Kolorowa Taormina i zdjęcie gipsu

Śpię z poczuciem, że kolejna fala naprawdę uderzy mnie w plecy, taki napór wody odczuwalny jest w kajucie dziobowej. Dopiero po jakimś czasie po zmianie kursu zaczyna nas spokojniej bujać na fali i wietrze od rufy. Zasypiam z myślą, że tego snu mi zbyt wiele nie zostało, bo rzucanie kotwicy w zatoce w Taorminie od razu postawi Szerszenie na nogi. Chłopcy jednak mnie zaskakują. Budzą się wcześniej, jeszcze przed rzuceniem kotwicy. Gdy w końcu i ona idzie w ruch, okazuje się, że na kotwicowisku rozłożone były sieci, co zauważamy po fakcie. Chcemy stąd odpłynąć. Niestety wyciągamy kotwicę zupełnie zaplątaną w nylonowe więzy. Przy naszej burcie pojawia się mała łódka rybacka i jej właściciel pomaga nam je rozcinać. Sieci idą w drzazgi, ale to nie nasza wina. Nie powinien ich rozkładać na kotwicowisku. Prawdopodobnie zrobił to, licząc na to, że przed sezonem nikogo tu nie będzie. Pech chciał, ze sieci były nieoznakowane i bezwiednie się w nie zaplątaliśmy. W sumie nikt nie zgłasza pretensji i każdy płynie w swoją stronę. My do drugiej zatoki, która wydaje się ładniejsza.

Trudy nocy i poranka wynagradza z nawiązką widok Etny nad zatoką, piękne skały sterczące z morza, porośnięte kaktusami i egzotyczną roślinnością i jak się okazuje kiedyś zamieszkałe. Piękna, malutka wyspa tuż u wybrzeży Sycylii nazywa się „nomen omen” Isola Bella i jest rezerwatem. Można na niej zwiedzać tamtejsze budynki należące dawniej do brytyjskiej arystokratki, która zadbała o obsadzenie swojej willi piękną roślinnością.

Zmęczeni nocą kotwiczymy w niezbyt bezpiecznej zatoce nie osłoniętej od fal, pomiędzy kamieniami i skałami sterczącymi z wody, ale jesteśmy głodni i chcemy choć na chwilę przystanąć, by zjeść śniadanie. Patrzymy, jak w hotelach na plaży budzi się życie, jak obsługa szykuje dla gości hotelowych śniadanie, a oni przy posiłku, patrzą, jak my zajadamy na pokładzie 😃 Po obu stronach w ruch nawet idą lornetki i moja męska załoga nie pozostawia bez komentarza kilku zgrabniejszych Włoszek.
Jednak zafalowanie w tej zatoce jest tak duże, że rzucamy kotwicę w innej, nie tak ładnej, ale bardziej osłoniętej. To dla mnie najlepszy czas na pozbycie się gipsu. Czekam już na to z utęsknieniem. Wciągam więc piankę i wskakuję do błękitnej wody, by popływać z meduzami. Gips nie chce dać za wygraną i za nic nie chce się rozmoczyć. Szybciej ja się rozmaczam w zimnej wodzie i pomimo pianki zaczynam szczękać zębami.
Ostatecznie tylko sposobem udaje mi się pozbyć niechcianego balastu. Uznaję, że to w historii ludzkich złamań kości było jedno z najprzyjemniejszych sposobów na ściągnięcie gipsu, ale życzę sobie, bym nie musiał już więcej tego doświadczać. Pływanie z gipsem uważam jednak za udane!

Po wyjściu z wody czuję, że ręka nadal boli. Prawdopodobnie to jedynie odwykłe od ruchu ścięgna, przynajmniej taką mam nadzieję. Chyba jednak pomimo starań nie udaje mi się tego ukryć przed załogą, bo ból jest duży, a ręka zupełnie niesprawna… Mina już zupełnie mi rzednie, gdy okazuje się, że Gutek posiał gdzieś moją ortezę. Miałam jej używać po zdjęciu gipsu ze względu na to, że na jachcie w kółko trzeba się czegoś łapać, przytrzymać, podać dzieciom rękę w przechyłach. Teraz świeżo po zdjęciu gipsu czuję, że będzie ciężko, jeśli jej nie odnajdę, bo okazało się, że z moją ręką nie jest tak dobrze, jak oczekiwałam. Gutek wzięty na spytki w końcu zdradza tajemnicę, że moją zgubę ukrył w bakiście z linami. Mnie już szukanie rzeczy na jachcie czasem przerasta i denerwuję się z tego powodu, że dzieci w kółko coś przestawiają, gubią, a pomimo małej powierzchni naprawdę trudno czasem coś odszukać. Tym razem jednak naprawdę jestem szczęśliwa, że zguba się znalazła, bo z ortezą na ręku czuję się dużo bezpieczniej i pewniej.

Gdy ja staram się zadbać o moją wychudzoną łapkę, panowie zrzucają na wodę ponton i w końcu ruszamy na plażę. Piasek na niej to raczej mieszanka mniejszych i większych kamyków. Z daleka wydawało się, że są w brązowym kolorze. Na miejscu okazuje się, że jest wśród nich bardzo dużo bladoróżowych kamieni. Pięknie wyglądają w połączeniu z lazurową wodą. Piasek po prostu parzy w stopy, ale Szerszenie i tak zakopują się w nim cali! Cieszą się z biegania po ciepłej plaży i moczą nogi w wodzie. Tyle ruchu dla odmiany po zejściu z małego pokładu to zawsze powód do radości!

Gdzie jednak jest miasto? Jak się okazuje, wysoko nad nami. Nie damy rady wspiąć się tam z dziećmi, tym bardziej, że droga pod górę jest przeznaczona głównie dla samochodów. Ostrymi zakrętami pnie się pod górę czarny asfalt, ale chodniki położone są jedynie przy domach. Spotkani na plaży Włosi polecają nam dojazd do miasta taksówką. Podróż wycieczkowym autobusem podobno jest droższa. Pociąg za to jeździ tylko na wybrzeżu, a my się chcemy dostać do Starego Miasta górującego nad zatoką. Wozimy się więc taksówkami ku uciesze Szerszeni. Stefano nie omieszka się pochwalić przed młodszym bratem, że on na tej wyprawie jechał już taksówką do szpitala w Czarnogórze, wtedy gdy w Kotorze konsultowaliśmy jego ospę. W jego oczach to powód do dumy, dla nas nie do końca miłe wspomnienie, choć wszystko dobrze się skończyło 🙂

Jazda nad zatoką cudowna, widoki egzotyczne i zachwycające. Samochód wspina się po stromym zboczu po drodze pełnej zakrętów. Za każdym z nich odkrywają się dla nas nowe widoki, nowa perspektywa. Z jednej strony zatoka, w której zostawiliśmy jacht z kapitanem na pokładzie, widziana z coraz większej wysokości, a drugiej pojedyncze zabudowania tuż przy drodze. Moją uwagę przykuwają donice z ceramiki w kształcie głów stawiane przed domami lub umieszczane na słupach przy bramach wjazdowych. Są ogromne, kolorowe i bogato zdobione i co najlepsze, w tych głowach-doniczkach rosną kaktusy i inne lokalne rośliny. Czegoś podobnego nigdy do tej pory nie widziałam! Na tle błękitnej wody i nad urwiskami wyglądają bajkowo. Później okazuje się, że na ulicach Starego Miasta spotykamy je na każdym kroku. W Taorminie jest ogrom wyrobów z ceramiki i te ręcznie malowane donice, to tylko jedne z charakterystycznych ciekawostek tego miasta.

Tłum na ulicach większy niż w Dubrovniku, a jest przecież jeszcze przed sezonem. Mam wrażenie, że turystami są tu głównie Włosi. Innej nacje, przynajmniej teraz, są w mniejszości. Na chodnikach musimy się mijać także z samochodami i wszędobylskimi skuterami. Zwiedzanie jak zwykle zaczynamy od lodów, które jak kawa we Włoszech są po prostu pyszne. Musze przyznać to nawet ja, sceptycznie podchodząca do takich słodyczy. Później zwiedzamy amfiteatr, taras z widokiem na zatokę, w której widać nasz samotny jacht, po czym Szerszenie stwierdzają, że starych kamieni jak na ich wytrzymałość było na dzisiaj wystarczająco dużo. Nastój ratują kupione na straganie zabawki oraz feria barw ceramicznych wyrobów mijanych na każdym kroku, które wzbudzają zainteresowanie chłopców i tym sposobem udaje nam się dalej przemierzać miasto. Klimat Taorminy jest niesamowity! Taki prawdziwie włoski z gwarem ulic i knajpkami w wąskich uliczkach. Tutaj jednak uroku dodają jeszcze wyroby z ceramiki. Czy to kolorowe „ścięte głowy”, czy donice przypominające pomysły Salvadora Dalego. Na wystawach sklepów piętrzą się sterty ceramicznych warzyw i owoców. Do tego głowy rzymskich bóstw i powtarzający się symbol przypominający twarz mitycznej meduzy, tyle że nie w oplocie wężowych włosów, a otoczoną trzema nogami. Po powrocie doczytuję, że jest to triskelion, znak Sycylii.

Etna nam niestety w ciagu dnia niknie za chmurami i razem z ich nadejściem robi się zimno. Kryjemy się więc na ciepłą przekąskę, ale i zimne piwko w jednej z knajpek z ogródkiem. Cień stolikom robi piękne, egzotyczne dla nas drzewo. Staramy się uzgodnić z obsługą nazwę jego żółtych owoców. Okazuje się, że jest to coś zbliżonego do moreli, ale w Poslce te owoce w ogóle nie są znane. Na każdym kroku czekają tu na nas nowe odkrycia.

Aż szkoda się rozstwać z tym miastem. Nie odnalałam w nim co prawda restauracji, z której pamietam widok na Zatokę w Taorminie z filmu Wileki Błękit, ale powiem sczerze, że przy ilości zachwycających rzeczy, jakie tu widziałam, w ogóle tej restauracji już nie szukałam. Wracamy na przystanek taksówek, by ruszyć w stonę zatoki, gdzie stoi nasz jacht. Zaglądam jeszcze na koniec do lokalnych butików z ubraniami, które wyjątkowo mi się podobają i podglądam ciekawą biżuterię. To pewnie nie Mediolan czy Neapol, ale właśnie tutejsze proporcje w połączeniu luksusowych marek i butówków z lokalnym rękodziełem i bazarami na ulicy najbardziej mi odpowiadają.

Przechodzimy przez miasto od jednej do drugiej bramy. Mijamy place z kościołami i fontannami. Odbijamy kilka razy w boczne uliczki. Jedne prowadza w dół do morza, na tych idący w górę, w stronę górującej nad miastem twierdzy, jest najwięcej wyrobów lokalnych artystów. Stefano i Gustavo dostają swoje imiona wyhaftowane przez rękodzielnika. To chłopców zatrzymuje w biegu i przykuwa na chwilę ich uwagę, bo tak to wszędzie jest ich pełno. Spotykamy jeszcze szewca robiącego na oczach zamawiającego i turystów sandały, do wyboru proste lub bogato zdobione. Także takie miejca lokalnego hand madu tworzą kimat Taorminy. Co jakiś czas słychać muzykę na żywo wygrywaną na gitarach i chyba jakimś rodzaju mandoliny. Naprawdę aż szkoda stąd wyjeżdżać. Cieszę się jednak, że nie pominęliśmy tego miejsca. Już byliśmy o krok od decyzji o płynięciu wprost do Mesyny, a przegapić tak kolorowe miasto i zdjęcie gipsu byłoby naprawdę szkoda 😉

2 replys to Kolorowa Taormina i zdjęcie gipsu

  1. Ahoj Żeglarze 😊 jak widać i pracy i przygód Wam nie brakuje .Podoba mi się opis załogi i śledzenie Waszego położenia. Pozbyliscie się z pokładu ospy i jednego gipsu, a drugi kiedy ? Teraz może być tylko lepiej . Trzymam kciuki😊

Dodaj komentarz