Ostatnie żeglowanie – oczywiście na tym rejsie ;)

Gdy kapitan pyta, czy jesteśmy gotowi do wyjścia w morze, jedyna słuszna odpowiedź brzmi: „Nie! Nie! I nie! Zdecydowaliśmy, że zostajemy!”.
Zostajemy tutaj w Tróia, gdzie są przepiękne plaże i delfiny. Zostajemy w Portugalii, która skradła nasze serca. Zostajemy nie na kolejne trzy miesiące, ale najchętniej na trzydzieści trzy 😃

Żarty żartami, pora wypływać. Wychodzimy przy wysokiej wodzie. Stawa, obok której przepływamy, która jest teraz na środku morza, wczoraj stała na plaży. Woda tak daleko wchodzi w ląd, a później się cofa dwa razy w ciągu doby. Aż strach tak płynąć po czymś, co wczoraj wydawało się być lądem. Spokojnie (uspokajam oczywiście sama siebie), wypływamy przy głębokiej wodzie, więc głębokości pod kilem są teraz bezpieczne. Chyba nigdy nie przestanie mnie zadziwiać urok pływów.

Jeszcze przed zawinięciem za cypel i wyjściem na prostą w stronę Lizbony zaczepia nas straż wybrzeża. Stoję za sterem i obserwuję, jak płyną swoją szybką łodzią motorową niby w przeciwnym kierunku, ale jakoś tak zbyt blisko nas i zbyt wolnom jakby nam się przyglądali. Mijamy się, już są za nami, ale nagle zawracają. Pytają, gdzie jest nasz kolejny port, skąd płyniemy. Leniwie zadają kolejne pytania. Nie wiadomo o co im chodzi . B z nimi rozmawia i mówi, by nie było wątpliwości, że wszystkie formalności załatwiliśmy w marinie. W sumie nic od nas nie chcę i odpływają. Chyba po prostu im się nudziło, a B żartuje, że chcieli sobie popatrzeć na dziewczynę za sterem 😉

Za przylądkiem Cabo Espichel rozwijamy żagle i pchani baksztagowym wiatrem przyglądamy się opuszczonemu domowi stojącemu tuż na skraju urwiska, na samym koniuszku cypla. To byłby nasz wymarzony dom! Daleko od wszystkiego, tuż na skraju lądu i tak blisko morza. Tylko w ogródku musielibyśmy uważać, by się nie potknąć, bo kawałek za domem skała się urywa i można zaliczyć skok do wody z dużej wysokości. Pewnie takie miejsce jest do kupienia za grosze, jak wiele podobnych starych domów w Portugalii. Kto wie, może kiedyś się jeszcze raz przeprowadzimy, tym razem do innego kraju?

Stojąc za sterem przez dłuższy czas podziwiam piękno tego przylądka, urwiska skalne i groty tuż nad wodą. Przed nami jednak cały dzień płynięcia, oddaję więc ster w inne ręce, schodzę pod pokład i zaczynam powoli pakować nasze rzeczy. Szerszenie podłapują temat i pakują zabawki do swoich plecaków. Są już gotowi na podróż samolotem 😃 Z jednej strony mówią, że chętnie zostaliby na łódce dłużej, z drugiej, już się niecierpliwią i cieszą na kolejny etap podróży!

Przed Lizboną zaczynamy mijać wielkie kontenerowce i jest na co popatrzeć. Chłopcy dyskutują o tym co widzą i podziwiają mijane statki. Samo wejście do portu jest na tyle interesujące, że porzucamy pakowanie i wszyscy stoimy na pokładzie pokazując sobie wypatrzone ciekawostki i wymieniając uwagi na ich temat. Na nabrzeżu widać wiele oryginalnych budynków, jedne są zabytkowe, inne nowoczesne. Miasto ciągnie się naprawdę daleko wzdłuż rzeki. Przed nami jeszcze dwa mosty. Ten największy, spinający dwa brzegi, widoczny z daleka i charakterystyczny dla panoramy Lizbony, ma dwa poziomy. Na górnym jeżdżą samochody, na dolnym pociągi, co wzbudza ekscytację Szerszeni. Jest ogromny i jachty przepływają pod nim bez problemu. Mijamy jeszcze mały, obrotowy most pieszy, przed którym są dla nas światła jak na skrzyżowaniu drogowym. Przepływamy i zaraz za nami most obraca się z powrotem zagradzając wejście do kanału do mariny. B mówi, że przepłynięcie pod mostami to takie symboliczne zakończenie rejsu… Ma rację. Też to czuję.

W tak industrialnym miejscu jeszcze nie cumowaliśmy. Może nie jest to najpiękniejsza marina, ale podoba mi się klimat pracującego obok portu. Przyglądamy się z chłopcami, jak ogromne dźwigi przenoszą kontenery i ładują je na wielki statek. Praca w porcie trwa aż do późnego wieczora i chłopcy cały czas się tym interesują. W jednej ze swoich ulubionych książek, którą mają ze sobą na pokładzie, pokazany jest rozładunek kontenerowca, a tutaj mają to na żywo 😃

Jesteśmy już po zatankowaniu łódki i bierzemy się za dalszy ciąg pakowania, gdy kapitan wraca z biura mariny i oznajmia, że jednak musimy zmienić miejsce cumowania. Nie mam nic przeciwko, będziemy mieli tylko jeszcze lepszy widok na pracujące dźwigi. Do tej pory właściwie poza podchodzeniem do pirsu przy tankowaniu łódki, parkowaliśmy wszędzie rufą. Mamy to już tak wyćwiczone po trzech miesiącach pływania, że nasza mała załoga działa prawie automatycznie. Nie było manewrów, które by nam na rejsie nie wyszły, ale bywało, że działaliśmy bardziej lub mniej zgrani. Jednak po tak długim czasie razem, wszyscy się już rozumiemy prawie bez słów. Tym razem mamy stanąć longside tuż za katamaranem i mamy tam bardzo mało miejsca. W trakcie tego rejsu jeszcze tak nie cumowaliśmy, więc nie jest to dla nas przećwiczony manewr. Wszystko jednak idzie bardzo sprawnie. Gdy na komendę kapitana robię desant na pomost i zakładam szpring, by wyhamować łódkę, odpalają mi się w głowie wszystkie wyuczone, w kółko maglowane na kursach z Docentem mechanizmy. Niesamowite jest to, że właśnie ćwiczony tyle razy na kursach manewr tak Ci się utrwala, że gdy zachodzi potrzeba, działasz automatycznie wypracowanymi schematami. B w tym czasie skręca koło sterowe i „przykleja” łódkę burtą do pomostu, a mnie pozostaje już tylko odebrać cumę z rufy. Docent, szacun i wielkie dzięki, za te wszystkie nauki 😃 Takie sprawne parkowanie w sam raz na zakończenie rejsu.

Lizbona wita nas deszczem. W sumie taka pogoda akurat na pożegnanie, a nie powitanie. Ale przecież to jeszcze nie koniec wyprawy! Przed nami zwiedzanie niesamowitego miasta, a wolałabym to robić bez sztormiaka, który leży już spakowany na dnie torby. Pada z przerwami przez całą noc. Pakuję nas do późna i siadam do komputera, choć powinnam iść już spać, bo jutro czaka nas intensywny dzień. Mamy jeszcze do załatwienia wiele spraw, takich jak serwis silnika, pranie i generalne porządki. B na dobranoc pyta, czy smucę się z powodu końca rejsu, a ja odpowiadam szczerze, że obojętne mi gdzie jestem, byle z moimi kochanymi chłopakami ❤

4 replys to Ostatnie żeglowanie – oczywiście na tym rejsie ;)

  1. Dzień zaczynałam od czytania informacji z Waszego rejsu. Czas na zmiany … to pewnie jeden z ostatnich wpisów .

    1. Hej, hej… to na pewno nie koniec wpisów. Dopiero teraz będziemy mieli trochę więcej czasu na uporządkowanie niektórych historii i opublikowanie ich tutaj. Poza tym przymierzamy się do wrzucenia pierwszych filmów, więc polecam śledzić, co się tu u nas jeszcze będzie działo.

  2. Szkoda ,ze Wasz rejs dobiegł już końca.Z przyjemnoscia czyłałam Dziennik Wyprawy.
    Jeszcze nieraz wrócę do tych Waszych wpisów 🙂

    1. Oj… Mamy jeszcze całą masę nieopublikowanych wpisów, które będziemy teraz w miarę regularnie uzupełniać. Część będzie dotyczyła ogólnych podsumowań, naszych przygotowań, tego co się sprawdziło a co nie, ale duża część będzie poświęcona jeszcze konkretnym wydarzeniom, których nie udało nam się spisać wcześniej. Dlatego polecam zaglądać tu jeszcze przez jakiś czas. Dziś na pewno pojawi się coś nowego.

Dodaj komentarz