Palermo – miasto sprzeczności

Gdy wychodzimy na wachtę o północy i okazuje się, że noc jest ciepła, a księżyc świeci, załoga zaczyna przebąkiwać, że nuda, nic się nie dzieje. Chyba tęsknią do trudnych sztormowych warunków z tej nocy, gdy płynęliśmy na Sycylię 😉 O godzinie 3 nie jest już jednak tak nudno. Przed dziobem pokazują się trzy delfiny i towarzyszą nam już właściwie do samego Palermo. W nocy widać je bardzo dobrze dzięki światłu księżyca i naszym czołówkom, a kolejna wachta może je także obserwować już za dnia. Widać wyraźnie ich tor płynięcia pod wodą, a gdy się wynurzają, na ich gładkich ciałach odbijają się albo czerwone, a zielone burtowe światła jachtu.

W Palermo słońce praży. Ekipa zwiedzająca dzieli się na kilka grup. Szerszenie najpierw nie chcą się ruszać z łódki, później knują plan zdobywania lodów i placów zabaw, ostatecznie Stefano rozpada się psychicznie z tylko jemu znanych powodów w bramie mariny, a ja nie czuję się na siłach ciągać go po ulicach obcego miasta. Biorę więc ze sobą tylko Gutka, a Stefano zostaje z B na jachcie.

Pierwszy punkt programu to lody, ale nie opuszczę przecież zobaczenia też chociaż kilku „starych kamieni”, jak to mawia Stefan 😉 Kieruję się więc w stronę pierwszych starożytnych ruin, jakie widzę w okolicach mariny. To, że był to błąd, zrozumiem dopiero później. Tak naprawdę nic złego, ani nawet niemiłego nie spotkało nas w Palermo, ale jednak miasto to ma w sobie tyle sprzeczności, że można się po nim wszystkiego spodziewać. Gdy zagłębiam się z Gutkiem w kolejne uliczki, tak jak właśnie najbardziej lubię zwiedzać miasta – od podszewki, od najmniejszych zakamarków – tu nagle tracę rezon. Na naszej drodze jest coraz więcej pustostanów i w tym wypadku to eufemizm. Rudery straszą pustymi oknami, stertami śmieci w bramach, a fetor na ulicach jest wręcz nieznośny. Gdy wydaje mi się, że już gorzej być nie może, w bocznych uliczkach pojawia się szemrane towarzystwo. Uliczki tak ciasne, że ramion nie rozciągniesz, nie mają w sobie uroku Hvaru, Korczuli czy Stromboli. Pełno w nich śmieci i nocujących bezdomnych. Zaczynam zdawać sobie sprawę, że to zdecydowanie nie miejsce dla samotnej kobiety z dzieckiem. Nie cofam się tylko dlatego, że mam nadzieję dojść w końcu do „cywilizacji”. Przecież tak nie może wyglądać całe Palermo, stolica Sycylii! Gdzieś tu musi być jakaś turystyczna część. Gdzie te wszystkie zabytki, o których czytałam???

Zaczynam żałować, że nie sprawdziłam za wczasu drogi. Weszłam w miasto tak jak lubię, jak zwykle na czuja, by trochę się w nim poszwędać, trafić trochę z przypadku do fajnych miejsc i dopiero ostatecznie spróbować się znaleźć na mapie. Teraz jednak na to za późno. Nie chcę teraz wyciągać telefonu z torebki. Za dużo się naczytałam, ile osób w Palermo zostało okradzionych. Wolę uniknąć takich nieprzyjemności i odpuszczam sobie grzebanie w torbie. Za każdym rogiem za to z nadzieją wypatruję oznak normalnego życia i w końcu udaje się, wychodzimy na plac San Domenico. Ludzie siedzą tam w urokliwych knajpkach, nie ma już smrodu, tylko zapach kawy, iii… są lody! To prawie jak miasto w mieście. Aż niemożliwe, że tuż za rogiem jest taki rozpad i degrengolada.

Lody muszę przyznać są tu pyszne, choć tak naprawdę nie jestem ich fanką. Doceniam je szczególnie po niedawnych stresach. Siedzimy z Gutem na wygrzanej słońcem kamiennej ławce. Lody topią się w takim tempie w tym upale, że ściekają nam po rękach. Nawet ja nie nadążam z ich oblizywaniem, a Gutek już cały w nich utonął. Porcje są ogromne i już w połowie mam dosyć. W międzyczasie naprawiam swój błąd i sprawdzam na mapie rozkład miasta i atrakcji, planując nasz spacer jedynie głównymi ulicami. W Palermo nie mam już zamiaru zwiedzać zakamarków.

Ruszamy do tzw. Fontanny Wstydu. Otacza ją 48 nagich postaci. Są wśród nich m.in. bóstwa olimpijskie i personifikacje rzek Palermo. Niespodziewanie tuż przed nią spotykamy Zbyszka i Mariana. Z przyjemnością łączymy siły w zwiedzaniu. Mnie szczególnie jest to na rękę, bo trochę boję się znowu zapuścić się samej z dzieckiem w jakieś zakazane ulice.
Palermo odkrywa przed nami kolejne tajemnice. Gutek jest dobrym kompanem zwiedzania i pozwala mi też skorzystać z dorosłych przyjemności, czyli jak to chłopcy określają oglądania „starych kamieni” 😉 Poza Fontana Pretoria zwiedzamy też skrzyżowanie ulic, które przypomina mi te często spotykane w Barcelonie, ze ściętymi narożnikami budynków zwane Quattro Canti, przepiękną Katedrę z urokliwym  placem przed wejściem, gdzie Gutek biega do upadłego i ciekawym łukowym połączeniem kościoła z budynkiem po drugiej stronie ulicy. Dochodzimy do Zamku Królewskiego i sąsiadującej z nim Porta Nuova. Przed zamkiem jest wspaniały ogród pełen palm i opuncji, a Gutek bawi się tam w najlepsze skacząc po murkach i forntannach. Palermo ma do zaoferowania mnóstwo pięknych, wręcz zachwycających miejsc. Kościoły, zabytkowe ruiny i piękne stare kamienice są tutaj naprawdę na każdym kroku. Nigdzie na raz nie spotkałam tylu zabytków. Tylko aż dziw bierze, że wystarczy skręcić nie w tę ulicę co trzeba, by przenieść się do najbardziej brudnego i biednego miasta, jakie widziałam.

Wieczorem, tym razem ze Stefanem, wychodzimy z mariny, by zrealizować kolejny plan zwiedzania i zaspokoić frytkową zachciankę. Odwiedzamy Wielki Teatr i kierujemy się do miejsca, które chciałabym zobaczyć. Mercato Vucciria to plac, który rano jest targowiskiem z lokalnymi smakołykami, a wieczorem ma być kuchnią pod chmurką z najlepszym jedzeniem w Palermo. Zaułki prowadzące jednak do tego placu odbierają nam wszelki apetyt. Jestem tu z dwoma dorosłymi mężczyznami, a skóra mi cierpnie na karku, na widok pustych okiem, powybijanych szyb, stert śmieci, budynków w rozpadzie i biednego życia ich mieszkańców. Mam wrażenie, że kwadrat turystycznych i ruchliwych ulic zamyka w sobie jakieś gnijące centrum. W każdym dużym mieście jest bieda i żebracy na ulicach. Tu jednak dysproporcje w poziomie życia mieszkańców są ogromne! Zagłębianie się w te zakazane rewiry może i byłoby ciekawym doświadczeniem, ale nie chcę bez potrzeby narażać Stefana, który dzielnie nam towarzyszy. Nie jestem pewna, co nas może tu spotkać. W miejscu, do którego chcieliśmy dotrzeć toczy się już tylko nocne pijackie życie. Nie ma kuchni pod chmurką. Pewnie zbyt późno tu dotarliśmy.

Wycofujemy się chyłkiem z ciemnych zaułków i poruszamy się od tej pory jedynie po typowo turystycznych ulicach. Ilość pustostanów na nich też jest zaskakująca, ale tutaj, wśród normalnego nocnego życia, nie budzą one postrachu. Jest jeszcze dla mnie w Palermo coś charakterystycznego. Na każdym kroku spotykamy ogromne drzwi, a właściwie wrota. Część z nich ma wydzielone z całości malutkie furtki z kołatkami (Włosi nie są zbyt wysocy). Inne wyglądają, jakby otwierały się w połowie ogromnymi skrzydłami drzwi. Zachodzimy w głowę, do czego potrzebne były aż tak duże bramy? Do wjechania wozem na podwórko wystarczyłyby znacznie mniejsze. Czy ich wielkość spełnia jedynie funkcję reprezentacyjną? Zagadka do rozwiązania 😃 Ciekawi mnie też ilość kolorowych pomponów, które powtarzają się jako element ozdobny wśród różnych pamiątek. Triskelion jako znak Sycylii, cytryny i ceramika są dla mnie zrozumiałe, ale dlaczego akurat kolorowe pompony? Przypadek, czy może element strojów ludowych? Muszę to sprawdzić, a jeśli znacie odpowiedź, to liczę na Waszą pomoc 🙂

Dodaj komentarz