Magiczne przelewanie paliwa i pierogi

Manewrowanie żaglami to dobry sposób na to, by się rozbudzić i rozgrzać na nocnej wachcie. Mam taki rytm, że od razu przed wejściem na pokład robię sobie kawę. Dzięki temu szybciej dochodzę do siebie po obudzeniu. Wcześniej robiłam sobie kawę po dwóch godzinach wachty, ale tym sposobem przez pierwsze dwie byłam senna, a po wachcie znowu nie mogłam zasnąć. Teraz kawa jest pierwszą aktywnością, później daję sobie godzinę na rozbudzenie, rozeznanie się w sytuacji na morzu, jak wieje, jaka fala, często słucham audiobooka. Jeśli sytuacja tego wymaga zmieniam ustawienie żagli lub je odstawiam lub refuję. Kolejne dwie godziny są już bardziej aktywne intelektualnie. Najpierw rozkminiam, co by tu jeszcze zdobyć, by lepiej iść na wiatr i kurs. Testuję kulka zmian kursu i ustawienia żagli i gdy stwierdzam, że nie zrobię już tego lepiej, przy okazji rozgrzana przy tej aktywności, siadam do pisania tego dziennika z podróży 🙂 Ostatnia godzina wachty to najczęściej śpiewanie z wiatrem. Czasem nawet wydzieranie się! I tak mnie tu nikt nie słyszy 🙂 Ewentualnie słuchanie muzyki lub audiobooka.

Noce są na słuchanie książek, dni na ich czytanie, choć od czasu, gdy zwiększył się poziom i trudność w astronawigacji, na czytanie książek nie zostaje zbyt dużo czasu. Czasem poświęcam na to tylko 20 minut przed snem. Staram się to jednak robić, bo książka, krórą wzięłam ze sobą na rejs „Długa droga” wprowadza we mnie spokój. Człowiek, który opisuje w niej swój rejs dookoła świata w regatach samotnych żeglarzy tak dobrze zna ocean i warunki na nim panujące, że czytając jego wspomnienia i we mnie rodzi się przekonanie, że wszystko, co mnie otacza, jest zwyczajne, znane i nie powinno budzić zdziwienia czy lęku.

To był naprawdę aktywny dzień. Już od rana zaczęłam robić farsz do pierogów z resztek warzyw (o dziwo nadal je mamy!) i soczewicy. Była cebula, marchewka, kapusta, patryka i czosnek. Wszystko w mikro ilościach, ale po zmieszaniu z soczewicą i tak wyszło tego sporo. Wszystko doprawione curry, czosnkiem i suszonymi pomidorami. Później przyszedł czas na przygotowanie ciasta na pierogi, ale gdy je na chwilę odstawiłam, by dać mu potrzebny czas, dzięki któremu pierogi miały się później nie rozpadać, Bolek zawołał mnie do pomocy przy nalewaniu paliwa. Było co robić, bo do przelania mieliśmy 10 sztuk dwudziestolitrowych kanistrów. Bolek je nosił z bakist na dziobie do mnie na rufę, gdzie jest wlew paliwa do lewego silnika. Już samo przenoszenie kanistrów przy bardzo dużych dziś falach było trudnym zadaniem. Do mnie należało przelewanie. Bolek pokazał mi na to świetny sposób. Wystarczyło wsadzić do wlewu do baku z tylu na rufie długi gumowy wąż, jego końcówkę na górze umieścić w kanistrze, następnie szczelnie objąć dłońmi wąż i otwór kanistra, i mocno dmuchnąć do środka. W ten sposób ciśnienie w pojemniku wypychało paliwo przez wąż i w ten sposób bez problemu już płynęło ono do baku bez potrzeby zasysania paliwa z węża ustami i niepotrzebnego rozlewania go. Świetny sposób! Nie znałam go 🙂 Powiem szczerze, że nie wyobrażam sobie teraz robić tego inaczej, bo wlewy w tym katamaranie są umieszczone pionowo na rufie. Nawet nalewanie przez lejek z ciężkiego kanistra, który trzebaby trzymać poza łódką na falach, przy których trudno nawet po prostu ustać, byłoby chyba niemożliwe.

Świetna nauka z tym nalewaniem i w ostatecznym rozrachunku mniej babrania się w paliwie, co nie znaczy, że wcale nie miałam brudnych rąk. Zapach na skórze pozostał nawet po sześciu niciach. Po dziesięciu było już lepiej i mogłam wziąć się za lepienie pierogów, co było równie dużym wyzwaniem na tych falach jak nalewanie paliwa. Misja pierogi na Atlantyku zakończyła się sukcesem! Wyszły naprawdę pyszne, choć kapitan trochę narzekał na to, że są wegetariańskie 🙂 Załoga zgodnie okrzyknęła je najpyszniejszymi pierogami, jakie kiedykolwiek jedli na Atlantyku. Pomijam fakt, że to były nasze pierwsze i pewnie na długo jedyne pierogi na oceanie 🙂 Tym sposobem pewnie na długo zyskały status tych najpyszniejszych na Atlantyku 😀

Bolek zaproponował dziś dzień kąpielowy i w sumie wiązało się to z wyborem dwóch opcji – albo kąpieli w oceanie za rufą katamaranu albo po prostu z prysznicem pod pokładem. Już byłam bliska szykowania lin i odbijaczy, by zrobić za rufą prowizoryczny basen asekuracyjny, bo jak bym mogła przepuścić taką okazję jak kąpiel pośrodku oceanu, ale zdałam sobie nagle sprawę z tego, że słońce już zachodzi i robi się po prostu zimno, a i tak już nawet w ciągu dnia temperatura nas nie rozpieszcza. Powiem szczerze, że wizja walki z ewentualnym przeziębieniem zniechęciła mnie do tego pomysłu bardziej niż duże fale i wcale nie tak słaby wiatr… Teydno, tym razem wybrałam zwykły prysznic licząc na to, że na kąpiel pośrodku oceanu będzie jeszcze okazja. Bolek co prawda twierdzi, że im dalej, tym woda będzie zimniejsza, ale może jutro się uda. Wiatr ma być słaby, to i może fale będą mniejsze, a wtedy wejdę do wody wcześniej, gdy słońce będzie wysoko i gdy będzie cieplej.

Gdzieś pomiędzy pierogami a nalewaniem paliwa udało mi się złapać dwa namiary na słońce, jednak przy ilości dzisiejszych zadań liczenie zostało mi już na wieczór. Trudno było się zmobilizować i pochylać nad kartkami z obliczeniami na tak rozbuchanej wodzie. Byłam już nawet bliska choroby morskiej, ale mój wysiłek się opłacić i pozycja zliczona z astronawigacji wyszła super! Bardzo bliska tej z GPS! Chyba mogę powiedzieć, że coraz lepiej mi to idzie 🙂

2 replys to Magiczne przelewanie paliwa i pierogi

    1. Luksusowo tu mamy pod względem kąpieli! Nie oczekiwałam częstszych niż raz na tydzień, ale cicho sza, bo jak się kapitan dowie, to może wprowadzi jakieś ograniczenia 😉

Dodaj komentarz