Księżycowy krajobraz przed Almerimar

Ledwo się człowiek obudził, a już go na morze ciągną! Taki los Mammy, a do tego sailing;) Z plażowania nici. Żartuję oczywiście. Zawsze mnie przecież ciągnie na morze! Od rana mamy okienko pogodowe. Dopóki wiatr nie zacznie się wzmagać, możemy przepłynąć jeszcze kawałek, zanim żeglowanie stanie trochę mniej komfortowe.

Płynąc wzdłuż południowego wybrzeża Hiszpanii (pomiędzy Aguadulce a Almerimar) z pokładu obserwujemy księżycowy krajobraz warzywnych plantacji. Całe hektary wybrzeża na wzgórzach, od wybrzeża, aż po linię horyzontu, przykryte są folią. Wszędzie tylko biel i szarość. Nie widać drzew, gdzieniegdzie tylko są budynki. Nie wygląda to ciekawie. Wiele hiszpańskich pomidorków i truskawek pochodzi spod tych folii i na swoje warzywne oczy prawdziwego słońca nie widziało…

Na morzu dosyć duże, ale długie fale. Wiatr rzeczywiście się wzmaga. Jeszcze przez chwilę zastanawiamy się, czy popłynąć dalej niż zamierzaliśmy, ale chmury przed nami nas zniechęcają. W trakcie żeglowania chłopcy bawią się pod pokładem łódkami z kory, które wyrzeźbił im Zbyszek, a później na pokładzie śpiewają ze mną szanty albo słuchają jak ja śpiewam i robią to przez dobre dwie godziny! Prawie straciłam głos chcąc przekrzyczeć wiatr i fale 🙂 To przyjemniejsze niż śpiewanie pod prysznicem czy w samochodzie!

Rzucamy cumy w Almerimar. Z daleka miejsce wygląda przyjaźnie, wręcz ekskluzywnie, ale w trakcie przechadzki okazuje się prawie wymarłe. Zrzucam to jeszcze na karb siesty, bo widzę sporo zamkniętych sklepów i knajpek. Te pewnie otworzą się dopiero wieczorem, ale zadziwiająco dużo jest tu zarówno lokali usługowych i apartamentów na sprzedaż. Marina najtańsza, w jakiej byliśmy. Ceny w restauracjach też zaskakująco przyjazne. Dużo jest tu za to śladów po interesach, które nie wypaliły. Wszędzie straszą puste witryny zamkniętych sklepów i restauracji. Same bryły budynków są wyjątkowo ładne, często z marokańskimi kopułkami na dachach. Wszędzie jest tu dużo bieli i kamienia, ale brudne i puste witryny na parterze psują dobre wrażenie. Widać, że ktoś tu jednak mieszka, bo w niektórych miejscach są „skupiska życia”. W trakcie przechadzki mijamy markety, działające punkty usługowe, samochody na ulicach. Widać, jak ludzie wracający z pracy, odbierają dzieci ze szkół. Ktoś tu jednak żyje 😃

Z chłopcami kieruję się w stronę plaży. Na pewno będzie na niej mocno wiało, ale chcemy chociaż zobaczyć, jak wygląda, czy są na niej jakieś muszelki. Może zobaczymy też katesurferów, bo pogoda do tego sportu idealna. Wieje w stronę lądu. Po drodze spędzamy czas na kolejnych placach zabaw. Na każdym mini osiedlu znajdujemy kolejny. Chłopcy nauczyli się już dogadywać z dziećmi nie znającymi ich języka, więc bawią się razem w rzucanie piłek.

Na plaży najlepszą zabawą jest za to rzucanie patykami do wody. Do morza nawet nie podchodzimy, bo fale są wyjątkowo duże i wchodzą głęboko w ląd, ale dzięki temu, że przelewają się przez falochron, za nim utworzyło się małe jeziorko. Obserwujemy rozhuśtany ogrom wody, robimy pistolety z patyków i zbieramy muszelki oraz co ciekawsze kamyki. Jak już pisałam, każda plaża na naszym szlaku wygladała inaczej. Ta też jest inna, niestety taka brudna, jakby więcej w niej było ziemi niż kamyczków i piasku. Wystarczy na niej usiąść, by być całym w szarym pyle. Pełna jest za to pięknych kamieni we wszystkich kolorach tęczy i połamanych, ale grubych i zaokrąglonych przez morze muszli.

Na razie pogoda na jutro nie zapowiada się ani na plażową, ani na żeglarską. Wieje bardzo mocno. Jak to jest, że u nas coraz zimniej, a w PL afrykańskie upały? 😉 Kiedy z małym Stefanem byliśmy w Barcelonie, też nam mówili, że wyjątkowo zimno było jak na ten okres. Czy za nami snują się jakieś zimne prądy 😉

Dodaj komentarz