Mały Trójkąt Bermudzki – trudna noc w morzu

Tak czekaliśmy na dobry moment do wyjścia, że prawie przedobrzyliśmy. Rano fale były jeszcze dosyć duże, ale kierunek wiatru nam sprzyjał. Jednak płytkie wyjście z portu nie nastrajało nas pozytywnie do wcześniejszego wychodzenia w morze przy tym zafalowaniu. Zrobiliśmy jeszcze pranie, zakupy, wyczyściliśmy pokład. Nie zabrakło oczywiście przyjemności pomiędzy obowiązkami, czyli kawki w portowej Ristorante-Pizzeria, która ani nie jest Ristorante ani Pizzeria. Niby miły dzień, ale widać i słychać, że wszystkich frustruje stanie w porcie. Mamy ochotę być już na morzu, prawie niezależnie od tego, jakie warunki byśmy tam zastali. Już za dużo mamy Roccella Ionica, chcemy płynąć do Taorminy. Sycylia staje się takim kamieniem milowym naszej wyprawy. Ja cały czas twierdzę, że właśnie na niej ściągnę gips, a B uspakaja Stefana, że na Sycylii już zapomni o ospie i będzie mógł się kąpać i nosić krótkie ubrania. Nic dziwnego więc, że wyczekujemy jej z utęsknieniem.

Gdy jednak zapada decyzja, że to już jest ten wyczekiwany moment, na stacji paliw robi się kolejka i musimy czekać na jakieś inne duże statki, które się wcześniej zapowiadziały z tankowaniem. Tu nie można po prostu przypłynąć i zatankować, bo stacja inaczej będzie zamknięta. Trzeba się telefonicznie umówić z Włochem, który ni w ząb nie mówi po angielsku, więc nawet jeśli zależy Ci na innej godzinie tankowania, to i tak musisz przystać na jedyną słuszną, jaką on podaje. I zapomnij, że otworzy stację w czasie siesty, a więc część dnia wypada na załatwienie takich kwestii.
W końcu w komunikacji ze stacją na UKFce pośredniczy marina i udaje nam się wydębić wcześniejsze tankowanie. Musimy mieć rezerwę paliwa, gdyby wiatry nam nie sprzyjały, bo dziś przed nami cała noc morzu. A wiatry właśnie przestają sprzyjać w godzinie naszego wypłynięcia. Tego co się dzieje, nie ma na żadnej z pięciu prognoz. Po prostu przechodzą nad nami ciężkie deszczowe chmury i podmuchy pod nimi są bardzo różne, co nas skłania do zrefowania żagli. Wiatr też stale zmienia kierunek, więc męczą nas ciągłe szkwały, przechyły i po chwili dla odmiany prawie absolutna cisza. Po raz pierwszy na rejsie przy którymś większym przechyle Stefan mówi, że się boi. Wcześniej cieszyła go taka huśtawka i za każdym razem się z tego śmiał. Teraz jednak klimat jest inny, niebo ciemne, deszczowe, nie ma słońca, a Stefan jest podatny na takie rzeczy wpływające na nastrój, jak pogoda, czy choćby muzyka. Trochę się obawiałam, czy i kiedy padnie z ust Młodych takie stwierdzenie: „boję się”. Nie ma jednak teraz zagrożenia, wiatr nie jest aż tak silny, więc wspólnymi siłami tłumaczymy po prostu Stefanowi jak działa wiatr i fala na naszą łódkę i dlaczego serwuje nam takie nagłe przechyły.

Szybko idziemy spać, bo ja jestem wykończona tym dniem, muszę się wyspać przed nocną wachtą. Gdy o północy wychodzę na pokład, wszystko wydaje się być piękne. Jestem wyspana, na niebie widać spadające gwiazdy, przy prawej burcie idzie z nami duża ławica delfinów. Okazuje się jednak, że chwilę wcześniej poprzedniej wachcie wysiadł GPS na chartploterze w kokpicie. Mamy odczyty z GPS i AIS na telefonie, ale ten z racji konieczności podładowania, zostaje pod pokładem. Przyzwyczajeni do wygody posiadania tych odczytów pod ręką zaczynamy wachtę z utrudnieniami. Później robi się tylko gorzej. Wiatr się wzmaga, Wieje już naprawdę sztormowo. Zostajemy przy zrefowanym grocie, ale przy tym kierunku wiatru i fali nie obejdzie się bez silnika. Do tego wszystkiego wysiada nam autopilot, więc cały czas ktoś musi stać przy sterze, co przy tym sztormowym wietrze nie jest już miłe, a do tego fale zalewające pokład serwują sternikowi prawdziwie orzeźwiające prysznice. Woda zaczyna nawet przeciekać przez górne okienko w naszej kajucie budząc Szerszenie, które na przekór wszystkiemu i swoim poprzednim obawom teraz już są ubawione tym jak jacht tańczy na falach. Chociaż to, że dzieci się cieszą 🙂

Umawiamy się na stanie za sterem po 15 minut i tylko ukryci w zaciszu szprycbuty prowadzimy obserwacje statków na morzu. A jest tu z czym się mijać. Z Cieśniny Mesyńskiej wychodzą ogromne statki Cargo i zmierzają na ląd do Włoch lub Grecji. Pozostałe płyną do innych portów na Sycylii. My za to przecinamy dziś cieśninę w poprzek i musimy się odnaleźć na tym morskim skrzyżowaniu, a przy okazji nie przeszkadzać pływającym kolosom podążającym swoim kursem. Dla mnie ta wachta jest stresująca. B idąc spać, pociesza mnie niby, że tak naprawdę muszę się minąć tylko z kilkoma statkami, że nia ma tu prawdziwego tłoku. Ma rację, w drogę wchodzi nam kilka jednostek, pozostałe po prostu widać z daleka, ale i tak mnie to stresuje przy tych mało sprzyjających warunkach.
Pod koniec wachty GPS nagle ożywa, wiatr maleje, jedynie fala daje nam jeszcze długo popalić. Mamy wrażenie, że przeszliśmy właśnie przez mały Trójkąd Bermudzki. Co to dalej będzie? Przed nami przecież  jeszcze Scylla i Charybda! 😉

Dodaj komentarz