Oblicze Pana Oceana

Dziś pierwszy większy deszcz. Od rana było jeszcze słońce. Na niebie nie było ani jednej chmurki, a już popołudniu niebo zupełnie zasnuło się chmurami, tak że Bolek nie mógł nawet wziąć namiaru na słońce w swojej codziennej praktyce astronawigacji.

Namiaru może i nie udało się wziąć, ale za to Bolek opowiadał mi o strefach czasowych i uczył jak sprawdzić, w jakich godzinach mogę w danym miejscu obserwować planety lub gwiazdy. Naprawdę to ciekawie tłumaczy!

Z powodu gorszej pogody część dnia spędziliśmy w salonie na pogaduchach i żartach lub wspólnym gotowaniu. Dużo opowieści o podróżach i przygodach.

Deszcz się w sumie przydał. Zlał pokład z grubej warstwy soli, która się na nim zgromadziła. Wszystkie barierki pokryte były niewidoczną jej warstwą. Wystarczyło tylko przeciągnąć po nich ręką, by na dłoni została pokaźna porcja soli. Pokład też już był od niej śliski. Już nie wspomnę, że nasze ubrania wcale nie moczone w słonej wodzie, tylko po prostu używane na pokładzie, sztywnieją od niej. Na skórze mam czasem taką warstwę, że pod słońce widać, jak się ze mnie osypuje. I ten niezmienny smak soli w ustach…
Zaczęłam regularnie nakładać na usta pomadkę ochronną, by choć na chwilę zmienić smak w ustach i by sól tak nie wysuszało mi i tak już popękanej skóry. Pomaga to na trochę.

W trakcie deszczu Bolek umył okienka w salonie, bo zaschnięta na nich sól ograniczała widoczność. Przy okazji znalazł na tych siedziskach przed okienkami na dziobie dużą latającą rybę z roztrzaskaną głową. Musiała biedna bardzo mocno uderzyć w pokład… Wyjaśniła się dzięki temu zagadka oka znalezionego na pokładzie. Wczoraj było ono tematem żartów, no bo skąd nagle samo oko na pokładzie, gdy my żadnej ryby nie złowiliśmy? Śmialiśmy się, że ktoś nas podgląda, że może to oko satelity i tym podobne żarty szły w grę. Dziś latająca ryba z roztrzaskaną głową wyjaśniła zagadkę. Była naprawdę duża. Z podziwem patrzyłam na jej długie, połyskujące płetwo-skrzydła. Znacznie milej jednak obserwować je szybujące w locie nad falami niż martwe na pokładzie.

Z samego rana, jeszcze przy pełnym słońcu miałam najprzyjemniejszą część dnia – delfiny! Całym stadem pojawiły się przy burcie i długo później płynęły przed naszym dziobem. Doskonale je było widać w przejrzystej wodzie. Spodziewałam się, że te atlantyckie będą większe, ale były tak samo drobne jak te w Morzu Śródziemnym. Widać było między nimi większe i mniejsze osobniki, ale gdy wyskakiwały nad wodę, wyraźnie widać było, że mają drobne ciałka. Płynęły z nami przez jakiś czas i później zajęły się swoimi sprawami.

Niby nie jesteśmy jeszcze pośrodku oceanu, ale jednak dziwią ptaki pojawiające się czasem nad falami. Zapewne są to ptaki, które potrafią odpoczywać na wodzie, ale ich widok zaskakuje tak daleko od lądu.

Słońce zachodzi krwawe za chmurami ulładającymi się w kształt kreskówkowej twarzy. Zastanawiamy się, czy tak wygląda oblicze Pana Oceana 😉

2 replys to Oblicze Pana Oceana

  1. oko na pokładzie?!?!?!
    temu nie dodajesz zdjęć do relacji?;-D
    ale mieliście rozkminkę kryminalna skąd to oko ;-D

    1. Zdjęć jest dużo, ale z powodu ograniczeń czasowych i internetowych w krótkich przerwach pobytów na lądzie nie sposób ich zamieszczać, bo się ładują na stronę dużo dłużej niż tekst. Bardzo bym chciała, by było ich więcej we wpisach, ale albo nadrobię do później albo po prostu pokażę kiedyś przy winku/kawie 🙂

Dodaj komentarz