Idealna łódka dla 2 osób ;)

Ogrzewanie na jachcie w końcu zadziałało i wdzięczna mu za to byłam, bo już się bałam, że będę musiała ubrać się na noc we wszystko, co ze sobą wzięłam. Taki klimat w stylu październik pod namiotem. Było jednak ciepło, miło i długo 😉 To znaczy, wyspałam się 😄 Położyłam się wcześniej spać, a właściwie padłam na kanapie w salonie i tylko przytomność B uratowała mnie przed spaniem w ciuchach 🙂 Obudziłam się o 4 nad ranem, bo mój organizm, przyzwyczajony do małej ilości snu, dał mi znać, że już przekroczyłam przyjętą normę… Kołysanie jachtu szybko mnie jednak z powrotem uśpiło.

Oj, od rana bujało tak, że już się poważnie zastanawiałam nad zjedzeniem śniadania. Nie, nie, jeszcze nie płyniemy. Stoimy na bojce. To moja nigdy wcześniej nieistniejąca choroba morska zaczyna się wyjątkowo w tym roku panoszyć. Do wypłynięcia potrzebujemy zrealizowania drobnych napraw, a by to zrobić, musimy wybrać się na ląd do sklepu po części zapasowe. Bez dmuchania pontonu się nie obejdzie. Zajmuję się więc tym po późnym (jednak) zjedzeniu śniadania. Z samego rana deszcz nie zachęcał do hasania po pokładzie, z czasem jednak wyszło słońce. B robi przegląd jachtu, a ja zajmuję się dmuchaniem pontonu, robię przegląd bakist, sprawdzam, co jest lub było w danym kanistrze, odkopuję wiosła do dinghiego, robię porządki i gdy już nie ma prac na pokładzie, schodzę na dół.

Nie mogę się nadziwić, jak my to zrobiliśmy, że jesteśmy w dwójkę na łódce, a zajęliśmy każdą jej wolną przestrzeń. Wcześniej korzystaliśmy z kajuty dziobowej i do tego mieściliśmy się w niej z dwójką dzieci. Teraz w każdej są nasze rzeczy. Na dziobie garderoba, w jednej na rufie sypialnia, w drugiej gratowisko. Stół w salonie zastawiony jedzeniem, na nawigacyjnym pełno sprzętu. Znowu, jakbyśmy byli tu w kilka osób, a tak naprawdę jesteśmy tylko w dwójkę.
Biorę się więc za porządki, by odgruzować kajuty dla załogantów, gdy jeden z nich dzwoni, że dziś już nie dojedzie.

I tak już dzisiaj nigdzie nie wypłyniemy, tyle co pontonem do miasta. By być gotowymi do wypłynięcia jachtem w morze, musimy mieć sprawny żagiel, a do tego potrzebny jest działający roler od genui. Pogoda za to nie wskazuje na to, byśmy się ruszyli stąd przez kolejne dwa dni. Szykuje się mocny wiatr i pewnie nie będziemy chcieli się z nim mierzyć na tym trudnym akwenie. Poczekamy zatem tutaj na naszych załogantów.

Zrzucamy w końcu ponton na wodę i cumujemy w marinie, by spacerem udać się wzdłuż rzeki do kolejnej mariny. Tam w sklepie czeka na nas część potrzebna do naprawy rolera. Idziemy przy fasadach pięknych willi po drugiej stronie mając widok na zacumowane na bojkach na rzece jachty. Uroku dodają jeszcze zielone wzgórza na drugim brzegu. Jak tu jest ładnie! Stare murki przy ogrodach obrośnięte są mchem, zza nich wyglądają kwitnące krzewy lub kwiaty. W niektórych ogrodach widać różnego rodzaju palmy. Dużo jest też rozmarynu, a raz nawet znajduję liście laurowe! Co za odkrycie! Ostatnie dziko rosnące widziałam w Kotorze, a tu znowu Południe Anglii zaskakuje. Klimat musi sprzyjać tym roślinom. Teraz jest tu bardzo wilgotno. Nie wiem, czy to efekt porannego deszczu, czy tu po prostu tak jest, ale i temperatury muszą być przyjazne dla tej egzotycznej roślinności.

W sąsiedniej marinie odbieramy część, podziwiamy wyslipowane jachty i omawiamy sobie różnice w ich budowie. Głaszczemy portowego, zadbanego psa i ruszamy z powrotem. Niby nie przeszliśmy jakoś bardzo daleko, ale ja jestem już głodna. Dopiero wtedy zdaję sobie sprawę, że jest 17, a od śniadania nic nie jedliśmy. Szybko decydujemy się więc na posiłek w mieście, ponieważ zakupy i powrót na łódkę zajmą nam więcej czasu. I tak ich dziś nie unikniemy, ale przynajmniej nie będziemy tego robić na głodniaka 🙂 Wybieramy knajpę ze świetnym widokiem na port i zatokę. Siadamy na zewnątrz, zamawiamy piwo i lokalne dania. Na jacht wracamy już po zmroku, psiocząc, że jak zwykle zapomnieliśmy latarki, a odszukanie w ciemnościach naszej łódki wśród tylu innych, może być problematyczne.

Jutro już pewnie nie wypłyniemy. Pogoda zapowiada się taka, że ruszymy dopiero w niedzielę. Później przed nami przepłynięcie Kanału La Manche, kierunek na Hamburg i Kanał Kiloński, jeszcze tylko dylemat, czy odwiedzać nieśmiertelne Sassnitz i wtedy to już prawie będziemy w domu, zostanie nam tylko polskie wybrzeże 🙂 Nigdzie dalej już nie będziemy płynąć 😉 W tym roku 😉

Dodaj komentarz