i wyprostowania jachtu, ale wtulony w Justynę, poczuł się nieco bezpieczniej i skoncentrował na czytanej przez nią książce. Gustaw jak zwykle przy większym zafalowaniu na morzu zrobił się senny i też wtulił się w mamę. Jako że ławki w kokpicie z racji przechyłu zrobiły się kompletnie niefunkcjonalne, bo na górnej trzeba było zapierać się nogami o stół, żeby nie spaść w dół, a na dolnej niewiele brakowało, by sięgnąć ręką do wody poniżej, Justyna rozsiadała się z szerszeniami na podłodze i zaklinowała pomiędzy zejściówką a jedną z nóg stołu i tak, w pełnym spokoju, przykryta kocami, zaczęła chłopakom czytać książkę o dinozaurach.

Ponieważ na dłuższą metę taki przechył jest męczący i zupełnie nieefektywny, a poza tym wiatr zaczął wiać regularnie powyżej 25 węzłów i zrobiło się już średnio przyjemnie, zarzuciliśmy dwa refy najpierw na grocie, a później zmniejszyliśmy również powierzchnię genuy. Jacht nadal szedł w przechyle, ale już całkiem znośnym, a prędkość wciąż oscylowała wokół 7-8 węzłów. Mniejsza powierzchnia żagli sprawiła też, że jacht nie szarpał już tak na sterze i nie miał tendencji do ostrzenia, więc autopilot znów zaczął dawać sobie radę z utrzymywaniem kursu. Później wiatr odkręcił bardziej na zachód, więc ostatecznie mogliśmy iść w pięknym słońcu pełnym półwiatrem wprost na Cabrerę.

Wysepka ta, a w zasadzie cały archipelag małych wysp o tej nazwie, leży na południe od Majorki w zasięgu jakichś 12 mil morskich. Jest to ścisły rezerwat przyrody, co wiąże się z pewnymi, dość restrykcyjnymi ograniczeniami, jeśli idzie o żeglugę oraz postoje. Na same wody parku nie można wpłynąć bez specjalnego pozwolenia, o które należy wystąpić i które ważne jest przez rok dla konkretnego jachtu, który takową zgodę otrzymał. Nigdzie nie można kotwiczyć, a postój możliwy jest jedynie w ciągu dnia (od godziny 7 do 17) przy określonych, specjalnie wskazanych do tego celu bojkach. Jeśli ktoś pragnie zostać na Cabrerze na całą noc, musi zarezerwować jedną z 50 specjalnie do tego przeznaczonych bojek znajdujących się w głównej zatoce wyspy, co w szczycie sezonu nie jest podobno takie proste, pomimo faktu, że główna fala turystów odwiedzających Baleary Cabrerą raczej zainteresowana nie jest. Uzyskanie samej zgody na przebywanie w parku nie jest specjalnie trudne i rzeczywiście kwestie formalne uproszczono do maksimum. Jeśli czarteruje się jacht gdzieś na Balearach (najpewniej w Palmie) wówczas czarteroperator załatwi za nas wszelkie formalności. My musieliśmy zadbać o to samodzielnie, ale tak jak pisałem, cała procedura jest banalna. Wystarczy wypełnić po katalońsku (sic!) formularz znajdujący się na oficjalnej stronie internetowej rządu Balearów tj. www.caib.es, a w zasadzie na tej podstronie. Strona jest długa, informacji na niej znajduje się sporo, ale niestety nic po angielsku, francusku czy po niemiecku. Wprawiony w bojach z obsługą włoskich stron telekomów, nie przejąłem się tym za bardzo i do pracy zaprosiłem automaty Googla. Notabene podczas tego wyjazdu chyba po raz pierwszy w życiu wykorzystuję na masową skalę funkcję tłumaczenia całych stron przez przeglądarkę Chrome i jeśli tylko automatyczne, nieporadne tłumaczenia nie zabija śmiechem, to jest naprawdę niesamowicie przydatne i nie wyobrażam sobie teraz załatwienia pewnych rzeczy bez tego. Nie znam hiszpańskiego, a tym bardziej katalońskiego, więc bez tego w życiu nie przebiłbym się przez te strony. Same formularze to pikuś, ale znalezienie ich pośród wszystkich odnośników będących na stronie jest już pewnym wyzwaniem.
Uzyskanie pozwolenia na przebywanie na terenie parku narodowego nie wiąże się z koniecznością faktycznego oczekiwania na to, aż ktoś nasz wniosek raczy rozpatrzyć pozytywnie lub nie. Zgodę otrzymuje się praktycznie od razu po wypełnieniu formularza. Bardziej chodzi tu o rejestrację niż faktycznie udzielanie bądź nie jakiejś zgody. W formularzu należy podać kilka szczegółów dotyczących jachtu, armatora oraz aktualnego skippera. W gruncie rzeczy są to te same informacje, które należy nanieść na formularzu w każdej marinie, w której zatrzymywaliśmy się dotąd na Balearach. Podobnie w kwestii uzyskania zgody na cumowanie na noc przy boi. Jedyna różnica jest taka, że ta procedura uzależniona jest od faktycznej dostępności boi i kończy się procesem elektronicznego dokonania płatności (karta kredytowa). Zgody zarówno na przebywanie na terenie parku, jak i na cumowanie, otrzymuje się w postaci PDFów na wskazany w formularzu adres e-mailowy.
Boje podzielone są na kilka kategorii (w zależności od długości jachtu), więc faktycznych miejsc postojowych odpowiadających długości Waszego jachtu będzie zdecydowanie mniej aniżeli 50 i w sezonie, do kwestii pobytu na Cabrerze trzeba podejść z dość dobrym planem. W maju nie było z tym żadnego problemu i samej rezerwacji dokonałem tuż przed północą poprzedniego dnia. Do boi można zacumować dopiero po 18 i należy zwolnić ją do godziny 17 następnego dnia. Co ciekawe pracownicy parku w ogóle nie sprawdzają fizycznych pozwoleń i rezerwacji. Przepływają jedynie pontonem pomiędzy stojącymi w zatoce jachtami i sprawdzają, czy nazwy jachtów zgadzają im się z rezerwacjami. Domyślam się, że podobnie kwestia ta wygląda w przypadku kontroli samych pozwoleń na przebywanie w parku. Każdy jacht mający takie pozwolenie jest w systemie. W dobie AISsów, sprawdzenie tego czy dany jacht może lub nie przebywać na terenie parku staje się jeszcze łatwiejsze.

2 replys to Piękny żeglarski dzień i Cabrera przed dziobem

Dodaj komentarz