Mandalina

Zuzo już nie skrzypi. Stoi grzecznie przy kei. Po dwóch miesiącach naszego rejsu, tak długiego czasu na wodzie, tylu dni słońca i deszczu, wiatru i ciszy. Wyleguję się jeszcze w łóżku. Moje dłonie na białej pościeli wydają mi się teraz takie opalone. Jakoś nigdy wcześniej nie zwróciłam na to uwagi, najczęściej szybko wstając na wachtę. Teraz leżę i się im przyglądam, nigdzie się nie spieszę.
Właściwie mamy dzień wolny. Musimy co prawda spotkać się na chwilę z Buco, który jest tutaj base managerem, przekazać mu kilka informacji o jachcie, co jest na nim do po- lub naprawienia, musimy trochę katamaran posprzątać i może już się spakować, ale to tak niewiele do roboty jak na cały dzień, że wcale się z tym wszystkim nie spieszymy.

Idziemy na poranną kawę do knajpki w marinie, zajadamy do niej na śniadanie po pół pysznej pizzy, która w Chorwacji naprawdę nie odbiega od tej włoskiej. Później Bolek spędza z godzinę przekazując Buco co i jak na łódce działa lub nie działa, a ja w tym czasie trochę ogarniam pokład.

Nie chce nam się dziś bardziej niż chce i trochę na przekór temu naszemu nastawieniu i wypinając się na to, że pada, pakujemy plecaki i ruszamy na wycieczkę. Tym razem nie będzie zwiedzania mojego ulubionego, ale też dzięki temu bardzo dobrze mi znanego Sibenika. Dziś idziemy na twierdzę św. Mikołaja. Wielokrotnie mijałam ją łódką w kanale św. Antego, ale tylko obiecywałam sobie wtedy, że kiedyś ją zwiedzę. Teraz czas wywiązać się z obietnic danych sobie samej ?

Po drodze chcemy jeszcze sprzedać w porcie rybackim po drugiej stronie zatoki nasz wielki odbijacz wyłowiony pośrodku oceanu. Na Zuzo jest stanowczo za duży, a do domu też go przecież nie weźmiemy. Właściciel większego kutra mógłby zrobić z niego dobry użytek, a my zarobilibyśmy tym sposobem choćby na wino, sprzedając go za bezcen w porównaniu z ceną takiego nowego. Plan jest dobry, gorzej z realizacją, bo gdy podpływamy do rybackiego portu, naszym super wypasionym pontonem, nabrzeże okazuje się zupełnie wymarłe. Może to kwestia zbyt późnej godziny, bo się oczywiście jak zwykle nie mogliśmy ruszyć przed godziną 15 i tego, że dziś jest sobota?

Nie pozostaje nam nic innego, jak zostawić odbijacz w dinghi, zacumować nasz środek transportu gdzieś do nabrzeża pomiędzy dużymi kurtami i ruszyć na wyprawę.

Niewiele czasu mija, a my już ze dwa razy zbaczamy z głównego szlaku. Tu kusi górka i to, co może być za nią, tam ładne rośliny. No tym sposobem to my znowu wrócimy na jacht o północy, jeśli w ogóle dojdziemy do twierdzy, bo jest na nią naprawdę daleko. To schodzenie ze ścieżki, które mam we krwi, owocuje jak zawsze ciekawymi odkryciami. Natrafiamy na pozostałości opuszczonych wiosek położonych w pięknych miejscach. Ku naszemu zdziwieniu pojedyncze domy są zamieszkane. To są naprawdę zapomniane miejsca, niesamowicie urokliwe, ale jednak mieszkanie tutaj musi być wyjątkowe z powodu swojego oddalenia, braku sąsiadów i trudnego lub nawet niemożliwego dla zwyczajnych samochodów dojazdu. Ciekawe kto tutaj żyje?

Decydujemy się jednak trzymać utartego szlaku, bo chodzenie zakosami pomiędzy krzakami nie zaprowadzi nas daleko. Tym sposobem także odkrywamy ciekawe miejsca. Ławki na skałach z pięknym widokiem na kanał i przepływające w dole jachty. Jesteśmy zgodni co do tego, że to idealne miejsce na wypicie jednego z karaibskich piw, które ze sobą zabraliśmy. Deszcz nam w tym zupełnie nie przeszkadza!

Dalej na szlaku kilka punktów widokowych, które łączy ścieżka pnąca się granią tuż nad klifem. Schodzimy z niej już tylko raz po to, by dotrzeć do bunkrów nad wodą. Zwiedzamy jeden ze schronów dla łodzi podwodnych. Jest o tyle inny od wszystkich innych, jakie widziałam w Chorwacji, że ma dwa wyjścia i jest zbudowany w łuk. Niedaleko niego odnajdujemy jeszcze starą kaplicę wykutą w skale, a w niej kamienne koryto wypełnione wodą z łacińską inskrypcją na brzegu. Magiczne miejsca, w których za towarzystwo mamy jedynie gołębie. Deszcz dalej pada…

Za dawnych czasów z Bartkiem często zwiedzaliśmy stare fabryki, zakradaliśmy się do opuszczonych magazynów. Już prawie zapomniałam, jakie to było ekscytujące. Teraz to wraca, gdy w drodze na twierdzę zachodzimy z Bolkiem do opuszczonych wojskowych kwater, schronów ukrytych w wykutych w skale wąwozach. Pełno tu opuszczonych hangarów o niesamowitych drewnianych sklepieniach, które przypominają budowę kadłubów łodzi. Wchodzimy do starych budynków i nie zniechęcają nas do tego wszechobecne napisy z zakazem wejścia. Zakradamy się na ich piętra i balkony mijając ostrożnie dziury w podłodze i staramy się odgadnąć tajemnice tych miejsc. Do twierdzy coraz bliżej. Deszcz cały czas pada…

Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie spróbowali tutaj Geocachingu ? Czekają nas przynajmniej trzy wyzwania. Pierwszą skrytkę, uparcie szukając i nie zrażając się długimi niepowodzeniami w poszukiwaniach, odnajduję jeszcze koło drogi przy ostatniej zatoce dzielącej nas od celu. Drugą znajduje Bolek na wyspie tuż przed twierdzą w bunkrach poukrywanych w ziemi. Trzecia jest już w twierdzy. Dzieli nas jednak od niej pas wody. Widać niby zalaną ścieżkę prowadzącą na drugi brzeg, ale suchą stopą to my tam nie dojdziemy. Znak, który zakazuje przejścia, tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że musimy przynajmniej spróbować się tam dostać. Ściągamy buty, podwijamy spodnie i przeprawiamy się. Woda nie jest aż tak zimna, choć dodatkowe moczenie się po całym dniu w deszczu do najprzyjemniejszych nie należy. Teraz poza wszystkim innym będziemy mieli jeszcze mokre stopy. To co najbardziej przeszkadza, to ostre skały, po których trudno się stąpa, ale udaje nam się dotrzeć na wyspę, na której zbudowana jest twierdza. Tam buty lądują z powrotem na nogach, bo czeka nas wspinanie się po rusztowaniu. Stoi tu ono z powodu prowadzonego na twierdzy remontu, a dla nas jest jak zaproszenie do wejścia na górę.

Widać, że miejsce nie jest zbytnio przystosowane do zwiedzenia. Na placu, na górze rozległej budowli jest wiele niezabezpieczonych dziur w ziemi. Gdy do nich zaglądamy, widzimy, że pod nami jest jeszcze kilka kondygnacji, a wpadnięcie w taką pułapkę skończyłoby się długim lotem i twardym lądowaniem. Staramy się uważać, by nie zaserwować sobie takich zbędnych atrakcji. Obchodzimy cały plac, wyglądamy z góry na wszystkie strony świata i ruszmy na zwiedzanie niższych pięter. Na dół prowadzą niesamowite schody. Wszystko jest zrobione z białego kamienia dokładnie takiego jak w Sibeniku. Właśnie za ten kamień wykorzystywany przy budowaniu domów i ulic tak lubię to stare miasto. Schodzimy do kolejnych komnat. Są ogromne. Nasze poznańskie forty nijak się mają do tej twierdzy. Tutaj widać ogrom budowli, bardzo wysokie sklepienia, wielkie łuki. Wszytko jest gigantyczne. Na samym dole jesteśmy już na poziomie chlupoczącej tuż obok nas wody. Jest ona na wyciągnięcie ręki za okienkami położonymi tuż przy podłodze. Przy wyższej fali morze musi się tędy wlewać do środka. Ostrzał prowadzony z najniższych okienek musiał być skierowany prosto w burtę przepływających tędy okrętów i musiał być dla nich zabójczy! Nie wyobrażam sobie, jak można by minąć statkiem taką fortecę broniącą wstępu do kanału i miasta! W tych miejscach, w których w górnym placu były otwory w „podłodze”, wlewa się tutaj światło. Nadaje ono temu miejscu wygląd katedry. Na ścianach jest mnóstwo wapiennych nacieków. Widać jak tworzą się stalaktyty i stalagmity. Echo rozbrzmiewa w ogromnych, pustych pomieszczeniach. Nawet dźwięk fal urasta tutaj do rangi dziwnego hałasu. Jedyna brama wejściowa do twierdzy dostępna tylko od strony wody ozdobiona jest szeregiem głów, tym razem zwierzęcych, a nie jak w Sibeniku na Katedrze Jakova ludzkich. Po prawdzie, to tutaj są właściwie kamienne zwierzęce czaszki a nie głowy. Brama jest naprawdę piękna. Mury zewnętrzne, pomimo wieku, nadal są tak gładkie, że nie sposób się po nich wspiąć. Próbujemy tego, starając się odnaleźć ostatnią skrytkę z Geocachingu. Nie udaje nam się. Na pocieszenie, tuż pod bramą do tej niesamowitej fortecy, wypijamy na spółę drugie z naszych karaibskich piw wziętych na dzisiejszą wycieczkę.

Powrót planujemy inną drogą. Mamy zamiar dotrzeć do dwóch jezior w okolicy. Przy pierwszym zastaje nas zachód słońca, przy drugim zaczyna się ściemniać. Nie odbiera nam to radości z podziwiania widoków. Zbieram jeszcze na brzegu muszelki, smakuję wody i stwierdzam, że i w jednym i w drugim jeziorze jest ona słona, próbujemy jeszcze odnalezienia jednej skrytki, ale to już nie czas na kolejne przystanki, tylko na powrót na łódkę, bo noc zapada, a my mamy przed sobą jeszcze daleką drogę.

Niestety w jej trakcie mój (prawdopodobnie) złamany na Karaibach palec odmawia posłuszeństwa. Maszerujemy już któryś kilometr asfaltową drogą i mam wrażenie, że moja stopa spuchła bardziej niż dotychczas. Potrzebuję chwili odpoczynku i sprawdzenia, czy mi paluszek nie odpadł. Na pocieszenie ostatnie karaibskie piwo. Deszcz już nie pada.

Jest już bardzo późno, my głodni jak wilki. Bolek proponuje kolację jeszcze w drodze, przed powrotem na łódkę. Zaglądamy do restauracji, w której posilaliśmy się na starcie naszego ubiegłorocznego rejsu z Szerszeniami. Co to za przyjemność zjeść coś pysznego po takiej wyprawie! Noga mnie już nie boli, gdy maszerujemy jeszcze spory kawałek do portu rybackiego, gdzie zostawiliśmy ponton ? Nocna jazda po zatoce, podkręcona naszymi humorami po winie wypitym do kolacji i przy braku oświetlenia nawigacyjnego ma urok drobnego szaleństwa ?, ale co to dla tych, co przepłynęli Atlantyk?!? 😀

Dodaj komentarz