My to mamy szczęście! – Lagos

Plany na dziś zobowiązują, trzeba wstać wcześniej. Dzięki temu, że wstajemy przed dziećmi, mamy czas na przejście się z B z kawą w ręku po marinie i pooglądanie jachtów. Tak jak mówiłam, stoi tu dużo Hallberg-Rassy, które nam się podobają, a marina jest do tego prawdziwym portem jachtowym, więc naprawdę jest na co popatrzeć. Stoi tu nawet duży, polski jacht żaglowy. Wygląda na naprawdę ekskluzywny, a wrażenia dopełnia czarne malowanie. Nosi dumne imię Horacy. Wydaje się pusty, nie widać na nim załogi, nie ma więc z kim porozmawiać.

Po śniadaniu chcemy zwiedzić miasto, iść na klify i po drodze spędzić trochę czasu na plaży. Plan ambitny jak na spacer z 3 i 5-latkiem, ale nie pierwszy raz Szerszenie w trakcje rejsu maszerują z nami na długie dystanse. Na Gibraltarze przeszli ponad 10 kilometrów, to i teraz dadzą radę. Jedynie chęć wypłynięcia jeszcze dziś ogranicza nas czasowo. Chcemy ruszyć na noc w morze, musimy więc wrócić ze spaceru przed wieczorem.

Droga do miasta prowadzi przez zwodzony most, pod którym wczoraj przepływaliśmy. Szerszenie zachwycone są tym, jak most podnosi się przed kolejnymi przepływającymi jachtami. Później z radością przebiegają po nim, gdy most się zamyka. Przed nami stare miasto. Jest piękne! Plątanina małych uliczek łączących się na chwilę przy tętniących życiem placach. Nad nimi pochylają się jak zwykle drzewa kwitnące na fioletowo, pełne kwiatów za to bez ani jednego listka.

To co mi się w portugalskiej zabudowie najbardziej podoba, to obłożone kolorową ceramiką całe ściany domów, ozdobne drzwi w spranych czasem i deszczem barwach z ozdobnymi okuciami, kołatkami i klamkami oraz zaokgrąglone ściany budynków na rogach. Żałuję trochę, że nie mam jak i kiedy zrobić im dobrych zdjęć. Ani noszenie lustrzanki na długie spacery z dziećmi nie jest możliwe, ani poświęcanie uwagi równocześnie robieniu zdjęć, jak i pilnowaniu hiperaktywnych dzieci. Chciałabym tu kiedyś wrócić z aparatem i utrwalić to piękno. Musiałaby to być jednak typowo fotograficzna wyprawa, bo teraz nawet bez aparatu dostaję zeza rozbieżnego przy pilnowaniu moich wszędobylskich dzieci 😃

Kluczymy w tej plątaninie uliczek i podglądamy życie miasta. Dużo jest tu restauracyjek i sklepów, widać też sporo turystów, ale nie ma tłumów. W wielu sklepach piękne artystyczne wyroby, dużo kolorowej ceramiki, ozdób ze skarbów wyłowionych z morza, z muszli i drewna. Oglądamy te wszystkie cuda, przysiadamy na lodach i piwie, ścigamy się z Szerszeniami po wąskich uliczkach, ale czas mija, a na klify daleko.

Gdy wychodzimy z uliczek starego miasta, które dawały nam cień, słońce zaczyna być męczące. Droga na wybrzeże wiedzie pięknymi łąkami, na których gdzieniegdzie rosną palmy i figowce. Tuż nad samymi urwiskami pasą się konie 😃 Słońce jednak tak już nam się daje we znaki, że decydujemy się poszukać zejścia na dół na plażę. Najpierw ochłodzimy się w morzu, a później spróbujemy dojść do klifów.
Mijamy kilka plaż widocznych z góry, jednak nie widzimy ścieżki schodzącej do nich. Bez tego nie zejdziemy z klifu, pod nami jedynie strome urwiska. Woda widziana z góry jest lazurowa. Ściany skał wystają z wody tuż przy plaży. Widoki zapierają dech w piersiach nie tylko z powodu ich piękna, ale także wysokości, z jakiej patrzymy na dół, na wybrzeże.

Znajdujemy w końcu zejście na jedną z większych plaż. Pełna jest ogromnych, ale pokruszonych muszli. Niektóre z nich są wielkości talerzy deserowych! Za skałami jesteśmy chronieni od wiatru, więc skwar robi się jeszcze bardziej nieznośny. Piach parzy tak, że bez butów nie można iść przez plażę. Dochodzimy więc do mokrego piachu i z przyjemnością moczymy się w wodzie. Wydaje się ciepła albo tak przyjemny jest jej chłód w trakcie upału, bo w sumie większość osób wchodzących do wody parska i wydaje przedziwne dźwięki, jakby woda była jednak dla nich za zimna. Może to tylko my się „ugotowaliśmy” w trakcie spaceru lub tak jesteśmy przyzwyczajeni do zimnego Bałtyku, że każda cieplejsza od niego woda, to już luksus. Szerszenie jak zwykle cieszą się ze skakania przez fale. Nie mamy ze sobą plażowych zabawek, bo nie sposób by było zabrać ich na wyprawę na klify, ale mamy małe piłeczki, którymi rzucamy się w wodzie. Jest dużo biegania i śmiechu.

Klify jednak nadal przed nami. Jeśli chcemy do nich dojść, musimy pożegnać się z piękną plażą. Widoki z góry wynagradzają nam to jednak. Ucha skalne wystające z wody, jaskinie, do których wpływają małe łódki i kajaki, kolor wody i ściany skał schodzące pionowo do wody zachwycają. Wybrzeże jest poszarpane. W niektórych miejscach wysokie skały, oderwane jakby od brzegu wystają z wody, pojedyncze, samotne. Część z nich wygląda jak góry lodowe pośrodku oceanu, inne mają kształt tyczek wbitych pionowo w kołyszącą taflę. Planujemy podziwiać ten widok jeszcze z wody, gdy będziemy przepływać tędy jachtem, ale pewnie dodatkową atrakcją byłoby wpłynąć do jaskiń pontonem. Może i to nam się uda? Powoli zdajemy sobie sprawę, że jednak dziś nie wypłyniemy. Robi się zbyt późno, byśmy zdążyli ze wszystkim. Czeka nas przecież jeszcze droga powrotna na łódkę, nie mówiąc już o innych przygotowaniach. Do tego tak naprawdę miejsce to wydaje nam się zbyt ładne, by poświecić mu tylko jeden dzień. Chcemy jeszcze pójść do knajpki i nacieszyć się urokiem miasta wieczorem.

Przyspieszamy powrót na łódkę korzystając z podwózki turystyczną ciuchcią. Dzięki temu zwiedzamy też nową cześć miasta. Lagos jest niesamowite. Nie dość, że stare miasto jest urocze, jest wiele pięknych plaż, marina jest wyjątkowo gościnna, klify tuż obok są niesamowitą atrakcją, to jeszcze nowe miasto jest bardzo ładne, czyste i białe. Bardzo często jest tak, że zabytkowe części miasta są piękne, robiące wrażenie, za to nowe takie jak wszędzie. Tu jednak całe miasto bardzo nam się podoba. Dodatkowo marina ze zwodzonym mostem jest jeszcze jedną atrakcją i nadaje żeglarskiej mekce ciekawego klimatu. Turyści licznie korzystają z tego przejścia nad wodą, ponieważ prowadzi nie tylko do mariny, ale także do dworca kolejowego i na największą plażę przy mieście. Widać, że miasto żyje pełnią życia i przyciąga turystów. Nie ma tu jednak zabójczych cen. Nie wiemy, czy wynajęcie tutaj domu na wakacje jest drogie, ponieważ mieszkamy na jachcie, ale ceny mariny, jedzenia, atrakcji turystycznych jak ciuchci, czy nawet ceny pamiątek i jedzenia w knajpach są naprawdę znośne. Na pewno jest tu dużo taniej niż w Hiszpanii, a już w szczególności na Balearach, gdzie ceny były wywindowane w kosmos. Za zwykłe zakupy spożywcze płaciliśmy tam bardzo dużo. Tutaj wiadomo, wszystko zależy od miejsca, sklepu czy restauracji. Tak jak wszędzie, tutaj też są też drogie rzeczy, ale większość cen jest tutaj bardzo przystępna. Miło nas to zaskakuje szczególnie w tak pięknym wakacyjnym miejscu.

Wieczorem realizujemy nasz plan wypicia wina w knajpce i nacieszenia się nocnym życiem miasta. Na ulicach gwar, jest radości. Widać ludzi w kolorowych strojach. Okazuje się, że znowu mamy szczęście trafić na lokalne święto. Na głównym placu, przy fontannach rozłożona jest scena, gra orkiestra, a poszczególne zespoły wchodzą na plac i tańczą swoje układy. Widać wiele starszych osób także na wózkach inwalidzkich. Wszyscy oni ubrani są dokładnie w te same kolorowe stroje jak reszta ich grupy. W niektórych zespołach widać cały przekrój wiekowy od dwuletnich dzieci po staruszków. Niezależnie od wieku, wszyscy świetnie się bawią 😃

My za to wracamy na jacht, bo jest już po 23. Chowamy się przed zimnym wiatrem idąc uliczkami miasta, a nie nabrzeżem i wspominamy, ile to już lokalnych świąt mieliśmy szczęście zobaczyć. Najpierw były obchody Wielkanocy w Chorwacji w Sibeniku, później dwie procesje w Cagliari, zawody Iron Man na Majorce, Hiszpański fesriwal w Torrevieja, procesja w Ceucie i teraz festiwal w Lagos. Jeszcze nie wiemy, że także w Sines trafimy na festiwal oraz zawody pływackie 🙂

Dodaj komentarz