Nikt nam nie chce dać jeść w Aguadulce

Gdy się budzę, płyniemy na żaglach, ale czuję, że i wiatr i fale przybrały od rana na sile. Chyba też zaspałam na swoją wachtę. Kładąc się o 4 nie nastawiłam budzika, bo sądziłam, że chłopcy obudzą mnie koło 8. Widać za dobrze spało mi się w deszczu, bo gdy wychodzę na pokład, wszystko jest mokre. Wyjątkowo ciężki jest to dla mnie dzień. Fale są duże. Niby nie takie jak ostatnio, ale ja i tak jakoś nie mogę sobie znaleźć miejsca na pokładzie. Budzą mnie tylko czasem bryzgi fal. Jedna nawet załamuje się nad dziobem i wdziera do wnętrza jachtu zalewając siedzącego pod pokładem Gutka. Biedny jest równie zdziwiony co przestraszony. Cały mokry, jakby ktoś wylał mu wiadro wody na głowę! Tylko słonej wody. Takie niespodzianki nawet pod pokładem! Dzień upływa nam na słuchaniu szant i rysowaniu. Chłopców roznosi energia i się szturchają. Stefan tłumacząc swoje zachowanie i chcąć udowodnić, że on też jest poszkodowany, mówi: „że osobę, która uderza, też przecież boli” 😀

Odmianą od typowo żeglarskich zajęć, jak choćby refowania żagli przy wzmagającym się wietrze, jest łapanie szekli łączącej topenantę z bomem. Nagle się poluzowała i po chwili już bujała się na linie nad wodą poza pokładem idącego w przechyle jachtu. Trochę się napociliśmy, nie chcąc pozwolić jej wpaść do wody.

Jesteśmy w morzu od wczorajszego wieczora, ale decydujemy, że popłyniemy jeszcze kawałek dalej niż do pierwotnie planowanej Almerii. Regularnie zalewani przez fale zbliżamy się do Aguadulce. Ja już ledwo trzymam się na nogach i zasypiam, gdzie się da. Na pokładzie moczą mnie fale, pod pokładem spadam z kanapy w salonie. Przez cały dzień nie mogę się dobudzić. Co za ciężki dzień…

W końcu odpoczynek! Parkujemy przy kapitanacie zaraz przy plaży. Myślimy, że tak jak w większości portów w Hiszpanii musimy się tu zameldować, a później przestawimy łódkę do mariny. Okazuje się jednak, że mamy stać przy kapitanacie aż do jutra, ponieważ dziś niedziela i nikt w marinie nie pracuje! Pierwsze zdziwienie! Kolejne, gdy zmęczeni nocą i dniem w morzu, chcemy coś zjeść w którejś z licznych knajpek na przystani. Okazuje się, że większość jest zamknięta, a nawet jeśli nie, to serwuje tylko alkohol. Jedzenie wydają dopiero od 19:30. Tak długo już płyniemy wzdłóż Włoch i Hiszpanii, a ja jeszcze nie przyzwyczaiłam się do funkcjonującej  tu siesty. Nie zrażamy się jednak. Kupujemy Mojito w nadmorskim barze i sączymy je na plaży pod palmą patrząc, jak Młodzi dokazują na placu zabaw 🙂 Warto było się dziś tłuc po pokładzie, by posiedzieć pod tą palmą 🙂

Wieczorem idziemy na kolację i Piotr śmieje się z nas, że dawno nie widział, by ktoś tyle jadł 🙂 Chyba wykończył nas ten dzień i musimy zebrać siły! Wciągamy nosem metrową pizzę, kalmary, smażone szproty i czosnkowy ser dokarmiając resztkami ryb portowego kota. Wieczorem planowaliśmy wieczór filmowy z „Pogromcami duchów”, ale chłopcy się tego bali i skończyliśmy „w towarzystwie” nieśmiertelnych i zawsze śmiesznych „Sąsiadów” 🙂

Dodaj komentarz