Nocą budzą się demony

czyli o tym jak Atlantyk spuścił nam łomot. Uwaga! Tekst jest dłuuuugii. Jak nie macie czasu i dużego kubka herbaty, polecam odłożyć go na później.
Z Lagos wypływamy w piątek późnym popołudniem 15 czerwca. Na okolicznych jachtach kwitnie życie towarzyskie, spotkania, dyskusje. Wiatr porywa strzępy rozmów, salwy śmiechów i niesie je pomiędzy pirsami. Nasi sąsiedzi skonsternowani patrzą, że przygotowujemy się do wyjścia z mariny. Warunki rzeczywiście nie zachęcają. Na wiatromierzu widać, że wieje w porywach do 35 węzłów, a wskazówka nie schodzi poniżej 25. Na morzu będzie gorzej. Nic dziwnego, że jesteśmy jednym z nielicznych jachtów, który tego dnia opuszcza Lagos i chyba jedynym, który kieruje się na północ, wprost pod miechy ciągnącego gdzieś po Atlantyku niżu. Poza tym jest piątek, a wiecie – jak stary żeglarski przesąd głosi – w piątki NIGDY nie wypływa się z portu.

Opuszczanie Lagos w tych warunkach było od początku dość ryzykownym ruchem. Od dwóch dni słyszałem w marinie rozmowy Anglików na innych jachtach o tym, jakie to fatalne warunki i załamanie pogodowe. Prognoza pogody również nie pozostawiała złudzeń. Miało wiać i to dość mocno. Prognozy prognozami, ale nawet w marinie urywało głowę. W normalnych warunkach, albo jeszcze miesiąc wcześniej, w ogóle nie brałbym pod uwagę możliwości wyjścia w morze przy takim splocie czynników (silny wiatr z dziobu i wysoka fala). Ale po pierwsze, spędziliśmy już w morzu kilka dni przy silnym wietrze i zarówno załoga, jak i jacht świetnie dawały sobie radę, po drugie zaś – niestety gonił nas czas. Pozostanie w Lagos uwięziłoby nas na miejscu na kolejne trzy lub cztery dni, a deadline przekazania jachtu w Lizbonie zbliżał się wielkimi krokami. Prognoza nie była fatalna, zapowiadała wiatr w porywach do 35 węzłów i 2 metrową falę. Nic z czym nie dalibyśmy sobie rady i nic co zagrażałoby życiu lub zdrowiu. Ale… Ostatnie prognozy jeśli chodzi o natężenie wiatru w ogóle się nie sprawdzały. Regularnie wiało nam minimum 10 węzłów więcej niż w przewidywaniach meteorologów, więc należało się liczyć z tym, że będziemy mieli miejscami wiatr pod 45 węzłów. Nic zachęcającego. W ciagu naszego rejsu już kilka dni skutecznie przebijaliśmy się przez morze przy podobnym wietrze i jakoś się już z tym oswoiliśmy. Desiderata po zrefowaniu żagli zachowuje się w takich warunkach bardzo przyzwoicie: trzyma kurs, nie ostrzy za bardzo, jest w miarę stabilna i pozwala płynąć, trzymając całkiem przyzwoitą prędkość bez karkołomnego przechyłu. Nie mamy co prawda kompletu żagli sztormowych, ale z tym co jest na pokładzie jakoś dawaliśmy sobie radę. Poza tym przewidywany kierunek wiatru nie był katastrofalny. Przez większość czasu będziemy przebijali się pod wiatr, ale przy wspomaganiu silnikiem powinno dać się trzymać sensowny kurs przy ostrym bajdewindzie i rozsądnym kącie natarcia na falę. Tyle w teorii. W praktyce martwiła mnie fala, ale na Atlantyku nawet 4 metry fali to całkiem przyzwoita, ale bezpieczna huśtawka, o tyle, o ile fala idzie z jednego kierunku, bo wówczas jej długość i okres pozwalają na bezpieczne wdrapywanie się z jednego grzbietu na drugi. Taki rollercoster, ale całkiem przyjemny i zupełnie bezpieczny.

Kolejnym czynnikiem, który wywoływał przerażenie w oczach naszych sąsiadów, była pora wypłynięcia i dwójka Szerszeni na dziobie. Wypływaliśmy ewidentnie na noc, a wiecie – nocą wszystko wydaje się straszniejsze i bardziej groźne. Nocą budzą się demony. Dla mnie jednak, pomimo kilku mankamentów, był to dobry plan. Po pierwsze – dzieciaki w nocy śpią, więc nawet przy trudnych warunkach, nie będzie nimi miotać po pokładzie i całość nocnej walki po prostu prześpią. Po drugie, mieliśmy do pokonania dystans minimum 80 mil i za dnia w życiu nie dalibyśmy rady tego zrobić, a nocne przeloty całkiem dobrze nam wychodziły. Do nieznanych miejsc zdecydowanie wolę wchodzić za dnia, szczególnie przy gorszej pogodzie. Po trzecie, w nocy i nad ranem wiatr miał nieco zelżeć, więc chciałem wykorzystać tą dziurę na smyknięcie się na północ pod Lizbonę. Później miało wiać jeszcze mocniej, a fala miała urosnąć do 3 metrów. Mankamenty były oczywiste i wszystkie sprowadzały się do tego samego – braku widoczności i zmęczenia. Plan przewidywał przelot blisko wybrzeża, bo jeśli gdzieś miało wiać trochę słabiej, to właśnie w pasie przybrzeżnym. Tam z kolei roi się od sieci, a wypatrywanie ich w nocy jest praktycznie niemożliwe. W nocy nie da się również dobrze oceniać odległości i wielkości fal, co zdecydowanie utrudnia manewrowanie pomiędzy nimi. Tyle że trudniejszy odcinek drogi mieliśmy zrobić jeszcze za dnia. Widno jest do 22, więc do tego czasu miałem nadzieję pokonać najtrudniejszy etap i skorzystać jeszcze z tego, że w razie czego w jednym z ostatnich miejsc osłonięcia dałoby się w dziennym świetle rzucić kotwicę, gdybyśmy jednak stwierdzili, że warunki są zbyt trudne i musimy się gdzieś schować.

Już początek tego przelotu był, hmm… malowniczy. Jeszcze w kanale prowadzącym na otwarte morze wiatr zaczął spychać nas stalową pięścią wprost pod zwodzony most, a jak tylko przęsło uniosło się na tyle, że można się było pod nim smyrgnąć, nagle zewsząd zaczęły pojawiać się motorówki, katamarany, statki wycieczkowe i wszyscy na czas próbowali przecisnąć się w tym samym momencie przez to wąskie, otwarte przejście.  Pchani porywami silnego wiatru zza rufy gnaliśmy pod uniesione przęsło mostu, a z przeciwka przebijały się prosto na nas, pod prąd i fale różne wycieczkowce, nijak nie myślące o tym, żeby nas przepuścić. Przypominało to trochę zabawę w „kto pierwszy stchórzy”. Stwierdziłem, że nie będę manewrował i zawracał tuż przed mostem, bo to wywoła jeszcze większe zamieszenie, więc przyjąłem, że regulując jedynie prędkość jakoś uda nam się wpasować w jedną z luk… albo będzie krwawa masakra:)  Pod mostem, pomiędzy przęsłami jest tak mało miejsca, że dwa jachty praktycznie się są w stanie się minąć, a nawet mijanka jachtu z RIBem jest ryzykowna. No i faktycznie pod mostem przeszliśmy bez problemów, nie wymuszając na nikim pierwszeństwa, choć tuż za nim od lawirowania kołem i umykania przed kolejnymi ciągnącymi na nas statkami nieźle się spociłem. Po raz kolejny okazało się, że jak coś ma iść nie tak, to zawsze poczeka na trudniejsze warunki i zacznie utrudniać życie właśnie wtedy. Nie widziałem jeszcze tak dużego ruchu pod tym mostem i nie wiem, czy gorsze warunki na wodzie sprawiły lawinowy powrót wycieczkowców do mariny, czy silny wiatr sprawił, że po prostu zmieniła się moja percepcja sytuacji.

Jak tylko wyszliśmy z kanału na otwarty ocean wiatr przybrał na sile. Płynęliśmy blisko klifów, żeby raz jeszcze zobaczyć fantastyczne kształty Ponta da Piedade. Wiatr spadał na nas od strony lądu, z pionowych skał i dość szybko zamiast martwić się dobrym kadrem zdjęć, zaczęliśmy nerwowo spoglądać na wiatromierz. Jego wskazówka bowiem wspięła się na wartość 40 węzłów i nie chciała zejść niżej, a jacht zaczęło przyginać do wody pomimo tego, że nie nieśliśmy jeszcze nawet skrawka żagla. Zrobiło się zimno, ale osłonięci jeszcze samym przylądkiem nie walczyliśmy z falą. Wykorzystaliśmy ten moment na wbicie się w sztormiaki. Zapowiedź prawdziwej walki pojawiła się dopiero kilka mil później po minięciu przylądka i skierowaniu się w stronę Cabo de São Vicente. Pomimo tego, że wciąż byliśmy osłonięci lądem, fala przybrała na rozmiarach i zaczęła bić o jacht już coraz bardziej stanowczo. Za sterem stała Justyna i widziałem z dołu, że sztormiak ma już zupełnie mokry, a przez pokład co rusz przelewały się kubły wody. Życie pod pokładem stawało się coraz trudniejsze. W końcu postawiliśmy mocno zrefowane żagle i jacht nieco się ustabilizował, tyle że wiatr przybrał na sile, więc wciąż wspomagaliśmy się silnikiem. Justyna zawołała mnie z góry, bo regularnie wiało już w granicach 50 węzłów a porywy sięgały 55. Dopiąłem swój sztormiak i wszedłem za ster po czym przez kolejnych kilka godzin nie udało mi się go wypuścić z rąk nawet na drobną chwilę. Od tego momentu było już tylko gorzej, głównie ze względu na falę, bo wiatr tuż po minięciu dyszy wywołanej przez przylądek ustabilizował się na bardziej sensownych wartościach, zgodnie z przewidywaniami. Wieczór, czy raczej popołudnie, poza porywami wiatru był przepiękny. Świeciło słońce, rysując na skałach ostre, kontrastowe linie. Jego promienie wciąż przyjemnie grzały twarz. Potężne fale z furią roztrzaskiwały się o skały i ogromne białe grzywacze wspinały się w górę po ciemnych klifach. Niesamowicie jak wiele zależy od takich w gruncie rzeczy czysto estetycznych czynników jak słońce. Gdyby padał deszcz, niebo zaciągnęło się szarym kocem chmur, a nie daj Boże zaczęłoby grzmieć, pewnie od razu zawrócilibyśmy do Lagos, bo mroczny pejzaż jedynie potęgowałby negatywny odbiór warunków i karmił niepotrzebnie strach.

Aż do Cabo de São Vicente warunki były w miarę ustabilizowane. Wiało koszmarnie, fala nie była zbyt ciekawa, ale biła z jednej strony – nie zdążyła się jeszcze specjalnie rozbudować jako że wiało od lądu. Do tego mieliśmy dwie spore zatoki, w których w razie czego moglibyśmy się schować na noc, gdyby warunki zrobiły się rzeczywiście groźne. Brałem to pod uwagę, ale jako coś zupełnie ostatecznego. Wiedziałem że fala będzie przybierać na sile i ugrzęźniemy w zatoce na dłużej, a stanie na kotwicy przy wietrze wiejącym 40 węzłów nie należy do komfortowych (nawet jeśli wiatr bezpiecznie wieje od lądu). Dlatego postanowiłem, że najpierw musimy zobaczyć z czym będziemy mierzyli się po przejściu przylądka i zwróceniu dziobu w stronę Cabo de Espichel. Tamten odcinek zachodniego wybrzeża Portugalii składający się klifów ciągnących się przez kolejne kilkadziesiąt mil bez żadnego miejsca schronienia, mieliśmy przechodzić nocą i najważniejsze do oceny ryzyka było przekonanie się o tym, jakie warunki będą panowały właśnie tam. Wiedziałem, że de facto sytuację będę mógł ocenić dopiero po minięciu Cabo de São Vicente i zwróceniu się na północ. Samo minięcie przylądka do łatwych nie należało. W takich miejscach wiatr przybiera na sile, kręci i efekt powstałej dyszy może być naprawdę nieciekawy. Dodatkowo przeważnie inaczej wieje z jednej, a inaczej z drugiej strony cypla, więc należy liczyć się z przeciwnymi falami, które będą ścierać się i niebezpiecznie wypiętrzać. Odejść dalej od przylądka też za bardzo nie mieliśmy jak, bo ograniczał nas pas obszaru rozgraniczającego ruch dużych jednostek, a w niego nie chcieliśmy się pakować. Mieliśmy jeszcze dużo słońca (do zachodu zostały jakieś dwie godziny), więc warunki do looknięcia za przylądek były hmm… optymalne. W każdym razie na lepsze nie było co liczyć.

Faktycznie po minięciu ostatniej zatoki, skierowaniu się na północ i zmianie halsu zaczęło robić się… ciekawie. O prognozowanej fali do dwóch metrów można było zapomnieć. Waliły na nas regularne góry wodne mające spokojnie powyżej 4-5 metrów wysokości. Do tego co któraś fala uderzała w nas z zupełnie innego kierunku, a nakładające się fale generowały co jakiś czas twory zupełnie kosmicznych rozmiarów. Niby nic czego nie widziałbym wcześniej, ale sterowanie wymagało niesamowitej koncentracji, a jacht latał na tych falach w zupełnie przypadkowy sposób. Pod pokładem można było zderzyć się z dwoma przeciwnymi ścianami praktycznie w tym samym momencie. Ustanie na decku również nie należało do najłatwiejszych, tyle że można było uczepić się kolumny sterowej, co dawało całkiem niezły punkt podparcia. Pamiętam szczególnie jedną falę, do której przymierzałem się z większym wyprzedzeniem, bo widziałem jak powoli wynurza się z toni i rośnie na lewej burcie przed dziobem, ale w momencie gdy po wykręceniu na nią już ostatecznie stanęła przed nami zwątpiłem… i naprawdę nie wiedziałem, czy będziemy w stanie się na nią wspiąć. To był ten moment, w którym pomyślałem, że chyba niepotrzebnie ryzykujemy. Do tej chwili fale dawały nam popalić, ale ani ich rozmiar, ani wydłużony okres i rozpiętość nie stanowiły zagrożenia. Jacht powoli wspinał się na jedną i powoli spływał z niej w stronę kolejnej, miotany czasami nakładającym się bocznym rozkołysem. Dawało się ostro wchodzić na zbliżające się góry i ślizgać się z nich już pod płytszym kątem, żeby dziób nie leciał pionowo w dół po zboczu i nie rył w podstawę kolejnej fali. Ale ta jedna fala była naprawdę wyjątkowa i całe szczęście Desiderata zdołała wejść na nią jak się okazało bez większych problemów, choć dźwięk śruby bezradnie mielącej wodę za rufą, by po chwili mielić już jedynie powietrze i stęknięcie takielunku nie były dźwiękami, które chciałbym słyszeć częściej.

Oczywiście plan wacht trafił szlag. Mieliśmy wymieniać się co trzy godziny, ale warunki nie dawały tego komfortu. Justyna toczyła wieczorem pod pokładem ciężką walkę, aby położyć dzieciaki. Przejście dwóch metrów pod pokładem przy takiej fali stanowi nie lada wyzwanie, ale przeniesienie śpiącego dziecka z salonu do sypiali stanowi już czyn heroiczny. Na szczęście Stefan położył się wcześniej już w sypialni, więc pozostało przeniesienie i przebranie Gutka. Może jakimś zobrazowaniem sytuacji będzie jeśli powiem, że w takich warunkach korzysta się z pasów asekuracyjnych również pod pokładem, żeby wpinać się dla bezpieczeństwa i wiązać na stałe do jakiegoś elementu jachtu. Po położeniu dzieci Justyna rzuciła się jeszcze w wir heroicznej i zdanej na sromotną klęskę walki o przywrócenie ładu pod pokładem. W takich warunkach wszystko jest wszędzie i po podłodze przelewa się doskonale wymieszana masa książek, przyborów nawigacyjnych, butelek, kubków, warzyw i owoców, ubrań i czego tam jeszcze nie udało się wcześniej zamknąć bezpośrednio w szafkach. Do tego na dziobie doszła jeszcze woda lejąca się z nieszczelnego okienka, wybijająca toaleta i cała masa szpejów walających się w jaskółkach. Koszmar. W końcu wymęczona i przekonana o bezcelowości dalszej walki położyła się spać. Nie było sensu stać na pokładzie w tych warunkach w kilka osób. Piotr starał się asystować na decku, ale mijało się to z celem. Przy sterze w tak trudnych warunkach i tak nie było się co zmieniać, a zależało mi na tym, żeby w nocy ktoś w miarę wypoczęty mógł przejąć ster, w sytuacji, gdyby warunki na to jednak pozwoliły. W końcu udało mi się wygonić go pod pokład i przekonać, że najlepsze, co może teraz zrobić, to próbować przespać się choć dwie godziny.

Ze zrozumiałych względów o autopilocie nie można było nawet marzyć. Raz, że i tak nie dałby rady trzymać kursu na takiej fali, dwa – oddanie jachtu w jego ręce byłoby samobójstwem. Na szczęście krótko po minięciu Cabo de São Vicente sytuacja się ustabilizowała. Wiało wciąż w okolicach 40 węzłów, ale fale grzecznie nacierały na nas z północnego zachodu i jedynie raz na jakiś czas wypiętrzony samotnik, odmienny od wszystkich walił się na nas z łoskotem, pokrywając wszystko słoną pianą. Słońce zaszło już dobre dwie godziny wcześniej, a księżyc w trzeciej kwadrze tuż przed nowiem nie dawał zbyt dużo światła, podobnie jak gwiazdy. Na szczęście fale były już regularne i białe grzywy tych groźniejszych dawało się w porę zauważyć – miały w granicach 2-3 metrów. Wiatr zaczynał słabnąć i wiał już w okolicach 33-38 węzłów. Robiło się spokojniej, spadło też napięcie, a z nim adrenalina i… co tu dużo mówić: radocha:) Bo jednak jazda na takim morzu i w takich warunkach daje, a przynajmniej mi dawała, ogromnie dużo dzikiej radości. Jest ciężko, trzeba walczyć, ale wszystko jest w granicach bezpieczeństwa, albo inaczej – rozsądnego ryzyka. Zmysły wyostrzają się do granic możliwości, nie czujesz zimna ani zmęczenia, sól zaczyna obrastać Ci twarz i ręce, a te wrastają w koło sterowe. Kiedy sytuacja zaczynała się uspokajać przyszło zmęczenie a noc sypnęła pod powieki garść piachu. Czułem każdy mięsień, jako że ostatnie godziny wymagały notorycznego wyprężania się i napinania całego ciała w próbach ustania na pokładzie. Nareszcie mogłem też trochę więcej uwagi poświęcić przyrządom i powoli zacząłem przymierzać się do skonfigurowania autopilota, tak by radził sobie z falą i trzymaniem kursu. W końcu się udało i po kliku godzinach nieprzerwanego stania za sterem byłem w stanie usiąść, a z czasem, po przekonaniu się, że trzymamy stabilnie kurs i fale nie grożą wywróceniem jachtu, zejść pod pokład. Byłem tam świadkiem ciekawej korespondencji toczącej się na UKFce. Jeden z jachtów zgłaszał potrzebę otrzymania pomocy – wysiadł im silnik plus mieli jakiejś inne straty, ale ogólnie kondycja jachtu i załogi nie wymagała natychmiastowej pomocy. Przy tak zafalowanym morzu akcje ratownicze (jeśli sytuacja nie jest dramatyczna) i tak raczej prowadzi się dopiero za dnia. Człowiek z jachtu pytał się Lizbony, jaka jest przewidywana sytuacja pogodowa na najbliższe 24 godziny. Coast Guard w odpowiedzi podał mu, że przewidywane jest utrzymanie się aktualnej pogody, tj. wiatru z północnego zachodu o sile 25 węzłów. Człowiek na jachcie po chwili milczenia zadał pytanie: ilu – 45 węzłów? Coast Guard ze spokojem sprostował, że nie 45, a 25 węzłów. W tym momencie facet na jachcie nieco zirytowanym głosem rzucił: jak 25 węzłów, skoro od dłuższego czasu nieprzerwanie wieje nam 43-45 węzłów. I tak to właśnie było z prognozami w tym roku. Tego co wywieszali przed biurem mariny w ogóle już nie czytałem, bo mijało się to z celem i było dość groteskowe. Na prognozie widać 12-15 węzłów w porywach do 20, a w marinie wieje 38. Przez trzy miesiące borykaliśmy się z tak „trafionymi” prognozami i jakoś nauczyliśmy się z tym żyć, ale pogoda na Morzu Śródziemnym w tym roku to w ogóle ciekawy temat i poświęciłem temu osobny wpis.

Justyna w nocy wstawała co godzinę, żeby sprawdzić, czy wszystko ze mną ok, spisać pozycję i uzupełnić dziennik. Te jej krótkie wizyty na pokładzie naprawdę dodawały otuchy. W końcu dołączyła do mnie tuż po pierwszej w nocy. Autopilot dzielnie prowadził nas na północ, a my, jakby nigdy nic spędziliśmy niesamowicie przyjemna godzinę, rozmawiając pod osłoną szprycbudy o wszystkim i o niczym. Nigdy wcześniej nie mieliśmy wspólnej nocnej wachty. Zawsze się wymienialiśmy, więc możliwość przegadania tej wykradzionej nocy godziny wykorzystaliśmy w każdym calu. W końcu o drugiej zwlokłem się na dół i położyłem spać a wachtę przejęła Justyna. Około 3 w nocy dołączył do niej Piotr i do świtu pozostali już na pokładzie we dwoje. Nad ranem ponownie przejąłem ster i walcząc ze snem i nudą dotrwałem tak aż do Sines. Kilka mil przed wejściem do portu wywołało mnie przez UKFkę Traffic Control i kulturalnie wypytało o plany podejścia, po czym zapytali czy za moją rufą może przejść jakaś inna jednostka krótko po tym, jak się miniemy. Raz, że nie do końca byłem wybudzony i ciężko było mi jeszcze odróżnić senne widziadła od jawy, dwa – byłem w lekkim szoku, że usłyszałem ich po pojedynczym wywołaniu (UKFkę mamy pod pokładem i siedząc na decku, ciężko ją usłyszeć). Wrociłem za ster, rzuciłem okiem na plotter i faktycznie na AISie zauważyłem jakiś statek po prawej burcie wychodzący z portu przed nami. Po chwil z mgły wyłonił się gigantyczny kontenerowiec i tuż za moją rufą wykonał zwrot o 90 stopni gnając na otwarte wody. Nie wiem dlaczego, ale był to dla mnie niesamowity i nieco surrealistyczny widok: rząd setek kontenerów przesuwających się tuż za nami, niemal na dotknięcie ręki, sunący stabilnie jak po stole, w momencie w którym my jeszcze rzucani na fali musieliśmy trzymać się wszystkimi kończynami pokładu.

Tuż przed wejściem do mariny na pokład wyszedł Piotr i zaczęliśmy wspólnie przygotowywać jacht do podejścia. Zanim skończyliśmy, w pełnym rynsztunku bojowym, z uśmiechem na ustach i z lekko zaspanymi ale ciekawskimi oczami, stawiły się Szerszenie wraz z Justyną. Po dzieciakach tej nocy w ogóle nie było widać. Wstały jak gdyby nigdy nic. Na nas noc też chyba nie zostawiła większych śladów. Lekko nie było, ale na pewno będzie co wspominać. Czy wiedząc o tym wszystkim zdecydowałbym się raz jeszcze na wyjście w takich warunkach w morze? Pewnie nie, bo przecież dżentelmeni pod wiatr nie pływają:) Chyba że są lekko szurnięci:)

6 replys to Nocą budzą się demony

  1. Z Waszych opowieści wiedziałam, że było ciężko… ale teraz czytając, wyobraźnia działa bardziej… o działo się, działo.
    Brawa dla Kapitana. Jestem z Ciebie dumna 😊😊😊

    1. Brawa dla załogi:) Raz że daliśmy radę, dwa – ekipa wiedziała, że będzie ciężko, a mimo to chciała płynąć. Widać też są lekko szurnięci 🙂

  2. Nie odłożyłam czytania na póżniej. Sam tytuł zmobilizował mnie do przeczytania go.

    Czytając dziennik jestem już
    przerażona tym Waszym wyczynem a co dopiero być uczestniczką wyprawy .Brawo dla Załogi!!!

    1. Masz też Ciociu doświadczenie w żeglowaniu, więc pewnie inaczej na to patrzysz 🙂 Woda to żywioł, pogoda bywa bardzo nieprzewidywalna, a żeglarze starają się z nimi zaprzyjaźnić 😀

Dodaj komentarz