Miasto, w którym chciałabym zamieszkać

Dziś jeszcze nie możemy wypłynąć. Ekipa naprawcza z mariny kończy serwis elektroniki i na 9 rano jesteśmy z nimi umówieni na testowe wypłynięcie i sprawdzenie nawigacji oraz autopilota. Przy okazji sprawdzamy kondycję kapitana 😉 Wszystkie testy wypadają pomyślnie. Teoretycznie moglibyśmy już wypływać. Wszystko jest gotowe, jednak lokalesi przebąkują o nadchodzącym silnym wietrze. Prognozy pogody nie są niby tak negatywne, ale jednak wolimy zaufać ludziom znającym morze i zostajemy dziś jeszcze w porcie. Przy okazji oddajemy do naprawy kuchenkę gazową, która kilka razy dziennie serwuje nam pokazowe huknięcia. Co jak co, ale instalacja gazowa na jachcie, to nie przelewki, więc lepiej, by była w pełni sprawna, a i ja nie mam zamiaru zejść na zawał przy kolejnym huku.

Do tej pory miałam wrażenie, że ekipa naprawcza na łódce, zarządzana przez naszego rodaka, ma nas lekko w pompie i olewa wykonanie zlecanych im prac. Tak było do czasu, gdy szef ekipy, Polak, wszedł do nas na pokład, spojrzał na biegające pod nim maluchy, na rozwieszoną siatkę na zapasy owoców i warzyw i zapytał z dużym zdziwieniem: „To na ile Wy wypływacie?”. Tak jakby dopiero teraz do niego dotarło, że nie płyniemy w tygodniowy rejs, że przed nami przynajmniej dwa miesiące w morzu, że mamy na pokładzie dzieci i jacht musi być w pełni sprawny. Dopiero wtedy mam wrażenie zmieniło się jego podejście i doczekaliśmy się realizacji zleconych wcześniej prac. Dlaczego nie mogło być tak od razu?

Dla umilenia dnia postanawiamy podpłynąć jachtem do kei miejskiej przy starym mieście i pozwiedzać raz jeszcze w sumie dobrze nam znany Sibenik. W drodze testujemy jeszcze nową genuę. Za jej pomocą, jednym halsem dopływamy do kei, cumujemy i ruszamy do miasta. Kapitan ma za zadanie zdobyć ogniwo łańcucha, a my zdobywamy miasto. Tyle razy już tu byłam, a zawsze jestem pod ogromnym wrażeniem tego miasta. Uliczki są ciasne, stare mury porośnięte roślinnością. W oknach widać albo kwiaty albo pranie. Wszystkie okiennice są w kolorach błękitu, zieleni, turkusu. Ściany budynków barwy surowego kamienia albo czerwonego wina. Mieszkańcy dbają o szczegóły. Na każdym podwórku są kwiaty w doniczkach, zaaranżowane miejsca do wypoczynku. Wydaje się, jakby to było dobre miejsce do życia i pewnie takie jest. Już któryś raz mam poczucie, że mogłabym tu zamieszkać. Sibenik choć jest na słałym lądzie, jest także dobrym miejscem wypadowym na dalmackie wyspy. Kto wie, może kiedyś tu zamieszkamy 😃

Szerszenie tańczą przed katedrą św. Jakova, gdzie dwa lata temu Stefan tańczył do muzyki ulicznego grajka, a Gutek podrygiwał w chuście u mnie na plecach. Raczkowali wtedy razem po białych, błyszczących i wygrzanych słońcem kamieniach na ulicach Starego Miasta. Młodszy jeszcze nie chodził, a Starszy dotrzymywał mu czasem towarzsytwa w raczkowaniu. Podczas tamtego rejsu, Gutek łapiąc równowagę na kolyszącej się łódce, szybko naczuczyl się chodzić i zaraz po powrocie do Polski, w wieku 10 miesięcy, ruszył sam na dwóch nogach bez niczyjej pomocy. Jego życie mocno splata się z jednym żywiołem – urodzony w wodzie, nauczył się chodzić na jachcie, żegluje z nami od dziecka, lubi nurkować. Ciekawe, co z niego wyrośnie? 😉

Dziś jest tak ciepło, że Szerszenie wpadają na pomysł zjedzenia lodów. Nie mamy żadnego problemu, by w zakamarkach ulic odnaleźć lodziarnię. Szybka dyskusja na temat wyboru smaków i chłopcy wpadają w lodową euforię!

Siedzimy na wygrzanych słońcem kamiennych schodach, jemy lody, a w tym czasie wiatr się wzmaga. Gdy wracamy na łodkę, kapitan siedzi na pokładzie i piluje naszych cum i tego, by nam jachtu fale nie wepchnęły na nabrzeże. Zanim wypływamy wiatr się uspokaja. W marinie szykujemy pyszne risotto z owocami morza. B z Szerszeniami spędzają wieczór na placu zabaw, a po uśpieniu dzieci, kapitan serwuje załodze dawkę teorii cumowania jachtu 😃 Zasypiamy przy wtórze wzmagającego się, gwiżdżącego w olinowaniu wiatru.

Dodaj komentarz