Od wulkanu do wulkanu

Odpływając z Vulcano zastanawiamy się, czy zapach siarki zostawimy za sobą na dymiącej wyspie, czy będzie się snuł za nami, bo już tak nim przesiąkliśmy? Wczoraj błotne kąpiele w siarce, a dziś pobudka wraz ze słońcem i podejście zboczem wulkanu aż do krateru. Po drodze budzące się do życia miasteczko i swojsko brzmiące ptaki w drzewach, za to roślinność zupełnie inna niż u nas. Agawy, kaktusy, araukarie, pnącza i rośliny, na które się u nas chucha w doniczkach, a tu rosną same gdzie popadnie, a także wiele innych drzew i krzewów, które widzę po raz pierwszy.

U podnórza wzgórze wulkanu pokryte jest tak jakby czarną ziemią, choć pewnie z ziemią niewiele ma wspólnego, później zmienia się w szaro-różową pudrową skałę. Przypomina ona glinkę, w której wczoraj się kąpaliśmy, tyle że jest twarda. Na tej wysokości już nie ma krzewów, choć małe roślinki rosną nawet na samej grani. trwa tu nieustanna walka o miejsce i prawo do życia. Pod samym szczytem szary, wypalony żużel. Prawdziwe wygasłe palenisko. Od pewnego momentu towarzyszą nam dymiące wyziewy siarki i ziemia staje się wyraźnie cieplejsza. Na szczycie można by się spodziewać grani, wierzchołka itp. Tu za to jest wielka dziura – krater wulkanu. Na jego obrębie dochodzi jeszcze jeden kolor ziemi – żółte, a nawet wpadające w jaskrawą zieleń igiełki siarki gromadzące się u syczących wylotów gorącego powietrza. Bywa, że w dymie spowijającym grań nie widzimy nic, a oddychanie tymi wyziewami jest naprawdę nieprzyjemne. Albo po prostu nic przez dym i parę nie widać, albo opary siarki zaczynają mocno gryźć w gardło i oczy. Trzeba uważać, by w walce o oddech nie stracić orientacji i nie wpaść pośród dymów na gorące skały ze świszczącymi jak czajniki miejscami wydobywania się pary. Wcale to nie jest takie proste, gdy się jeszcze przy tym chce zrobić kilka zdjęć 🙂

Z jednej strony mamy widok na pusty i szaro-brunatny krater, z drugiej na wręcz puchatą zieleń wyspy z pięknymi zatokami, domkami ściśniętymi nad samym morzem, małymi klifami opadającymi ku wodzie. W najbliższym sąsiedztwie Vulcano widać Lipari i piękne skały pomiędzy wyspami – prawdziwe skaliste igły sterczące z wody. Widać też nasz jacht stojący w jednej z zatoczek zaraz przy Vulcanello – wulkanie, który z opóźnieniem w stosunku do większego kumpla wyłonił się z morza i dopiero z czasem połączył z główną wyspą.

Widoki natchnęły mnie do medytacji. Korzystając z ciszy i spokoju na szczycie oraz pięknych widoków robię sobie sesyjkę yogi. W tym czasie moi kompani ruszają pod górę i okrążają krater, by rzucić okiem na to, co widać po drugiej stronie wyspy. Gdy wracamy, okazuje się, że pobudka wraz ze słońcem to był dobry pomysł, bo teraz na szczyt ciągną prawdziwe pielgrzymki. Przy palącym słońcu podejście już nie jest pewnie tak miłe jak o poranku. Teraz za to widać, jak przyroda ożyła. Na wygrzanej słońcem drodze tłoczą się zwinne zielone i brunatne jaszczurki – prawdziwe smoki, a nad mnóstwem kwiatów porastających zbocze kręci się mrowie owadów.

Odpływając zastanawiamy się, czy tak już jesteśmy przesiąknięci zapachem siarki, że będziemy go czuć nawet wtedy, gdy odpłyniemy z wyspy?
Możliwe, że w najbliższym czasie zapach ten tak szybko nie wywietrzeje, ponieważ dziś ruszamy na kolejną piekielną wyspę – Stromboli. Jej dymiący stożek widzimy już z daleka w morzu. Tuż przed nią mijamy kilka uroczych skalistych mini wysepek i wpływamy do San Vincenzo.

Szerszenie mają taką radochę na czarnej wulkanicznej plaży, że aż szkoda im przerywać zabawę wyprawą do miasta. Biegają po sypkim, ciepłym, zupełnie czarnym piasku, który połyskuje delikatnie i w dotyku jest naprawdę przyjemny, taki pudrowy, drobniutki. Jeszcze z daleka z łódki, czy w trakcie wyprawy pontonem nie wydawał się tak przyjazny. Jego czerń kojarzyła się z chłodem i wilgocią. Może to z tego powodu, że dzień się kończy, słońce zachodzi, stąd skojarzenia z zimnem. Być może w upalne dni czarna plaża przynosi skojarzenia z gorącem? Nad naszymi głowami niezmiennie unosi się dym ze stożka, a co jakiś czas widać rozbłyski czerwonej łuny i słychać pomrukiwanie wulkanu. Niestety jesteśmy do tej strony wyspy, z której bezpośrednio nie widać erupcji. Nie ma tu jednak zbyt wielu zatok, w których można rzucić kotwicę, a już na pewno nie można tego robić po stronie największej aktywności wulkanicznej. Pozstaje nam do jutra jedynie obserwować rozbłyski nieba widoczne nad górą.

W artykułach opisujących Stromboli, na które trafiłam, nie było zachwytów nad miastem. Ot kilka sklepików, knajpek i tyle. Miasteczko okazuje się jednak wyjątkowej urody. Fakt, nad samą plażą jest prawdziwy „bangladesz” w postaci porozrzucanych wszędzie używanych lub mniej małych łódek, zabudowa wzdłuż plaży jest też dosyć przypadkowa, ale miasteczko zachwyca wąskimi uliczkami, po których w kółko jeżdżą trójkołowce dostawcze i pasażerskie oraz skutery spalinowe i elektryczne. Mijanki z nimi w tych wąskich zakamarkach są prawdziwą sztuką i uwaga!, to one tutaj mają pierwszeństwo przed pieszymi. W wielu miejscach, głównie w najwęższych uliczkach, jest wręcz zakaz ruchu pieszego.

Nie dziwię się, że na Stromboli może ktoś chcieć spędzić kilka dni, a nawet całe wakacje. Czarna plaża jest wyjątkowa. Wyprawa na szczyt wulkanu, czy obserwowanie jego erupcji to zadanie na cały dzień i noc. Gdybym tu przyjechała na dłużej, na pewno wynajęłabym jeden z tych malutkich skuterków, by pozwiedzać tutejsze miasteczka. Do jednego z nich jest co prawda dostęp tylko drogą wodną, więc i jacht, lub choćby mała łódka miałyby tu zastosowanie. Dzięki nim kolejnego dnia można by podpłynąć bliżej leżącej niedaleko brzegu niesamowitej Isola di Strombolicchio i latarni widocznej na szczycie jej skał spowitej w dymy wulkanu lub wrócić do tych malowniczych skalistych mini wysepek, które dziś mijaliśmy po drodze, by przy nich ponurkować.

Samo zaś miasteczko kojarzyć mi się będzie z bielą, pastelowymi kolorami balkonów i drzwi, z urokliwymi swojskimi knajpkami bez zadęcia, w których największą ozdobą są piece do wypieku pizzy, z trójkołowcami i skuterami mknącymi ulicami oraz z ręcznie malowanymi kafelkami i ceramiką, która tak jak w miasteczkach Sycylii zdobi domy i stanowi często tabliczki z nazwami ulic, a tu dodatkowo pokrywa siedziska miejskich ławeczek i lokalnych pubów.

Plan na jutro, wstanie z rana i wyprawa zboczem pomrukującej góry na szczyt wulkanu.
B zostaje z Szerszeniami na jachcie. Stefano co prawda jest w doskonałej formie, ale nie czuję się bezpiecznie, by brać go na wyprawę do aktywnego wulkanu. Gutek za to ma ospę… Zaraził się od Stefana i dopiero teraz, po czasie, widać tego efekty.
Na szczęście radzi sobie z nią całkiem dobrze. Jest silny i jedynie więcej śpi.
Ponadto, w temacie chorób, nasz drogi, jedyny kapitan, który nie miał okazji przechorować ospy w dzieciństwie, złapał ją właśnie teraz, w „najdoskonalszym” do tego momencie, w trakcie tak długo przygotowywanej wyprawy. Nie ma to jak prowadzić rejs, pracować zdalnie i „umierać” na ospę. Dorośli niestety przechodzą dużo trudniej tę chorobę wieku dziecięcego.

Powiem Wam szczerze, że dziś się już zastanawiałam, czy trzy razy nie splunąć przez lewe ramię. Zapaliłam nawet świeczkę w tutejszym kościele w intencji powodzenia naszej wyprawy, bo zaczynam podejrzewać, ze ktoś nam źle życzy. Dwa gipsy na pokładzie, trzy ospy, w tym jedna na szczęście już przechorowana. W ostatnim tygodniu padł nam GPS w chartploterze, zepsuł się komputer B i to tak, że umarł w butach, a to przecież narzędzie pracy kapitana. Mój komputer, okazuje się nagle, nie czyta, a przez to i nie zgrywa kart z filmami i zdjęciami z kamery i aparatu, a do tego dziś na domiar wszystkiego zepsuł się nasz backup’owy dysk!!! Nie dość, że nie mamy jak i na co zgrywać zdjęć i filmów, to nie mamy pewności, czy te, które już były na dysku da się jeszcze odzyskać. Czy to już nie dosyć?!?!
Wiecie co, pomyślcie o nas czasem dobrze i wyślijcie nam trochę dobrej energii, bo choć wiem, że wszyscy są w sumie cali i zdrowy, a jacht w jednym kawałku, to czasem myślę sobie, że jednak tych przeciwności losu jak na jeden rejs mamy już za dużo…

6 replys to Od wulkanu do wulkanu

  1. Justynko zrób to co zamierzałaś zrobić…(spluń trzy razy za siebie ,przez lewe ramie) może to pomoże.Tak robiłam kiedy dziewczynki były małe i nagle zaczęły przeokropnie płakać….pomogło.
    Myślimy o Was dobrze i powiem jeszcze raz ,że jesteście godni podziwu.Teraz może być tylko lepiej !!!!!!!
    Szybko zapomnicie co złe ,zostaną tylko w pamięci same dobre rzeczy.Pozdrawiamy Was,jesteśmy myślami z Wami.

  2. Justycha mnóstwo uścisków, calusow i pozytywnych zaklęć dla Was!!!! Trzymajcie się dzielnie!!! Popatrz na to w ten sposob: będzie co opowiadać na starość. Miejsca które odwiedźcie będą przekładane popsutym dyskiem, ospą, gorsza pogodą… Ale stwierdzisz, że to był najlepszy przekładaniec, jaki w życiu jadłaś!!!!:)

    Ps. Z tymi dyskiem – to może za duża wilgotność?

    1. Zapisujemy co się da na naszych twardych dyskach w głowie 😉
      Popsuty dysk, o zgrozo, miał być wodoodporny 😀

  3. Kochani trzymajcie się ciepło!!! Wysyłamy Wam morze pozytywnej energii. Z zapartym tchem śledzimy Waszą podróż i wiernie Wam kibicujemy!! Pozdrawiamy, ściskamy i trzymamy za Was kciuki Aga i Marek😙

Dodaj komentarz