Majorka jak Szkocja i najlepsze obuwie trekkingowe

Wiecie, jakie miałam obrazy w głowie na myśl o Majorce? Palmy, lazurowa woda, plaża i imprezy. Macie te same skojarzenia? Nawet nie podejrzewałam, że zobaczę zbocza gór urywające się klifami nad wodą i zasnute mgłami i chmurami. Fakt, pewnie wolałabym pogodę rodem z obrazków z podpisem Majorka, ale jeszcze rano w pełnym, prażącym słońcu kąpaliśmy się na plaży w Alcudii i w sumie robiliśmy to przez ostatnie trzy dni, więc nie mam na co narzekać, ale już po południu siedziałam za sterem w bluzie i czapce. Prawda jest taka, że na wodzie zawsze jest dużo zimniej i wiatr na tyle daje się we znaki, że niedosuszone po plaży włosy trzeba wcisnąć pod czapkę, by nie dorobić się kataru. To więc mnie nie dziwiło, że musiałam się grubiej ubrać na czas płynięcia. Zaskoczona byłam widokami. Nikt nigdy mi o takiej Majorce nie mówił! Północne jej wybrzeże jest przecudnej urody, szczególnie Cap de Formentor i pasmo górskie Serra de Tramuntana. Dawno nie zdarzył się taki dzień, że wszyscy stali cały czas na pokładzie i podziwiali to, co widać za burtą. Słońce zachodziło oświetlając zbocza. Ptaki unosiły się tuż nad falami prawie nurzając końcówki skrzydeł w wodzie. Niektóre, te najmniejsze, nurkowały raz na jakiś czas w falach w pogoni za rybą.

Zrobiliśmy zawrotkę za ogromną skałą, która wyglądała, jak pochylony stół albo stok narciarki sterczący z wody ze zjazdem schodzącym do zatoki Cala de Sa Calobra. Miejsce schowane za skałami, pełne wznoszących się pionowo kamiennych ścian, wydawało się na tyle głęboko usytuowane w zatoce, że powinna tu być cisza i spokój, za to rozkołys był tak duży, że telepało nami na lewo i prawo. Kotwica trzymała mocno, ale co z tego, gdy jacht czasem ustawiał się bokiem do fali i jedyne, co wtedy robiliśmy, to zabezpieczaliśmy kolejne rzeczy, by nie turlały się po jachcie. Młodzi bawili się w swojej kajucie w bieganie po łóżku z lewa na prawą, aż do zderzenia ze ścianą. Ja już nie miałam siły na siedzenie przy komputerze w tych warunkach. Co prawda rzucona dryfkotwa zdała egzamin i już nie dostawaliśmy bocznej fali, ale i tak samo stanie na jachcie wymagało wysiłku. Co ja mówię?!? Nawet leżenie w łóżku wymagało wysiłku, by nie kulać się w kółko z boku na bok. Posiedziałam więc jeszcze tylko chwilę na pokładzie podziwiając ciemniejące na tle nieba wzgórza. Pomiędzy nimi widoczna była przerwa na malutką plażę. Jutro tam popłyniemy i sprawdzimy, czy rozciąga się za nią opisywany w internecie wąwóz.
W skałach nad brzegiem zaczynają pojawiać się zielone światła. To prawdopodobnie tunel prowadzący na plażę. Słychać jeszcze kozy lub owce. Stwierdzamy, że pewnie ktoś tu wypasa zwierzęta i idziemy spać.

Rano zatoka zyskuje jeszcze inny wymiar. Na pewno zasługuje na miano najpiękniejszej skalistej zatoki na Majorce. Ogromne ściany tuż nad nami, kamienie wystające z wody i ta mała wyrwa w ścianach prowadząca na plażę bardzo nam się podoba. Podziwom i zachwytom nie ma końca. Kapitan po porannej kąpieli w morzu serwuje Szerszeniom wycieczkę pontonem w celu rozeznania terenu i sprawdzeniu, czy wyjście z wody na plażę jest bezpieczne. Z wyprawy przywożą wiadomość, że to nie kozy czy owce słyszeliśmy wczoraj, a najprawdziwsze kozice skaczące po skałkach na jednym z małych półwyspów w zatoce. Później jeszcze raz spotkamy kozice na lądzie, ale będą to trzy młode, które nawet specjalnie się nami nie bedą przejmować. Dla nas za to będzie to duże przeżycie, obserwować je z tak bliska! Robiliśmy im zdjęcia z oddalenia, nie chcąc specjalnie zakłócać ich spokoju, ale ostatecznie zeszły nam z drogi dopiero, gdy zbliżyliśmy się do nich na jakieś 2-3 metry! Przyzwyczajone są pewnie do turystów, a tych od godziny 11 zaczyna przybywać i zatoka wcześniej zupełnie pusta, wypełnia się jachtami, motorówkami i statkami wycieczkowymi.

Może nie ma tu tłumów, to w końcu jeszcze nie szczyt sezonu, ale nie jest to już tak dzika zatoka, jak nam się wydawało wczoraj wieczorem, a nawet dziś z samego rana. Wąwóz tuż za plażą opisywany jest jako miejsce, które odcina wszystkie hałasy z zewnątrz. Ciekawa więc jestem, czy ludzie, z którymi do niego wejdziemy, uszanują tę jego wyjątkowość i czy będą się zachowywać wystarczająco cicho. Naszym chłopcom daje się wytłumaczyć, dlaczego powinni mówić szeptem i potrafią poskromić swoją gromko wyrażaną radość na widok kolejnych kamienistych plaż przy małych oczkach wodnych. Przy każdej okazji sprawdzam, czy woda w nich jest słodka, ale pomimo tego, że weszliśmy już daleko w głąb lądu, to jednak smak wody pozostaje słony. Wiem, że wąwozem zimą i wczesną wiosną, po dużych opadach deszczu, z okolicznych zboczy spływa ogrom wody, co odciska swój ślad w otaczających nas skałach, ale aż do miejsca, w którym ścieżka ma charakter rekreacyjny, woda nadal jest słona. Dopiero w miejscu, w którym szlak zmienia się w trekkingowy, woda po raz pierwszy ma słodki smak. Rechoczą w niej parzące się żaby, które podglądamy z chłopcami z brzegu lub wchodząc na większe kamienie wystające z wody. Nad nami pięknie śpiewają ptaki, więc już z tego powodu w wąwozie nie jest cicho. Takie „hałasy” mi jednak nie przeszkadzają 😃 Chłopcy z zapałem budują drewniany most pomiędzy dwoma kałużami ze znajdowanych w krzakach patyków. Gdy jest gotowy, zapraszają i nas do wypróbowania go. Rzeczywiście, budowa się udała, można przejść na drugi brzeg suchą stopą!

Przy pierwszym słodkim jeziorku tuż przy ścieżce napotykamy znak mówiący, że dalej droga robi się niebezpieczna. Tam już nie będziemy iść z dziećmi. Nie mamy też polecanego tu obuwia górskiego. Co prawda do tej pory na tym wygrywaliśmy, bo wszyscy zasznurowani po łydki trekkingowcy nie wiedzieli, co zrobić ze swoimi super butami, gdy trzeba było brodzić w wodzie. Takich momentów na szlaku było sporo i tak naprawdę była to jedna z najprzyjemniejszych rzeczy w drodze, móc wejść prosto ze ścieżki do wody. Nasze cud-gumiaczki na to pozwalały, ale buty górskie wymagały rozsznurowania i ściągnięcia, a później ponownego założenia, bo chodzenie na bosaka na kamieniach nie należało do najprzyjemniejszych. Nasze gumiaczki dawały możliwość marszu po skałkach i wchodzenia bez zatrzymania prosto do wody. Żeby nie było, jestem absolutnym zwolennikiem obuwia górskiego i sama zawsze je zakładam na wszystkie wyjścia w trudniejszy teren, ale teraz na jachcie nie mieliśmy takich butów, a odmawiać sobie przyjemności spaceru też nie chcieliśmy. Tę lżejszą cześć trasy pokonaliśmy bez problemu. Na trekkingowej ludzie wyposażeni w górski sprzęt już dziwnie się na nas patrzyli, ale nie będę skromna, przy naszym górskim doświadczeniu, ogólnej sprawności i koordynacji ruchów w naszych gumiaczkach poruszaliśmy się sprawniej w tym trudnym terenie niż większość mijanych ekip, wyposażonych w specjalistyczny sprzęt. Przy przeprawach przez wodę co najwyżej zawijaliśmy nogawki, podczas gdy oni gramolili się tam godzinami, starając się zrobić tak, by nie zamoczyć butów. Nie ukrywam, że odczułam brak lepszego obuwia, bo kamyczki wpadały mi często do środka, za to równie szybko wypłukiwałam je w wodzie. Raz też porządnie obiłam sobie kostkę, co nie przydarzyłoby mi się w butach górskich, ale i tak stwierdzam, że wyprawa w gumiaczkach to było świetne rozwiązanie godne polecania w przewodnikach dla tego miejsca 😃

Chłopcy zostali ze Zbyszkiem i Piotrem, a ja z Bartkiem pokonałam wyjątkowo malowniczą część trasy, choć i wcześniejsze widoki ze spacerowej części zapierały dech w piersiach. Chłopcy wybawili się w wąwozie w brodzenie w wodzie we własnych gumiaczkach 😃, walki na bambusowe miecze wyciągnięte z krzaków i we wrzucanie kamieni do kolejnych oczek wodnych. Przez całą drogę wznosiły się nad nami skalne ściany ściany z niesamowitą fakturą wyrytą przez spływającą wodę. Większość miejsc wokół ścieżki zazieleniała kosodrzewina i to w niej ukrywały się spotkane w drodze powrotnej młode kozice. Tam, gdzie gromadziła się woda, pojawiała się trawa przypominająca sitowie, a w oczkach wodnych dużo było intensywnie zielonych glonów. Wszystko razem tworzyło krajobraz jak z czarodziejskiej opowieści o leśnych elfach podglądających nas pewnie z wielu z widzianych przez nas grot skalnych 😉

Na koniec wyprawy wchodzimy jeszcze w tunele, które wczoraj widzieliśmy oświetlone na zielono. W ciągu dnia też są w nich światła, tyle że teraz, za dnia, niewidoczne z zewnątrz. Po wyjściu z nich inny świat. Już nie ma dzikiego wąwozu, tylko kawusia i wypatrzone przez chłopców lody. Z przyjemnością korzystamy jednak z uroków cywilizacji po tej dość trudnej nocy na kotwicy i utrudnionym funkcjonowaniu na roztańczonym jachcie. Wracamy pełni wrażej i obrazów jednego z najpiękniejszych miejsc, jakie kiedykolwiek widzieliśmy. Myślałam, że już nic na tej wyprawie nie przebije uroku wulkanicznych Wysp Liparyjskich, ale skalista Majorka, a szczególnie ta zatoka i wąwóz, zaskarbiły sobie moje uznanie.

Z ciekawostek:
1. Wpis mógłby sponsorować Native i Crocs – producenci naszych niezastąpionych gumiaczków 😉Naprawdę, było to najlepsze obuwie treckingowe, jakie mieliśmy na jachcie 😀
 2. Górska, podobno wyjątkowa droga (widzieliśmy jej dwa odcinki z morza) prowadząca do tej zatoki została wybudowana przez Generała Franco i nazywana jest drogą donikąd. Naszym zdaniem bardzo ładnej jest to donikąd :), ale fakt, ta część Majorki wydaje się dzika i bezludna.

Po powrocie z wąwozu raz jeszcze wyciągamy dziś wędki. Rano chłopcy starali się złowić którąś z kotłujących się przy łódce ryb, ale za każdym razem, gdy spławik lądował w wodzie, one znikały. Znowu pojawiają się ogromną ławicą, by rozszarpywać rzucany im stary, twardy chleb, ale gdy tylko zarzucamy wędki, ich już nie ma. Jest za to na co popatrzeć. Widać dwa gatunki ryb. Jedne jasnoniebieskie z ciemniejszym poprzecznym paskiem przy ogonie, długości przedramienia, inne brązowe, dużo dłuższe, przypominające szczupaki. W wojnie o chleb toczą starcie z mewami. To czego ryby nie zdążą rozszarpać w wodzie, wyłapują z powierzchni mewy.

Razem z deszczem zmywamy się z zatoki, po której szaleją już skutery wodne. Co za odmiana w porównaniu z wczorajszym wrażeniem dzikości tego miejsca!
Płyniemy tylko kawałek, to Port de Soller. Ma tam dojechać z Palmy nowa załogantka. Cieszę się, że energia na jachcie się trochę wyrówna zarówno po odlocie Mariana, jak i pod względem obniżenia dawki testosteronu 😉

Wieczór spędzamy w uroczej miejscowości, z pięknie oświetlonym deptakiem pomiędzy morzem a knajpkami, gdzie co jakiś czas uliczni grajkowie śpiewają przy gitarach lub do bluesowych melodii przygrywają na harmonijkach. Muzyka rozbrzmiewa z jednej, fale szumią z drugiej strony. Chłopcy wynajdują sobie zajęcie na placu zabaw lub na plaży, gdzie najlepszą zabawką okazuje się znaleziony plastikowy lejek, dzięki któremu usypują na nabrzeżu mandale z piasku.
W sklepach kolejne ciekawostki. Kapelusze, znowu sporo ciekawej ceramiki i piękne pledy. Dostaję prezent, tym razem od taty – wyjątkowy daszek ozdobiony trawą i koralikami. Wybrałam go spośród kapeluszy i choć one były i ładne i twarzowe, to jednak ten daszek wydawał mi się mniej zobowiązujący i bardziej wakacyjny, a jednocześnie bardzo kobiecy. W sam raz na tę wyprawę 😃

Wieczór spędzamy w miłym powiększonym gronie i z nową energią na jachcie. Chłopcy mieli prawdziwą radość z nowej osoby na pokładzie i możności zaprezentowania jej wszystkich swoich zabawek. Od jutra Ania płynie dalej z nami 🙂

Dodaj komentarz