Ibiza nigdy nie śpi

Przez cały ranek szukamy odpowiedniej zatoki do rzucenia kotwicy, wykąpania się czy wyjścia na ląd. Akurat płyniemy od tej strony, że fale przy dzisiejszym wietrze wchodzą prosto do niezbyt osłoniętych zatok i postój w nich nie byłby bezpieczny. Samo południowo-wschodznie wybrzeże jest bardzo ładne. Dużo tu pięknych formacji skalnych. Nad niektórymi plażami są naprawdę wysokie klify. To w sumie też nas zniechęca do plażowania na nich po pewnych historiach rodzinnych.

Tym sposobem, poszukując odpowiedniego miejsca, dopływamy prawie do Ibizy, Ibizy. Miasto widać już z daleka. Przed nim stoją na kotwicach ogromne jachty żaglowe. Tu akurat zatoka zakręca tak, że jest bardziej chroniona przed falami. Woda jest czysta i modra. Rzucamy więc kotwicę i spuszczamy ponton na wodę. Ania z Piotrem chcą iść do uroczej knajpki, za to ja ze Zbyszkiem i chłopcami chcemy sprawdzić kilka piaszczystych plam na wybrzeżu. Ostatecznie okazuje się, że rezygnujemy z piaszczystej plaży i wybieramy skałki. Jest w nich więcej życia i są ciekawsze. W kałużach tworzących się w skałach chłopcy puszczają żaglówki. Obserwują kraby i krewetki chowające się w szczelinach i sprawdzają, czy woda, którą wleją z góry, wypłynie gdzieś dołem plątaniną skalnych minikorytarzy. Woda w morzu wydaje się zimna w porównaniu z tą w kałużach, która jest wygrzana słońcem. Spędzamy tak popołudnie. Przed powrotem na łódkę podziwiamy jeszcze asortyment sklepu przy plaży. Nie dość, że jest otwarty dopiero od 20, to są w nim same wieczorowe, ale naprawdę ekstrawaganckie stroje. To zapowiedź prawdziwego oblicza Ibizy 😉

Przed główkami portu mijamy w sporej odległości jacht wychodzący w morze. Z daleka wydaje nam się, że mają polską banderę. B wypatruje ich nazwę przez lornetkę i wywołuje przez UKF-kę, by dopytać, gdzie stali i co nam mogą polecić. Po tym pytaniu w radiu zalega dłuższa cisza, po czym słychać odpowiedź, że w sumie na Ibizie, niczego nie polecają 😂 Podobno zapłacili za dobę postoju 240 euro!

Nie mamy wyboru. Jest już wieczór, jutro z samego rana Ania ma stąd samolot. Jeszcze zastanawiamy się, czy nie rzucić kotwicy w zatoce i tylko rano podpłynąć do kei, by wysadzić Anię na ląd, ale byłoby to bardziej skomplikowane, bo Piotr chce ją odprowadzić choćby do autobusu. Gdy tak kombinujemy, co zrobić, gdzie stanąć, B wywołuje kolejne mariny przez radio. Wszyscy nam każą spadać na drzewo. Tu nie ma miejsca, tu jesteśmy „za dłudzy”. Gdy B rozmawia przez radio pod pokładem, ja za sterem staram się nie wejść w drogę żadnemu z promów. Panuje tu ogromny ruch. Zadanie umila mi za to fantastyczny koncert w porcie. Jest tam rozłożona wielka scena i tłum ludzi bawi się na nabrzeżu. Gdy tak staram się zniknąć i nikomu nie wadzić, kolejne osoby zaczynają nas przeganiać. Tym razem z pomostu ktoś z obsługi nerwowo macha do nas i krzyczy, że mamy stąd spadać. Albo jesteśmy na drodze któregoś z promów albo facet czeka na jakiś inny jacht i nie chce, byśmy mu się tu kręcili. Nikt nas tu nie chce!!!

Wtedy nagle dostrzegamy miejsce na końcu jednego z pomostów w basenie portowym naprzeciwko, zupełnie przy samym mieście. Szybko przepływamy w luce pomiędzy promami i cumujemy bardziej po to, by już nie wchodzić nikomu w drogę i ze spokojem pomyśleć, co dalej. Stajemy i nic się nie dzieje. Nikt do nas nie przychodzi, nikt nas nie wygania. B idzie szukać kapitanatu, ale ten jest zamknięty. Stwierdzamy, że skoro już zacumowaliśmy, to zostajemy. Chcielibyśmy tylko uregulować formalności i otrzymać kartę magnetyczną do wejścia na pomost, by po zwiedzaniu miasta móc wrócić na jacht. Nikogo z obsług mariny jednak nie ma, a kartę do wejścia Piotr przypadkowo znajduje na pomoście. Bez stresu więc ruszamy na zwiedzanie Ibizy.

Jest to wyjątkowe miejsce. Chciałabym powiedzieć, że nie jest w moim klimacie przez imprezyjących ludzi, ale same budynki, wąskie uliczki, a szczególnie dekoracje knajp i sklepów są absolutnie wyjątkowe. Nigdy na raz nie widziałam tylu oryginalnych ubrań. To nie są butiki znanych marek, to są artystyczne, jedyne w swoim rodzaju ciuchy, których nigdzie indziej nie widziałam. Ulice pełne są przechodniów, gości restauracji i świętujących tłumów, a to utrudnia robienie zdjęć. Chciałabym uwiecznić bardzo ciekawe i niesamowicie gustowne wtstroje restauracji, ale krępuję się robić co chwilę zdjęcia ludziom siedzącym przy stołach. Chciałabym sfotografować wąskie uliczki Starego Miasta, ale cały czas mam tłum ludzi w kadrze. Przed sklepami stoi obsługa i też mi głupio cykać zdjęcia tych cudów w witrynach. Wiele miejsc oferuje na sprzedaż ubrania jedynie w białych kolorach. Są tam stroje dla całej rodziny, także dla dzieci i wszystko, absolutnie WSZYSTKO jest białe. Bardzo mi się to zgrywa z klimatem tych gorących wysp.

Ruch i ogólna radość na ulicach wcale mi nie przeszkadząją. Nie jest to może miejsce dla rodzin z dziećmi, bo dużo tu pijanych ludzi, ale też nie jesteśmy tutaj jedyną ekipą w rodzinym gronie. Trudniej mi za to idzie zaakceptowanie tego ogólnego szpanu. W sklepach poza gustowną i wysmakowaną odzieżą są też ciuchy absolutnie przesadzone. Wszystkiego jest w nich za dużo. Ludzie siedzący w restauracjach też są nieprzeciętni. Są tu np. grupki 8 mężczyzn siedzących przy jednym stoliku, ubranych w lniane białe koszule. Każdy ich gest, każdy włosek są tak wystylizowane, że aż kłują w oczy. Nic u nich nie jest przypadkowe. To już nawet nie jest znane mi np. u Włochów zwracanie uwagi na dodatki. Tu okulary, zegarki czy paski nie dość, że gustownie dobrane, to widać, że drogie i zawsze w jakiś sposób charakterystyczne. Ci ludzie wydają mi się, jak na mój gust, zbyt sztuczni.

Wydostajemy się w którymś momencie z plątaniny ciasnych, zatłoczonych uliczek i idziemy, jak to już mamy w zwyczaju, w stronę twierdzy nad miastem. Tu zupełna cisza. Mijamy po drodze zaledwie kilka osób. Nikt w Ibizie nie zwiedza zabytków, wszyscy imprezują lub siedzą w restauracjach 🙂 A twierdza jest ogromna i piękna. Warowne mury z jednej strony schodzą prosto do morza, z drugiej płynnie łączą się z zabudowaniami miasta. To prawdziwy bastion! Podoba nam się jej „muskularna” budowa. Schodząc do miasta robimy szereg zdjęć ciekawych kołatek. Szkoda tylko, że zwiedzamy miasto nocą, trudniej teraz zrobić dobre zdjęcia.

Zmęczeni przysiadamy jeszcze zaraz koło deptaku przy marinie, by coś zjeść. Koło nas sama radość. Grupa mężczyzn przebranych w kobiece stroje, inni cali na czarno z maskami Anonimusa. W restauracji obok ktoś się oświadczył i słychać gratulacje i okrzyki radości. W innej wieczór panieński i imprezujące dziewczyny. Nie śpię dziś do późna i słyszę, że koncert w porcie trwa do 3, za to impreza w mieście nie kończy się do rana. Piotr opowiada, że gdy o 7 rano odprowadzał Anię na autobus, na ulicach nadal stali ludzie z piwem w ręku. Ibiza chyba nigdy nie śpi!

My za to, niechciani tutaj i niezauważeni, choć stoimy jak na świeczniku, rzucamy rano cumy i płyniemy do miejsca zupełnie od Ibizy odmiennego. Przed nami rajska wyspa Espalmador i większa Formentera. To będą nasze ostatnie dni na Balearach. Mamy nadzieję odpocząć tam od zgiełku Ibizy 😃
18/19 maja 2018

Dodaj komentarz