Gdy dni zlewają się w jedno – Bournemouth

Nie ważne jest, która jest godzina, tylko czy masz wachtę.
Dwa dni prawie zlały nam się w jedno. Ciemny kolor nieba nieustannie mieszany za dnia z szaro-niebiesko-zielonym kolorem wzburzonego morza, które przywitało nas i dużo większym wiatrem, i dużo większymi falami niż przewidywały to prognozy. Zamiast słabnąć, wiatr się wzmagał. Za dnia co prawda mieliśmy jeszcze cały przekrój między 20 a 40 węzłów, ale w nocy wiało już regularnie ponad 40. Fale znacznie urosły. Nie dało się funkcjonować pod pokładem. Kto mógł, kładł się od razu do łóżka, kto musiał, stał na pokładzie za sterem. Jedynie B biedny walczył z pracą przy komputerze i kapitańskimi pawiami. Współczułam mu. Wszyscy doświadczaliśmy w większym bądź mniejszym stopniu choroby morskiej, tak bardzo to zafalowanie dawało nam się we znaki, ale tylko B musiał siedzieć przy komputerze. Ja z Marianem zmienialiśmy się za sterem. Czasem dla towarzystwa lub w nocy dla bezpieczeństwa spędzaliśmy trochę czasu razem na pokładzie. Chyba tylko na szybciora podgrzany gotowy makaron jakoś wszedł nam na obiad bez większych problemów. Kolacji już srogo żałowaliśmy, a B w ogóle jej właściwie nie tknął. Mnie jednak z samego rana dopadł taki głód, że stwierdziłam, że albo zaraz zasnę z wyczerpania za sterem albo muszę jednak coś zjeść. Pół kanapki z nietkniętej kolacji B było w sam raz. W ciągu dnia jeszcze tylko gotowa zupa, jakieś sucharki i o niczym więcej nie chcieliśmy myśleć. Stwierdziliśmy, że rejs ma być krótszy, niż ostatnio w tym składzie, płyniemy bez dzieci, więc będziemy się żywić tym, co najprościej przygotować, czyli gotowymi lub szybkimi daniami i tym, co nam najbardziej wchodzi, czyli owocami.

Noc pomiędzy dwoma dniami była naprawdę trudna. Jacht był tak rzucany na falach, że nawet ciężko było mi zasnąć. Na pokładzie wyjątkowa wilgotność i zimno, ciężko więc o wachty dłuższe nić 2 godziny. Z Marianem zmienialiśmy się w większości w tym rytmie snu i pracy, by dopiero rano przejść na system po 3 godziny. Popołudnie już razem spędziliśmy na pokładzie. Wtedy też pojawił się na nim kapitan z kubkami gorącej chińskiej zupki ratującej nam życie.

Okazało się, w że w naszym planie podróży wszystko poszło nie tak. Nie zakładaliśmy sztormu w nocy, ani tak wysokich fal, bo się na ich temat żadna z prognoz nie zająknęła, poza odsłuchiwanymi już w trakcie płynięcia ostrzeżeniami radiowymi. Płynęliśmy przez to dużo wolniej, bo pod wiatr i falę i dużo później dopływaliśmy do kolejnych waypointów. Nie trudno było skalkulować, że do zaplanowanego portu nie dość, że wejdziemy w nocy, to jeszcze z niesprzyjającym prądem, co jeszcze wydłuży czas podróży. Musieliśmy więc sobie darować odwiedzenie Limington przy wyspie Wight i wpłynęliśmy w deltę rzeki do Bournemouth.

Czekały tu na nas piękne widoki, urocze domki oraz rezydencje nad wodą. To były jedne z kilku atrakcji krajoznawczych tych dni. Wcześniej podziwialiśmy urwiska schodzące do morza, o których skały roztrzaskiwało się rozszalałe morze. Na szczytach tych urwisk stały czasem domy, niekiedy widać było przy zabudowaniach latarnię morską. Zawsze dawało mi to pole do wyobrażania sobie, jak tam się żyje. Wspominałam fabuły czytanych kiedyś książek i wyobraźnia podpowiadała akcję rodem z „Kronik Portowych” lub „Światła Między Oceanami”.

Za to noc i wczesny poranek za sterem oraz walkę z falami uatrakcyjniał mi audiobook „Czarnoksiężnik z Archipelagu”. Jedna słuchawka w uchu, drugie wolne, by nasłuchiwać ewentualnych alarmujących dźwięków lub zawołań od kompanów mojej doli i niedoli, i łatwiej było samotnie stać na pokładzie pośród przejmującej ciemności nocy czy szarości poranka. W nocy mieliśmy też ciekawe spotkanie. Przy okazji bliskiej mijanki z kręcącymi się jak muchy kutrami na łowiskach zapaliliśmy światło pokładowe, by bardziej zaznaczyć naszą obecność, a wtedy dołączyła do nas jedna z ogromnych mew. Szybowała tuż przy łódce na wysokości naszych głów na granicy światła roztaczanego znad pokładu. Była cudownie zwinna w tych podmuchach wiatru sięgających często 50 węzłów. Nie mogłam się na nią napatrzeć. Była jak biały, dobry duch pośród ciemności, jak zaprzyjaźnione dzikie zwierzę wspierające nas w zmaganiach z żywiołem. Była jak przewodnik. To chyba klimat „Czarnoksieżnika” zainspirował mnie do takich magicznych interpretacji. Mewa towarzyszyła mi bardzo długo. Także nad ranem kilka z nich pojawiło się przy jachcie, ale już nigdy na tak długo. Widocznie w nocy bardziej potrzebowaliśmy wsparcia 😉

Dziś noc spędzimy spokojnie w porcie 🙂 Będę mogła się wyspać po dwóch dobach spania po nie więcej niż dwie godziny ciągiem.

Bournemouth, 14-15 października 2018 roku

1 reply to Gdy dni zlewają się w jedno – Bournemouth

  1. A Czarnoksiężnik zdecydowanie wymiata! Najlepsza a na pewno najmądrzejsza książka i cykl, jakie czytałem w ostatnich latach. Niezmierna szkoda, że Urszulki już z nami nie ma…

Dodaj komentarz