Na coś się trzeba zdecydować

Nie ma czasu na wszystko. Dzień na plaży, to dzień bez zwiedzania. W sumie przez ładną pogodę umknęły mi zabytki Alcudii (jednego z ważniejszych i ładniejszych miast na Majorce) oraz Soller. Nie narzekam jednak. Nazwiedzałam się ostatnio zabytków choćby podczas przymusowego postoju z powodu sztormu w Caliari i jak to Stefan mówi, wystarczająco dużo już widziałam „starych kamieni”. Przez ostatnie dni nie było więc zabytków, tylko plaża, plaża i plaża 🙂 Najpierw ta najdłuższa na Majorce w Alcudii, a dziś w Puerto de Soller. Poprzednia z glinką, dzisiejsza z drobnym żwirkiem. Nijak się nie dało w nim kopać dołków, bo pod cienką warstwą drobniejszego urobku pełno było większych kamieni.

Z ciekawostek – widzieliśmy w Soller dwie ogromne łódki zacumowane niedaleko przy tym samy nabrzeżu. Jedną z nich był katamaran trzy razy dłuższy od naszej łódki i z odbijaczami wielkości człowieka, trochę w swej wielkości przerażający. Zapewne ma większą powierzchnię od naszego naprawdę dużego mieszkania w Poznaniu. Jak nic, dom na wodzie. Drugą była piękna czarna regatowa żaglówka, w której się po prostu zakochałam. W sumie to, co udało nam się zobaczyć, znajdowało się po drodze na plażę, nigdzie w bok nie udało nam się odbić, a i tak zaciągnięcie tam Szerszeni wymagało licznych zabiegów i pertraktacji. Jak się czasem przyssą do łódki, to nie można ich z niej wyciągnąć. Akurat, gdy stoimy w porcie i jest okazja by sobie swobodnie pobiegali, oni mają inne plany. Później, jak już wyjdą do miasta, to jest już tak mało czasu na wszystko albo jest na tyle późno, że trzeba ich ściągać z powrotem na łódkę i wtedy raptem nie chcą wracać… Wszytko na opak!

Wzdłuż wybrzeża kursuje stary, drewniany, zabytkowy tramwaj, którym miałam się ochotę przejechać. Mijał nas kilka razy, ponieważ kurs ma co pół godziny i aż prosiło się, by do niego wsiąść, ale właśnie, na coś się trzeba zdecydować. Gdyby był tramwaj, nie byłoby plaży, a tu pogoda akurat jak najbardziej plażowa. Godzina wypłynięcia goni i nie mamy tygodnia, by się tu zatrzymać i spróbować wszystkiego. Zabytki i tramwaj idą więc na razie w odstawkę, a czas spędzony na plaży jest jak zawsze bardzo miły 🙂

Opływamy Majorkę od zachodu i płyniemy do Port d’Andratx. Wzgórza tutaj nie są już tak wyjątkowe jak na północy, na Cap de Formentor i w paśmie górskim Serra de Tramuntana. Pozostaję jednak pod urokiem Majorki i podpisuję się pod słowami dwójki znanych zakochanych w niej osób.
Chopin piał o niej: „Niebo jak turkus, morze jak lazur, góry jak szmaragd, powietrze jak w niebie”. Towarzyszka jego trzymiesięcznego pobytu na Majorce – George Sand notuje: „Najbardziej urodzajna wyspa archipelagu, relikcie kontynentu, o silnie zaznaczonych wpływach śródziemnomorskich, który połączywszy bez wątpienia Hiszpanię z Afryką, cieszy się klimatem i wytworami zarówno jednej, jak i drugiej”. Słowa napisane na przełomie 1838 i 1839 roku nadal są aktualne. Majorka bez wątpienia zachwyca, ale tak naprawdę najmniej plażami. Bardziej klimatem, zapachem, muzyką, widokami.
Po drodze mijamy szereg tajemniczych kamiennych wież podobnych do tych z wybrzeża i wysp włoskich (z Sycylii i Sardynii). Dopływamy do widocznej z daleka Smoczej Wyspy. Jej nazwa w języku katalońskim, który jest na Majorce równoprawnym z językiem hiszpańskim, brzmi Sa Dragonera. Pięknie położona jest na niej latarnia morska, a wokół wyspy szybuje mnóstwo ptaków, które mają tam swój rezerwat. Leży ona zaraz obok Majorki i by przejść pomiędzy tymi wyspami, musimy zbliżyć się do stromych, smoczych brzegów. Wiatr, który nagle zrywa się przy nich, jest zaskakująco silny i na poczekaniu wymyślamy historię o tym, jak to smok z wyspy daje nam o sobie znać 😃 Naszą wyobraźnię podkręcają infrormacje o tym, że w swojej historii Majorka była wielokrotnie atakowana przez piratów, przez co, w którymś momencie, zaczęto miasta sytuować dalej od brzegów, w głębi lądu. Podobno właśnie na wyspie Sa Dragonera miał swoją bazę Barbarossa, najsłynniejszy pirat, jaki kiedykolwiek grasował na Morzu Śródziemnym.

Stajemy na bojce w zatoczce przy Port d’Andratx, która może nie jest zaciszna i bezludna, ale roztacza się z niej widok na nabrzeże z restauracjami, małe miasteczko, inne jachty stojące w zatoce. Jest ładnie, ale trudno mi się tym cieszyć, bo dzień pod pokładem dał mi się we znaki. Chłopcy ze swoim koncertem życzeń dotyczącym jedzenia dają czasem popalić i w sumie spełnianie ich oczekiwań wcale nie wychodzi na dobre. Do tego, jak zwykle jakiś splot i ciąg wydarzeń, prowadzi mnie do małego doła.
Rozumiem niby, że panowie na jachcie chcą być pomocni i że tak powiem wyręczać kobietę w trudniejszych fizycznie zadaniach, ale tak naprawdę plan był taki, że sami z B i z Szerszeniami ruszymy na tę wyprawę i z perspektywy czasu patrząc, dalibyśmy sobie radę. Pomysł tego rejsu też nie wziął się znikąd. Wynikał z pasji i miłości do żeglowania. Praca na pokładzie, nawet jeśli są to czasem bardziej wymagające fizycznie zadania przy cumach czy kabestanie, to jest właśnie to, co lubię. Trymowanie żagli, nocne wachty, to jest właśnie to, po co tu jestem. Wyciąganie mi pracy z rączek sprawia, że wcale nie czuję się szczęśliwsza. Przecież ja przyjechałam tu, by żeglować. Nie po to, by gotować trzy obiady pod pokładem. I żeby nie było. Nie chodzi o to gotowanie, bo to akurat dla mnie żaden problem. Po prostu potrzebuję równowagi. Mogę gotować, zajmować się dziećmi, znosić koncert życzeń i gasić pożary w relacjach między Szerszeniami, ale to nie jest tylko to, po co tu jestem. Nawet zwiedzanie i oglądanie tych starych kamieni jest tylko wynikiem bycia tutaj, choć też bardzo to lubię. Czymś, po co tu przyjechałam jest żeglarstwo i praca na pokładzie. Odbieranie mi tego jest podważaniem sensu mojego bycia tutaj. Tak naprawdę w domu w bardziej komfortowych warunkach mogłabym zajmować się dziećmi, w kółko przebierać, prać, gotować, niekoniecznie w przechyłach wylewać kupy z nocników do sedesu i na dodatek miałabym więcej oddechu i co tu kryć, nie byłabym non stop z dziećmi, bo kto je ma, ten wie, że odpoczynek od nich też się przydaje. I ponownie, podkreślam – biorąc pod uwagę rejs tylko z naszą czwórką, wiedziałam doskonale, że będę cały czas z chłopcami u boku gotowała, przebierała, prała, wylewała te kupy z nocników w przechyłach, ale właśnie wiedziałam, że też SAMA będę kurde blade te liny wyciągała, żagle trymowała i nawigowała, a tak naprawdę czasem marzę o tym, by choć na chwilę stanąć za sterem…

4 replys to Na coś się trzeba zdecydować

  1. Oj… czuje kryzys… czasem drobiazg do niego doprowadza … brak żagli w żaglach ?
    Ale tak naprawdę to przeżyć , widoków, pracy i … jest dużo . Jak rozumem samodzielne żeglowanie na nocnych wachtach to za mało ? Mam nadzieje , ze jutrzejszy i każdy kolejny dzień będzie miał więcej żeglowania dla Ciebie .

    1. Czasami w chwilach zwątpienia człowiek powie więcej niż by chciał 🙂 Pracy żeglarskiej mam sporo, ale czasem chciałabym wykorzystać okazję do granic możliwości!

  2. Taki rejs to wielkie emocje … wiele się dzieje … trzymam kciuki aby tak dalej i jak najmniej chwil zwątpienia 😊❤️

Dodaj komentarz