Forza Italia

Mam masę niedomkniętych wpisów z różnych części naszej wyprawy. Część pewnie utknie z okruchami chleba gdzieś w szczelinach klawiatury, ale jakąś część może uda się wydłubać. Ponieważ dzisiaj najpewniej opuścimy Morze Śródziemne, to chyba ostatni moment na wyciągnięcie z pamięci Fantozziego i naszych przygód z odprawieniem jachtu w Brindisi, zaraz po wpłynięciu do Włoch.

Pierwszy etap rejsu został za nami wraz z przekroczeniem Morza Adriatyckiego. Formalnie byliśmy już na skraju Morza Jońskiego, ale Brindisi traktowane jest jeszcze jako południowy Adriatyk. Zmienia to wiele perspektyw. Po pierwsze, to już nie były znane mi tereny. Nigdy tu nie pływałem, nie znałem zatok, charakteru wiatrów, pułapek meteorologicznych itp. Po drugie, zmienił się też charakter samego wybrzeża. To nie jest już obszar przygotowany do wakacyjnych wojaży i jachtingu. Mamy wybrzeże z kilkoma większymi miastami portowymi, szeregiem małych i płytkich porcików lokalnych i kilkoma lepiej lub gorzej zorganizowanymi marinami. Tu trzeba było dużo dokładniej wybierać trasę przelotu i miejsca noclegowe. Samo wpłynięcie do Brindisi było najlepszym wyrazem tego kontrastu pomiędzy wakacyjną Chorwacją a industrialnym wybrzeżem Włoch. Brindisi położone jest na Półwyspie Salentyńskim, po wschodniej stronie „obcasa”. Było, jest i zapewne będzie jednym z ważniejszych portów handlowych w tej części Adriatyku. Stanowi niejako bramę wejściową dla wszelkich towarów przechodzących z zachodu na wschód. Był to ważny ośrodek handlowy dla Rzymian, później Cesarstwa Bizantyjskiego, Normanów, Wenecji i Hiszpanii. Przechodziło z rąk do rąk.

Zbliżając się do samego miasta od strony morza oczywiście tej historii nie widać. Na pierwszy plan wysuwają się kominy, silosy, jakieś instalacje, lądujące samoloty oraz mrowie wpływających i wypływających do portu statków. W zewnętrznej części basenu portowego znajdują się wyspy Pedagna tworzące mały archipelag, co dodatkowo wprowadza zamieszanie. Niby nawigacyjnie jest to proste wejście, ale ta ilość ruchu i nawigacyjnych śmieci, szczególnie w pierwszym z trzech dużych basenów portowych wprowadza nieco zamieszania. Wchodząc do portu złamałem chyba większość przepisów i zdroworozsądkowych zasad, wślizgując się do basenu po ostrym wirażu na główce falochronu, wbijając się pomiędzy wychodzący prom a wchodzący za nami gigantyczny cruiser pasażerski. Prawie zderzyliśmy się z holownikiem wypływającym na przyjęcie tego dużego wycieczkowca, a potem fizycznie przeganiał mnie z awanportu pilot, nie przejmując się ani UKFką, ani kurtuazją. Nikt nas nie wywoływał i specjalnie nikt nie zwracał na nas uwagi, a my, nie chcąc przeszkadzać w dużych manewrach, zrobiliśmy chyba jeszcze większe zamieszanie, kręcąc się i chowając po awanporcie, aniżeli gdybyśmy spokojnie poszli dalej do wewnętrznej części. Notabene nie wiem, czy wynikało to z akurat z tego konkretnego dnia, samej konstrukcji portu, czy też Brindisi jest tak ruchliwe zawsze, ale nigdzie później na Morzu Śródziemnym nie widziałem takiego ruchu w porcie, a byliśmy w innych dużych portach handlowych, takich jak Messyna, Palermo, Palma, Allicante, Malaga czy chociażby Gibraltar (chociaż tu akurat ruch jest wyjątkowy, ale zatoka jest tak gigantyczna, że w ogóle się tego nie odczuwa).

Wracając do Brindisi. Zacumowaliśmy zaraz przy samej Capitanerii w celu załatwienia wszystkich formalności celnych, jako że formalnie wpływaliśmy do Włoch z obszaru znajdującego się poza Unią Europejską (płynęliśmy wszak z Czarnogóry). Pomny uwag Chorwatów i Czarnogórców nakazałem załodze zostać na pokładzie do zakończenia wszelkich formalności związanych z przyjęciem jachtu, ale… kompletnie bez sensu. Do Włoch można przewieźć bombę lub tuzin terorystów pod pokładem i nikt nie zwróciłby na to uwagi. Po nabrzeżu, jak i po całym mieście kręci się całe mrowie różnych służb mundurowych: policjantów, carabinierów, ludzi z Guardia di Finanza i innych jednostek, ale nie sposób nie odnieść wrażenia, że są oni jak dzieci błądzące we mgle. Bez ładu, składu i jakiegokolwiek autorytetu, za to z wieloma kolorowymi i ozdobnymi pagonami. Nikt się nie zainteresował naszym jachtem, ani tym bardziej baletem, jaki odstawiliśmy w porcie. Moglibyśmy w ogóle niczego nie zgłaszać. Ale jednak byliśmy formalistami i tu zaczęły się problemy.

W capitanerii o 13.30, po tym jak w końcu znaleźliśmy kogoś, kto mówił po angielsku, usłyszeliśmy, że oni już nie pracują i dziś nic już nie da się zrobić i żebyśmy przyszli jutro, najlepiej do ich agencji gdzieś w głębi portu. Ok. W takim razie kwestie celne. Ale tu też natrafiliśmy na fizyczną ścianę. Drzwi zamknięte. Jakiś starszy Pan tłumaczy nam, że od frontu nie da się do nich wejść. Podobno można wejść od tyłu, od dziedzińca. A zatem próbujemy. Wywołujemy popłoch i panikę. O co nam w ogóle chodzi, po co nam to itp. Że najlepiej do Capitanerii, oni się tym zajmą. Albo na policję. Ok. I tak policja jest w tej sytuacji najważniejsza, więc maszerujemy do budynków za portem, gdzie podobno policja urzęduje. Ciężko ich znaleźć. W końcu natrafiamy na jakieś drzwi, ale okazuje się, że wbijamy się do nich od zaplecza i w tej sytuacji ekipa na posterunku w ogóle nie wie, co z nami zrobić. Wysyłają nas w końcu gdzieś jeszcze dalej i faktycznie, trafiamy do klasycznej poczekalni na komisariacie. Tam spędzamy jeszcze dobre pół godziny, mijają nas wciąż jacyś ważni funkcyjni, którzy o 14 biegną już do domu i w końcu otwierają się drzwi i wychodzi… Fantozzi, jak go zwykł określać później Piotr. Ewidentnie jakaś szycha, bo co rusz wbiegają mu do gabinetu pomniejsi, przynosząc papiery, iskając po plecach i wykonując kolejne polecenia.

Fantozzi rozsiada się w swoim gabinecie, patrzy na nas, ciężko dyszy, po czym zaczyna przeglądać nasze papiery. Znowu wzdycha i zaczyna gorączkowo szukać czegoś na biurku, choć mam wrażenie, że nie specjalnie wie, co z nami zrobić i robieniem porządków na biurku stara się kupić sobie trochę czasu. W końcu trafia na jakąś kartkę, czyta ją wnikliwie i krótko później posyła ją lotem koszącym w stronę kosza do śmieci po drugiej stronie gabinetu. Trafia. Widać jest w tym wprawiony. W końcu trafia na jakiś formularz i przygląda mu się, jakby go pierwszy raz na oczy widział. Wzdycha, szpera po kieszeniach, wyciąga telefon, ale niestety pod wybranymi numerami nie otrzymuje pomocy. Wzdycha raz jeszcze po czym daje mi ten formularz wraz z długopisem i każe go wypełnić. Patrzę na tę kartkę A4 z równie głupią jak on miną. Wszystko po włosku, gdzieniegdzie jakaś rubryka tłumaczona na angielski. Tonaż, zanurzenie, towar, liczba silników, osób na pokładzie itp. itd. Myślę sobie, że facet pomylił formularze i jedzie z nami, jak z jakimś masowcem, a nie jachtem turystycznym, no ale dobra. Zaczynam pisać. Fantozzi próbuje mi cześć rubryk podyktować, ale nie kumam zbytnio włoskiej pisowni i robię błędy, więc na formularzu przybywa skreśleń. Fantozzi w końcu zaczyna dyktować litera po literze: czarli, tango, omega itp. Tępa ze mnie masa i idzie to jak krew z nosa, a skreślenia przybywają. W końcu zirytowany wyrywa mi formularz z ręki i zaczyna go przeglądać. Wzdycha, myśli, sięga po telefon stacjonarny, ale żadnego numeru nie wybiera. Ponownie wzdycha, zaczyna szukać po kieszeniach komórki, ale trafia na papierosy. Z westchnieniem ulgi wyciąga jednego, wkłada do ust, wyciąga telefon i zaczyna z tym papierosem w ustach wpatrywać się z rozpaczą w jego ekran. W końcu do nikogo nie dzwoni, ale wyciąga zapalniczkę, zapala papierosa i wychodzi na zewnątrz. Po fajce wraca do środka i procedura zaczyna się raz jeszcze, tyle że teraz to Fantozzi dziarsko kreśli długopisem po formularzu. Sytuacja ożywia się trochę kiedy nasz dzielny funkcjonariusz odkrywa powiązania rodzinne wśród załogi. Ojciec, synowie, dziadkowie – a do tego jeden z Szerszeni nosi włoskie imię. Gustaw jako drugie otrzymał od nas Enzo i naszemu włosiakowi wyjątkowo się to spodobało. Rozważał również, czy Bartolomeo jest równie dobre, ale ostatecznie stwierdza, że Enzo górą i w ogóle Forza Italia. Ostatnie skreślenia i kończymy. Stary formularz wzbija się w niebo i podobną trajektorią jak seria wcześniejszych kartek trafia do kosza. Fantozzi z westchnieniem ulgi wręcza nam nasze dokumenty, a formularz wraz z toną kserówek przekazuje swojemu podwładnemu. Ten co prawda próbuję wnieść jakiś protest, zauważa jakieś niedociągnięcia, ale Fantozzi fuka na niego kilka razy i rzeczywiście kończymy. Finito. Wracamy na jacht.

Keja miejska nie bardzo dawała nam schronienie przed zafalowaniem wywoływanym przez wchodzące do portu jednostki, wiec przedstawiliśmy się nieco dalej i stanęliśmy rufą przy klasycznych muringach, ale też na jakimś odcinku kei miejskiej tyle że bliżej portu wojennego w głębi miasta. Jako że Szerszenie wypatrzyły ryby, wyciągnęliśmy wędki i dzieciaki zaczęły moczyć kije w wodzie. Czas sennie obmywał nurzane w wodzie nogi, aż tu wieczorem widzimy powoli sunący nabrzeżem samochód policyjny. Klasyczny włoski wóz pościgowy w postaci 10-letniego Fiata Panda. Przed komisariatem stało ich całe mrowie i w tej części wybrzeża w ogóle były to główne pojazdy, jakimi poruszała się policja.  Radiowóz podjeżdża i zatrzymuję się przy mnie. Schylam się, patrzę, a w środku Fantozzi ze swoim adiutantem. Przez opuszczone okno dostaję do wypełnienia kolejny dokument i… po chwili Fantozzi wręcza mi ten sam wymęczony formularz, nad którym dzielnie pracowaliśmy kilka godzin wcześniej. Kucam przy drzwiach, zaglądam do środka i pytam się, o co chodzi. Zarówno Fantozzi, jak i adiutant, z kamiennymi minami, wbici w swoje mundury, odgrywaną rolę i ten mały samochodzik, stwierdzają, że na formularzu przydałby się jednak mój podpis… Duszę w sobie śmiech, ale stoję przy tym radiowozie w krótkich, wakacyjnych gaciach, schylony w pół, z wędką w jednej ręce i formularzem w drugiej i nie jestem w stanie nie docenić absurdalności całej tej sytuacji. Tuż przy naszym jachcie kręci się mała, przewoźna karuzela dla dzieci, błyskają światełka i gra kiczowata muzyka. Brindisi nie jest małe, a Ci dzielni panowie objeździli całą keję miejską i marinę w poszukiwaniu naszego jachtu, tylko po to, aby zebrać moje machnięcie piórem na nikomu do niczego niepotrzebnym dokumencie.

Koniec końców okazało się, że wymęczony formularz był standardowym dokumentem, który otrzymywaliśmy do wypełnienia niemal w każdej marinie, którą odwiedzaliśmy. Ludzie z mariny przeklinali ten obowiązek, ale cóż było zrobić. Taki wymóg policji.

Notabene z przykrą czynnością wypełniania tego lub podobnych formularzy mierzyliśmy się w każdym miejscu, w którym byliśmy. Każda marina ma swój formularz, który przekazuje policji, każdy wygląda trochę inaczej, w każdym potrzebują od ciebie nieco innych informacji. Z czasem wypełnianie tych papierów szło już szybciej, ale do teraz nie mogę zrozumieć, dlaczego ani Włosi, ani Hiszpanie nie mają jakiegoś scentralizowanego systemu, w którym raz zgłoszony jacht i załoga byłyby tylko odhaczane i jedynie kontrolowane w kolejnych miejscach.

Dodaj komentarz